5 rzeczy, które zaskoczyło mnie w Stambule

Może dlatego, że do Turcji dotarliśmy drogą lądową, dłużej zajęło mi uświadomienie sobie, że znalazłem się w trochę innym świecie. Chcę Wam przedstawić 5 ciekawostek o Stambule.

Od pierwszych w chwil spędzonych w tym mieście starałem się chłonąć wszystko, jak tylko potrafiłem. Chciałem jak najmocniej poczuć tę metropolię – ze wszystkimi jej aspektami; ludźmi, architekturą, zapachami i dźwiękami. Do pewnego momentu udawało mi się tylko „stać z boku” i, mimo, że w zachwycie, tylko uważnie obserwować to, co działo się dookoła. Nawet nie zauważyłem, jak szybko dałem się porwać Stambułowi. Zaskakiwał mnie na każdym kroku, a ja ciągle poznawałem go od różnych stron. Co jednak szczególnie przykuło moją uwagę?

1. Wędkarze na moście
Zdarzyło się tak, że przechadzaliśmy się późnym popołudniem po Stambule. Przechodziliśmy właśnie przez most nad jedną z bosforskich zatoczek, gdy zwróciliśmy uwagę na coś bardzo dziwnego. Znajdowaliśmy się w jednej z dwóch – dolnej części mostu – przeznaczonej wyłącznie dla pieszych, zaś w górnej – kilka metrów nad naszymi głowami – poruszać się mogli zarówno piesi jak i samochody. Tymczasem nas na dole coś żywo zainteresowało. Za balustradą z góry do dołu zwisały (tak jakby mogły zwisać w przeciwnym kierunku…) jakieś podejrzane cienkie sznurki – dosyć gęsto. Hmm… Dopiero po dłuższej chwili spojrzeliśmy w górę. Okazało się, że są to żyłki od wędek. Most na górze na niemal całej długości usiany jest wędkarzami. Każdy z nich ma ze sobą wiaderko, do którego wrzuca świeżo złowione malutkie ryby. Niektórzy od razu nimi handlują. Jest to, jak się przekonaliśmy, bardzo typowy widok. Codziennie od wczesnego rana do bardzo późnej nocy można uświadczyć na moście tureckich wędkarzy.

 

2. Uliczne przekąski
Nie wiedziałem, że aż taką popularnością cieszą się w Stambule (i zdaje się, że w ogóle w Turcji) różne uliczne przekąski, typu: gotowana kukurydza, popcorn, „rogaliki” i chyba najbardziej egzotyczne: małże (najlepiej skropione cytryną) i kasztany. Małe wózki-budki na kółkach, w których można kupić sobie taki przysmak, są właściwie wszędzie. W centrum jest ich całe mnóstwo, na obrzeżach miasta – można znaleźć je nieopodal przystanków tramwajowych albo autobusowych, czy po prostu w punktach, gdzie gromadzi się nieco więcej ludzi (chłopaka sprzedającego małże spotkaliśmy nawet na kładce biegnącą nad drogą szybkiego ruchu). Kukurydza kosztuje od 2,50 do 3,50 lir (czyli ok. 2 zł), rogaliki – suche, z kremem czekoladowym lub z serkiem śmietankowym – kosztują mniej więcej tyle samo, podobnie małże, zaś kasztany kosztują średnio gdzieś 15 lir za porcję (czyli ok. 10 zł).

 

3. Używki
Mimo, że od czasu reform przeprowadzonych przez Atatürka w latach 20-tych i 30-tych XX wieku, Turcja jest raczej świeckim państwem, to jednak większość jej obywateli stanowią muzułmanie. W islamie nie wolno pić alkoholu, stąd dużo większą popularnością cieszą się inne używki. Nie spodziewałem się, że w Stambule będę miał z nimi styczność na każdym kroku (chodzi oczywiście o sziszę i herbatę) i o każdej porze (tutaj mam już na myśli tylko herbatę, gdyż sziszę pali się głównie wieczorami i nocami). Herbata podawana jest zawsze (!) w małych szklaneczkach z cienkiego szkła uformowanego w kształt tulipana, tzn. zwężających się lekko pośrodku. Dodatkowo są najczęściej w zestawie z małym szklanym spodeczkiem, a mieści się w nich (tzn. w szklankach) ok. 100 ml herbaty. Cukier podawany jest zazwyczaj w formie kostek – zapakowanych w malutkie papierowe torebeczki. Najbardziej popularnym smakiem jest oczywiście czarna herbata. Kosztuje zwykle ok. 3 lir (czyli ok. 2 zł). I naprawdę Turcy piją ją przy każdej okazji, w każdym miejscu i o każdej porze! Szisza zaś to taki rodzaj wodnej fajki, bardzo popularny w wielu arabskich krajach (pochodzi z Indii). Pali się ją zwykle w kilka osób (ok. 4-5). Wygląda to tak, że kelnerzy przynoszą specjalny hmm… szklany „pionowy kociołek” – coś jakby wydłużony gąsiorek (często bardzo pięknie przyozdobiony w różne wschodnie arabskie wzory). Tak naprawdę może przybierać bardzo różne kształty. Nalewa się do niego wody i łączy z tytoniem różnych smaków i zapachów. Od naczynia idzie metalowa rurka, która łączy się później z plastikową elastyczną rurką, w której każda z palących osób umieszcza swój ustnik podczas swojej kolejki i zaciąga się dymem powstałym w naczyniu na dole, obserwując tworzące się wówczas bąbelki. Na szczycie umieszczone są żarzące się węgielki, które utrzymują odpowiednią temperaturę sziszy. Kosztuje zwykle od 30 do 40 lir (ok. 25 zł).

 

4. Baklava
Tureckie słodycze od dawna mają swoją zasłużoną sławę w świecie. Zaś Turcy mają świra na punkcie ichniej baklavy. Nie wiedziałem, że do tego stopnia. Baklava po prostu rządzi w Stambule. Wszyscy się nią zajadają. W kawiarniach można spotkać pałaszujących ją ze smakiem zarówno zwykłych turystów, zwykłych mieszkańców, jak i zwykłych biznesmenów. Dla mnie osobiście baklava (po polsku „bakława” lub „baklawa”) jest o wiele za słodka, wręcz mdląco – przy jednym kawałeczku za dużo. A granicę tę bardzo łatwo przekroczyć. Są oczywiście różne rodzaje baklavy.

Zwykle przygotowuje się ją z ciasta filo (moim zdaniem trochę podobnego do ciasta francuskiego, sprawia wrażenie lekkiego, ale jest cholernie tłuste) przełożonego warstwami posiekanych orzechów wymieszanych z miodem (baklava to miód!). Na wierzchu ciasto polane jest specjalnym syropem i posypane drobnymi kawałkami orzechów. Podaje się ją elegancko pokrojoną najczęściej w kwadraty, ale też trójkąty, romby i inne geometryczne kształty.

 

5. Jazda na gapę komunikacją miejską…
…nie istnieje. W Stambule jest to bardzo sprytnie rozwiązane. Każdy przystanek tramwajowy (nie mówiąc o metrze) jest dokładnie ogrodzony, a dostać można się do niego tylko przez specjalne bramki, w których kasuje się bilet (bilety mają formę plastikowych kart; można kupić bilet jednorazowy, chociaż dalece bardziej opłaca się bilet, który można doładowywać w automatach i używać wielokrotnie). Tory często także są ogrodzone – zwłaszcza najbliższe metry od (częściej uczęszczanych) przystanków – zamkniętymi barierkami. Jazda na gapę jest w Stambule właściwie niemożliwa.

 

Zapomniałem o czymś szczególnym?
Jeśli ktoś z Was był w Stambule, to zapraszam do dyskusji w komentarzach 😉
[Bo na pewno nie zapomniałem podziękować autorom zdjęć – czyli Zuzi, Maćkowi i sobie!]

Zapraszam bardzo na Noc w sercu Stambułu 😉

 

Maciek Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: