Autostopem do Draculi

— AUTOSTOPEM DO STAMBUŁU —
CZĘŚĆ IV

Opuściliśmy w końcu Węgry i cały czas autostopem udaliśmy się do krainy wampirów – do Transylwanii w Rumunii. Pierwszy przystanek po rumuńskiej stronie: Cluj-Napoca.

W Egerze jeszcze jedną noc spędziliśmy w znanej nam już winnicy za miastem. Następnego dnia po szybkiej kąpieli w jeziorze i szybkim śniadanku spotkaliśmy się ze znajomymi Maurycego – panem, który jest właścicielem winnicy i winiarni oraz jego pomocnikiem. Dzięki ich uprzejmości skosztowaliśmy wina w kilku stadiach; od bardzo wczesnej fazy fermentacji, kiedy ma dopiero ok. 2% alkoholu i smakuje jak owocowy gazowany soczek, po doskonałe dojrzałe białe wino, którego smak doceniło nawet moje niefachowe podniebienie.

Mogliśmy też obserwować, jak w ogromnych kadziach powstaje wino oraz jak za pomocą suchego lodu utrzymuje się jego odpowiednią temperaturę. Na koniec kupiliśmy trzy butelki wina, więc… dodatkowe trzy dostaliśmy w prezencie!
Wpakowaliśmy wina do plecaków i ruszyliśmy w dalszą drogę. A za Tolkienem chciałoby się rzec:

A droga wiedzie w przód i w przód
Choć 
się zaczęła tuż za progiem
[…]
A potem dokąd? – rzec nie mogę.

W Egerze stopa zaczęliśmy łapać na stacji benzynowej. Jak zwykle pytaliśmy kierowców, czy nie mają może wolnego miejsca w samochodzie i nie mogą nas kawałek podrzucić. I wtedy (może po jakimś kwadransie) stało się coś przykrego, czego zupełnie się nie spodziewałem. Nie przydarzyło mi się to jeszcze nigdy wcześniej na żadnej stacji benzynowej w żadnym kraju. Podszedł do nas jakiś, chyba troszkę nadgorliwy, kierownik i powiedział, że nie możemy tutaj łapać stopa, bo przeszkadzamy klientom. Odparliśmy, że w naszej opinii zachowujemy się bardzo kulturalnie, a poza tym – dodałem – stopowanie na stacji nie przeszkadza jakoś specjalnie ludziom w innych państwach, więc tym bardziej nie rozumiemy jego zastrzeżeń. Milczał chwilę, a potem odburknął tylko, że ma w takim razie nadzieję, że szybko coś złapiemy. Tak też się stało. Stopa złapaliśmy szybko, gdyż kilka minut później zgodziło się podrzucić nas (znów całą czwórkę!) swoim kamperem pewne bardzo uprzejme niemieckie małżeństwo. Nie zajechaliśmy z nimi wprawdzie szczególnie daleko, ale pomogli nam się wyrwać na wylotówkę, a to już połowa sukcesu. Podarowaliśmy im jako dowód wdzięczności jedno „egerskie” wino.
Tego dnia podwiozło nas jeszcze dwóch kierowców. Ale tym razem podróżowaliśmy już parami. Najpierw – bardzo szybko – stopa złapali Zuzia z Dominikiem. Nam przyszło czekać nieco dłużej. Zaczęliśmy w końcu zauważać zaciekawione spojrzenia mieszkańców (staliśmy przy drodze na obrzeżach wioski). Zagadnęły nas dwie dziewczynki (na oko 13 lat, ubrane wyjątkowo skąpo, palące wspólnego papierosa). Dopytywały, co tu robimy i dlaczego nie jedziemy autobusem. Sprawiały wrażenie, jakby nie były w stanie w ogóle pojąć koncepcji autostopu i tak naprawdę pierwszy raz słyszały o takiej formie podróżowania. Po jakimś czasie znalazł się na szczęście kierowca, który słyszał. (Okazało się, że zna naszego znajomego muzyka z Egeru.) Wysadził nas przy drodze tuż nad słynnym jeziorem Cisa (węg. Kisköre). Właśnie zachodziło słońce. Widok był nieziemski i stopowało się przy nim bardzo dobrze. Zaczęliśmy już powoli tracić nadzieję na złapanie jeszcze czegoś tego dnia. Zatrzymał się nagle, minąwszy nas uprzednio, duży samochód, a w nim młode małżeństwo. Zgodzili się podwieźć nas do następnej wioski, do której sami zmierzali. Nie uśmiechało nam się to do końca, gdyż miejsce do łapania mieliśmy naprawdę niezłe, ze znalezieniem miejsca na nocleg też nie byłoby większego kłopotu… Zdecydowaliśmy się wsiąść. Spodziewaliśmy się krótkiej podwózki, więc gdy jazda przedłużyła się do 15 minut, zaczęliśmy się zastanawiać, o co chodzi. Nasz dobrodziej powiedział, że ma dzisiaj dobry humor i podwiozą nas do samego Debreczyna – 60 km dalej! Przejeżdżaliśmy przez Wielką Nizinę Węgierską w ostatnich tego dnia promieniach słońca, obserwowaliśmy stada ptaków. A po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na kawę i żeby rzucić okiem na pusztę (węgierski step) z punktu widokowego. Niestety nie dane nam było oglądać wypasających się stad bawołów.
W Debreczynie wysiedliśmy w samym centrum! 15 minut później spotkaliśmy się już z Zuzią i Dominikiem, którym także udało się tu dotrzeć. Plan był taki, żeby zjeść coś, wybić za miasto – w miejsce, w którym bez przeszkód będzie można rozbić namiot i spędzić noc. Zaczęliśmy od jedzenia.

Odnaleźliśmy takie miejsce na mapie, a potem autobus, którym podjechaliśmy na obrzeża miasta. Wysiedliśmy na przystanku pośrodku lasu i od razu weń weszliśmy. Oddaliliśmy się na bezpieczną odległość od drogi, odszukaliśmy nieco bardziej płaski kawałek ziemi i rozbiliśmy „obóz”. Począwszy od tej nocy różne zwierzęta zaczęły składać nam niespodziewane wizyty. Tym razem były to prawdopodobnie dziki, ale w kolejnych tygodniach odwiedzić nas miały także inne dużo bardziej tajemnicze… istoty.

Następnego dnia zaczęliśmy łapać stopa – jak na nas – naprawdę wcześnie. Myślę, że ok. 12:00… „No, ale co się będziemy przemęczać? Mamy wakacje!”. Łapaliśmy z przystanku, na którym wczoraj wysiedliśmy. Długo nam zajęło, zanim zatrzymał się w końcu jakiś kierowca. Wrzuciliśmy plecaki na pakę, usadowiliśmy się w kabinie i ruszyliśmy (Zuzia z Dominikiem złapali trochę wcześniej od nas; siła kobiety! No chyba, że to urok osobisty Dominika). Samochód był na rumuńskich blachach, więc próbowaliśmy porozumieć się po angielsku. Nic z tego nie wyszło. Okazało się jednak po chwili, że pan jest Węgrem i tylko mieszka w Rumunii. Dojechaliśmy z nim do granicy. Pokazaliśmy paszporty, strażnik przyjrzał się nam uważnie (to już drugi samochód tego dnia, w którym jedzie para Polaków) i puścił. Wysiedliśmy w pierwszym przygranicznym miasteczku. Na wylotówce czekaliśmy jakiś kwadrans, gdy zatrzymało się kolejne młode małżeństwo. Samochód, w przeciwieństwie do nich, zdecydowanie taki już nie był. (Ciekawostka i porada: w Rumunii i już także trochę na Węgrzech warto upewnić się, łapiąc stopa, zanim wsiądzie się do samochodu, że podwózka jest za darmo. Często w tamtych rejonach występuje taki „lokalny autostop”, który pełni trochę rolę zastępczej komunikacji publicznej, która często nawala.) Uroczy ludzie! Podwieźli nas kilkadziesiąt kilometrów. Stamtąd zaś wziął nas pewien bardzo poważnie wyglądający starszy jegomość. Okazało się, że on także mówi po węgiersku. Zatrzymał się z nami chyba w Oradei – w samym centrum (czyli do dupy), ale zanim nas wysadził – dobrych 10 minut tłumaczył nam, jak wydostać się na wylotówkę.

Czekało nas jakieś 5 kilometrów z buta. Nie byłoby to może jeszcze jakąś tragedią, gdyby nie ciężkie plecaki, popołudniowa pora i odległość dzieląca nas jeszcze od Cluj-Napoki. Nie było jednak innego wyjścia. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy z Maurycym przed siebie. Przeszliśmy może 300 metrów, gdy stało się coś naprawdę dziwnego. Zupełnie nie spodziewałem się usłyszeć tego, co właśnie usłyszałem. Ktoś wołał „Maciek!”. Zastanowiłem się przez chwilkę… Nie. Zdecydowanie nie pamiętałem, żebym miał jakichś znajomych w Rumunii. Okazało się, że nasz ostatni kierowca zmienił zdanie, a przy okazji zapamiętał moje imię i podwiezie nas kawałek dalej! Stał obok samochodu i machał na nas ręką, żebyśmy wsiadali z powrotem. Wrzuciliśmy zatem plecaki z powrotem do środka i kontynuowaliśmy wcześniej przerwaną jazdę. Kawałek przed miejscem, w którym chciał nas wysadzić, zatrzymał się jeszcze z nami na chwilę, bo chciał nam pokazać pewien piękny monaster.

Facet w ogóle okazał się być mocno uduchowionym człowiekiem. I chyba nas polubił, co nas bardzo ucieszyło.
Znaleźliśmy się na stacji benzynowej, ale postanowiliśmy tym razem połapać trochę przy drodze. Kilkaset metrów dalej – za rondem – znajdowała się całkiem przytulna zatoczka. Tam też się udaliśmy. Szybko dorwaliśmy jakiegoś chłopaka, który podrzucił nas może dwadzieścia kilka kilometrów dalej. Ale wtedy to już naprawdę było po zachodzie słońca. I mieliśmy słabe do łapania miejsce. I zaczęło się robić chłodno… I zaczęło się robić ciemno. Dobrze, że nie zaczęło padać. Zdzwoniliśmy się z Zuzią i z Dominem. Im udało się już złapać stopa do Cluj-Napoki, a nawet zarezerwować nocleg w bardzo korzystnej cenie. Nas od celu dzieliło wtedy jeszcze grubo ponad sto kilometrów. Łapaliśmy tam może godzinę, może dwie, aż kilkadziesiąt metrów za nami zatrzymał się dostawczy samochód. Nie byliśmy pewni, czy kierowca zatrzymał się dla nas, czy tylko zrobił sobie przerwę. Nie wychylił się z okna, aby nas zawołać, nie cofnął się… Po chwili zdecydowałem się do niego podejść. Zdążyłem chyba w ostatniej chwili, bo już zaczynał ruszać. Zgodził się nas podwieźć! Całą drogę przegadaliśmy o rumuńskiej kuchni, różnicach i podobieństwach w naszych językach i niedźwiedziach, których w rumuńskich Karpatach jest podobno mnóstwo.
Około 23:00 czasu lokalnego dotarliśmy do „Kluż-Napoki”. Z chwilą wjechania do stolicy Transylwanii, zaczęliśmy czuć na karku bezustanny oddech… wampira.

Ciąg dalszy nastąpi 😀

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: