Autostop – widmo. Droga przez Węgry

Zaczęło się od opuszczonego przejścia granicznego. Potem była opuszczona restauracja, opuszczone domki kempingowe i opuszczona wioska. Ale zacznę od samego początku…

Wstaliśmy wcześnie – wcześniej niż nasi sąsiedzi w namiotach. Chcieliśmy jako pierwsi ustawić się do łapania stopa. I to się nam udało. Niestety był to jeden z większych sukcesów tego dnia. Chociaż może nie powinienem tak mówić… Zostawiam to jeszcze jako otwartą kwestię. Spróbuję ją rozwiązać w trakcie pisania dalszych rozważań.
Wstaliśmy wcześnie. Zaczęliśmy łapać stopa. Nikt się nie zatrzymywał. Kierowcy ciężarówek pokazywali czasami, że mogliby zabrać jednego z nas. Niestety taka możliwość nie wchodziła w grę. Nieciekawie to wyglądało. Tymczasem kolejne pary zaczynały powolutku wyglądać ze swoich namiotów.
Jakby tego było mało, zaczął padać deszcz. Czyli jedna z najgorszych rzeczy w życiu autostopowicza. Schowaliśmy się pod stację. Ubraliśmy się w gustowne przeciwdeszczowe wdzianka i, gdy deszcz nieco osłabł, ruszyliśmy na piechotę w stronę granicy – z Węgrami, oczywiście.
Dotarliśmy do granicy. Minęliśmy się tam z kilkoma autostopowymi parami. Jedna dziewczyna poczęstowała nas bananami. Osłodziło nam to troszeczkę ów gorzki poranek. Zanim jednak złapaliśmy pierwszego tego dnia stopa, minęło sporo czasu. Zaczęliśmy więc iść. Deszcz zaczął więc padać. Na szczęście robił sobie przerwy, a my w tych przerwach przemykaliśmy z jednego w miarę suchego punktu do drugiego. Przeszliśmy pewnie jakieś 2-3 kilometry, zanim dotarliśmy do pierwszego sensownego do stopowania miejsca.

Po drodze mijaliśmy przepiękne malownicze łąki, rozlewiska i lasy. I to było naprawdę piękne! Szczerze zachwycaliśmy i napawaliśmy się tymi widokami. Wędrowaliśmy tak sobie wzdłuż drogi, po której jeździło bardzo niewiele samochodów, aż doszliśmy do wspomnianego wyżej punktu. Było to niewielkie pobocze znajdujące się przy bramie do jakiegoś opuszczonego kompleksu domków kempingowych. Zaczęło padać.
Przerzuciliśmy rzeczy przez płot, sami przeszliśmy przez płot (więc w sumie byliśmy… za płotem! Ha! „Pozdro dla kumatych”!) i, w poszukiwaniu schronienia przed deszczem, ukryliśmy się pod daszkiem jednego z domków. Przestało padać.
Ustawiliśmy się na powrót przy drodze. Nikt się nie zatrzymywał – ani samochody osobowe, ani ciężarowe. (W całej podróży nie mieliśmy okazji ani razu jechać ciężarówką.) To jest dobry przykład kryzysu w takiej podróży. Łatwo słucha się później autostopowej opowieści, siedząc w ciepłym fotelu, z herbatką i ciasteczkiem pod ręką oraz z ubikacją w łazience obok (nie przychodzą mi na tę chwilę do głowy żadne inne warunki potrzebne do osiągnięcia szczęścia w życiu… Hmm… Fotel, herbatka, ciasteczko, ubikacja… Nie. Nic innego mi się nie przypomina.). Nie mogę pisać, oczywiście, o każdej przestanej w upale na stacji benzynowej godzinie czy o każdym niemiłym spojrzeniu kierowcy. Jednak dla pełnego obrazu muszę wspomnieć, że nie zawsze jest kolorowo. Czasem człowiek jest już naprawdę mocno zmęczony i zrezygnowany. Planowaliśmy dotrzeć do Omiš w maksymalnie 3 dni. Jak na razie dobiegało już chyba południe trzeciego dnia, a my nadal tkwiliśmy na początku Węgier.
Dosyć użalania się nad sobą! W naszej wyprawie ciągle nawzajem się wspieraliśmy i motywowaliśmy. (Dzięki, Dawid!) Nie straszna nam zatem chwilowa autostopowa susza. Stwierdziliśmy w końcu, że łapiemy jeszcze ostatni samochód, który będzie nas mijał, a potem – w razie niepowodzenia – ruszamy na szagę (*na skróty, na skos – z gwary wielkopolskiej. Za płotem! Bawi i uczy!) przez podejrzanie wyglądającą wioskę, do której prowadziła droga odbijająca w bok.

Stop, stop, stop…
W kolejnym samochodzie jechała kobieta. Tak jak się spodziewaliśmy, minęła nas. Ale!, wbrew naszym przewidywaniom, zatrzymała się kawałek za nami! Podbiegliśmy do samochodu. Pani Węgierka nie mówiła po angielsku, więc gdyby nie nasz karton z nazwą miasta, nie dogadalibyśmy się. Wrzuciliśmy bagaże do środka, załadowaliśmy też nasze tyłeczki i ruszyliśmy pierwszym stopem na Węgrzech. Podróż nie trwała długo. Pani wysadziła nas w następnej wiosce. Na szczęście dochodziła do niej jakaś droga – dawało nam to dodatkowy zastrzyk samochodów.
Nie zabawiliśmy długo w tym miejscu, bo zatrzymała się przy nas przesympatyczna węgierska para (wyjechali ze wspomnianej drogi). Mogliśmy z nimi dość swobodnie pogadać po angielsku, więc ochoczo opowiedzieliśmy im o naszym wyścigu i o imprezie, jaka czeka na nas na mecie.

Nasi węgierscy przyjaciele wysadzili nas w miejscowości Rétság. Przeleźliśmy tam pieszo kawał drogi, doszliśmy na wylotówkę. Nie muszę chyba przypominać o słońcu i bagażach na plecach. Czuliśmy się troszeczkę zmęczeni. Troszeciuncio…
W sumie szybko zatrzymał się przy nas samochód. A w nim bracia Polacy – a właściwie brat i siostra. Polska para, która jechała na weekend majowy do Budapesztu. Byliśmy uratowani! Przynajmniej na jakiś czas. Nie chcieliśmy wpakować się wraz z nimi do stolicy Węgier, ale wysiąść jeszcze sporo przed nią, żeby łapać kierowców, którzy tak jak my, zamierzają ją ominąć. Pomysł wydawał się (i był!) dobry. Nasi dobrodzieje, pozdrawiamy, wysadzili nas na stacji benzynowej. Zjedliśmy trochę chleba tostowego z paprykarzem i zaczęliśmy łapać.

Nikt się nie zatrzymywał. Był upał. Zaczepiała się w nas jakaś dziwna, trochę za odważna jaszczurka. Przenieśliśmy się za miasto. Przeszliśmy kawał drogi. Nikt się nie zatrzymywał. Był upał. Udało się nam zgubić jaszczurkę.
Zatrzymał się w końcu jeden Węgier i zaoferował nam podwózkę do Budapesztu. Odmówiliśmy. Jednak, gdy po jakimś czasie zatrzymał się kolejny Węgier i złożył nam taką samą propozycję, po krótkim wahaniu, zgodziliśmy się. Dojechaliśmy do Budapesztu na stopa. Tadam!
Byliśmy wykończeni.
Powiedzieliśmy sobie wprost: nie dojedziemy dzisiaj do celu. Jutro pewnie też będzie ciężko. Impreza na mecie już trwa i wakacje nad Adriatykiem uciekają. Zwyciężczynie dojechały do mety już w niedzielę. Podjęliśmy męską rozsądną decyzję. Podróż autostopem to oczywiście świetna zabawa. Ale trochę inaczej wygląda sprawa, jeśli musisz się spieszyć. Uznaliśmy z Dawidem, że do Zagrzebia pojedziemy pociągiem.
Znaleźliśmy odpowiedni dworzec kolejowy i kupiliśmy bilety na najwcześniejszy pociąg. Po 6 rano następnego dnia. Mieliśmy jeszcze sporo czasu do odjazdu. Spożytkowaliśmy go na relaks w pięknym budapesztańskim parku. Wyjęliśmy karimaty i na trawniczku leżeliśmy sobie, gadając o dotychczasowej podróży i sensie życia. Nieopodal nas jakaś parka urządziła sobie piknik, kawałek dalej grupa znajomych bawiła się ze swoimi pupilami-psami, dziewczyna jadła kebaba, ktoś rzucał sobie latającym talerzem. Naprawdę, mniam!

Na zakończenie dnia wybraliśmy się do przydworcowego baru na piwo. Siedząc tam i sącząc ten zasłużony napój, dostrzegliśmy podróżniczo wyglądającą parę z plecakami i karimatami maszerującą kawałek dalej – ale nie w naszą stronę. Szybko się oddalali, więc bez namysłu pobiegłem w ich stronę. Dogoniłem ich i zapytałem: „Are you from Poland maybe?”. „Yes” – odpowiedzieli niepewnie. „No to my też, siema!”. To jest naprawdę fajna rzecz – spotkać rodaka za granicą. Dominika i Tomek okazali się być z naszego poznańskiego Wyścigu. Weseli i bardzo energiczni ludzie! (Pozdrawiamy Was gorąco!) Zaprosiliśmy ich do nas na piwko. Usiedliśmy więc razem. Nasi nowi przyjaciele uznali, że pomysł z pociągiem jest słuszny, więc od tego momentu połączyliśmy siły.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: