Autostopem do Turcji. Życie na krawędzi

— AUTOSTOPEM DO STAMBUŁU —
CZĘŚĆ X

Granicę bułgarsko-turecką przekraczaliśmy przy zachodzie słońca i przy dźwiękach pieśni wzywającej na modlitwę i dobiegającej z meczetu. Jakiś czas potem ledwo uszliśmy z życiem…

Na stację zajechał starszy pan samochodem na bułgarskich blachach. Zgodził się nas podrzucić i obiecał wysadzić na stacji benzynowej przy autostradzie – 50 kilometrów przed granicą turecką! Zaczęliśmy się już poważnie jarać. Nasz kierowca ani dużo nie mówił, ani dużo się nie uśmiechał, ale bardzo starał nam się pomóc. Zanim wypuścił nas z samochodu koniecznie chciał nam jeszcze coś przekazać. Wyjął telefon i napisał na nim: granica – 50 km, Stambuł – 250 km. Aż mi serce mocniej zabiło, gdy wreszcie dotarło do mnie, jak niewiele już dzieli nas od celu.
Wysiedliśmy, zabraliśmy plecaki i zrobiliśmy mały „rekonesans”. Stacja wyglądała sympatycznie, ruch był. W ostateczności kawałek trawnika na robicie namiotu (było już popołudnie) też by się znalazł. Nie zakładaliśmy jednak najczarniejszego scenariusza i od razu zabraliśmy się do „pracy”. Usiedliśmy sobie na stacji – w środku, przy stoliczku, na kanapie. Żeby usankcjonować nasz pobyt wewnątrz, kupiliśmy jakieś niezdrowe stacyjne żarcie i zaczęliśmy obserwowanie przez okno zajeżdżających na stację samochodów.
Było dobrze. Byliśmy pięćdziesiąt kilometrów od Turcji, dwieście pięćdziesiąt od Stambułu (w skali prawie 3200 kilometrów całej trasy było to już naprawdę niewiele). Znajdowaliśmy się na stacji benzynowej przy autostradzie, która prowadziła prosto – jak w pysk strzelił – do „Konstantynopola”. A dodatkowo pojawiało się na niej stosunkowo dużo samochodów na tureckich blachach. Niestety kierowcy nie byli specjalnie chętni do podwózki, a prawdę mówiąc – najczęściej rzeczywiście nie mieli miejsca w aucie. Morale delikatnie spadły. Minęła pewnie godzina. Słońce niebezpiecznie chyliło się ku zachodowi.
Podchodziliśmy na przemian do kierowców. (Przez przypadek podeszliśmy nawet do jednego kierowy, którego zagadywaliśmy na poprzedniej stacji, ale nie zgodził się nas podwieźć. Rozpoznaliśmy go dopiero po chwili. Wyraźnie nie mógł uwierzyć, że nas tu widzi!) W pewnej chwili na stację zajechał młody mężczyzna. Rzut oka na rejestrację. Turecka. Maciek podszedł i zagadnął go o podwózkę. Odparł mu, że nas nie podwiezie, bo nas nie zna. Zaraz się jednak cofnął i poprosił, żeby Maciek powiedział mu o nas coś więcej. Usłyszał więc o naszej podróży, „że autostopem, że z Polski, że do Stambułu”… Zgodził się podrzucić nas do granicy! W ten sposób złapaliśmy na stopa Turka. Zaczął rozmowę z nami od potwierdzenia stereotypu, że Turcy podwożący na stopa straszą autostopowiczów, żeby uważali na innych podwożących ich na stopa Turków. Nie do końca rozumiem, dlaczego (być może w Turcji występuje podobny syndrom co w Polsce, czyli – „Polacy narzekają, że Polacy narzekają” – to moja teoria), albowiem nasza krótka, bądź co bądź, podróż przebiegła bardzo bezpiecznie. Tak jak powiedział, wysadził nas na granicy – a właściwie zaraz przed nią. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że nie udało się nam złapać tego dnia na stopa żadnej ciężarówki (od granicy ciągnął się bowiem wielokilometrowy korek samochodów ciężarowych, ale szerzej wspomnę o tym w kolejnym wpisie). Pieszo dotarliśmy do samej granicy. Bez problemu przekroczyliśmy granicę bułgarską. Czułem, że mocniej „krew mi pulsuje, a w głowie mam szum”. Działo się to, o czym marzyłem. Przygoda, jaką zaplanowałem i wyzwanie, jakie sobie postawiłem – były już strasznie blisko urzeczywistnienia. Dotarłem autostopem do Turcji. Do Stambułu zostało 200 kilometrów. No, prawie do Turcji. Znaleźliśmy się właśnie na „ziemi niczyjej” – pasie granicznym. Byliśmy już obaj trochę głodni. Przez cały dzień nie jedliśmy nic, oprócz owsianki rano i jakiegoś świństwa ze stacji benzynowej. Na szczęście Turcy pomyśleli o ludziach takich jak my i jeszcze przed granicą swojego państwa postawili duży kompleks restauracji. Wstąpiliśmy tam na późny, bo było już ok. 22:00, obiad. Niestety było drogo, mało i umiarkowanie smacznie. Ruszyliśmy z Maćkiem dalej – do tureckiego przejścia granicznego.
Staliśmy w kolejce do jedynej otwartej „budki” – razem z… samochodami. Gdy doszliśmy do okienka, strażnik poinformował nas, że musimy się udać w inne miejsce. Lekko zdezorientowani odstąpiliśmy i udaliśmy się we wskazanym przezeń kierunku. Była już prawie noc. W niewielkim pomieszczeniu siedział jeden starszy „strażnik-urzędnik”, na zewnątrz pozostałych dwóch – nieco młodszych „strażników-nieurzędników”. Przed nami w kolejce, nie wiadomo skąd o tej porze, znalazł się jeszcze jeden pieszy „przekraczacz” granicy. Gdy przyszła kolej na nas, prawie nie zdążyliśmy pokazać naszych paszportów, bo kazano nam podejść jeszcze dalej – do kontroli naszych bagaży. Położyliśmy nasze plecaki na taśmie, by poddać je prześwietleniu rentgenem. Maciek przeszedł bez problemu. Do mojego plecaka strażnik postanowił zajrzeć. Przełknąłem ślinę. Facet zabrał się do otwierania dolnej kieszeni, z której po chwili wyjął jeden rosół w paczce…, drugi rosół w paczce… i trzeci rosół w paczce. Przyjrzał im się uważnie, rzucił mi podejrzliwe pytające spojrzenie. „It’s a chicken soup” – wydukałem zaskoczony. To go jednak nie przekonało. Nawet nie zauważyłem, kiedy wcisnął guzik pod biurkiem, włączając tym samym alarm. Pięć minut później policja skuwała mnie kajdankami i pakowała do radiowozu… Żartuję! Bez problemu przeszliśmy przez granicę. Czekała nas jeszcze tylko jedna kontrola paszportowa. Dostaliśmy tureckie pieczątki i stanęliśmy ostatecznie na tureckiej ziemi. (Tak, byłem szczęśliwy i wzruszony.)

Z meczetu nieopodal dobiegały do nas melodyjne dźwięki pieśni wzywającej muzułmanów na modlitwę. Nieźle jak na sam początek Turcji. Myślę, że najlepsze biuro podróży by nam tego nie zaoferowało.
Zaczęliśmy iść wzdłuż drogi. Całkiem spora okolica przejścia granicznego była jeszcze żywa. Kręciło się tam trochę ludzi, jeździło dużo samochodów. Nie musieliśmy na szczęście maszerować długo, gdyż po kilku minutach znaleźliśmy autostopową oazę – czyli… stację benzynową, taaak! Było już chyba ok. 22:00 czasu lokalnego (czas w Turcji to GMT+3, czyli mają godzinę później niż w Polsce). Stacja połączona była z knajpą. Usiedliśmy sobie przy stole i zaczęliśmy się zastanawiać co robić. Po dłuższej chwili namysłu doszliśmy do wniosku, że łapanie stopa nie ma już dzisiaj sensu. Bo nawet gdybyśmy coś jeszcze złapali, to w Stambule wylądowalibyśmy w środku nocy albo nad ranem. Wniosek był prosty: śpimy tu.

Poszukiwania pierwszego noclegu na tureckiej ziemi i „Pies Baskerville’ów”
Wówczas pojawił się mały problem. „Tu” czyli gdzie? Rozejrzeliśmy się dookoła. Nie wyglądało to kolorowo. Ruszyliśmy w końcu tyłki, żeby znaleźć odpowiednie miejsce do spania. Tuż obok stacji znajdował się spory parking dla ciężarówek. I nie ma się z czego śmiać – w ciemności naprawdę nie było go od razu widać. Podeszliśmy tam. Weszliśmy po betonowych schodkach na i zapukaliśmy do kanciapy „stróża parkingu”. Ów wstał ze swojej wersalki, otworzył nam drzwi i zaspanym głosem spytał – chyba, bo po turecku – o co chodzi. Odpowiedzieliśmy mu, o co chodzi, po angielsku. A on nam znowu – po turecku. I zabawa mogłaby trwać tak jeszcze długo, ale po paru minutach to on postanowił ją przerwać, najwyraźniej uznawszy, że wytłumaczył nam już wszystko. Zamknął po prostu drzwi i wrócił do leżenia na wersalce i oglądania serialu w swoim malutkim telewizorku. Nie uzyskaliśmy odpowiedzi na pytanie, czy możemy się gdzieś tu przy parkingu „rozbić z namiotem” (bo, jak głosiła kartka przyczepiona do kanciapy, opłata za noc – dla ciężarówki – wynosiła 15 lir). Uznaliśmy więc, że możemy.
Weszliśmy na parking i zaczęliśmy szukać kawałka trawnika. Wbrew pozorom nie było to wcale łatwe. Z jednej strony parking był odgrodzony „fosą” – szerokim rowem z wodą. Za nim rozciągała się obiecująco wyglądająca łąka. Nie mieliśmy jednak do niej dostępu. Tak będzie w piekle – będziesz całą wieczność chciał rozbić namiot na pięknej miękkiej trawce, ale będzie cię od niej dzielił cholerny strumyk, którego nie sposób przeskoczyć… Musieliśmy poszukać innego miejsca. Zaglądnęliśmy za ciężarówki. Stały one wszystkie tyłem wzdłuż parkingu. Niestety tę krawędź parkingu skutecznie oddzielał od trawnika wał śmieci – usypany zapewne przez lata przez kierowców. Szczerze mówiąc, nie mieliśmy ochoty przedzierać się przez taką przeszkodę. Kończyły się nam powoli strony parkingu… Trzecia niemal graniczyła z drogą – odpadało. Czwarta? Oho! Czwarta strona wychodziła częściowo na wspomnianą wcześniej stację benzynową. Ruszyliśmy w tamtym kierunku i znaleźliśmy się za stacją. Ziemia była rozjeżdżona, leżały tam jakieś betonowe płyty… Brakowało tylko trawy (i może jakichś zarośli, żeby nie być za bardzo na widoku).

Nagle usłyszeliśmy szczekanie. Dobiegało zza naszych pleców. Odwróciliśmy się i jakieś sto metrów od nas – za płotem – zobaczyliśmy dwa duże białe psy. Wyglądały na szczeniaki, ale były naprawdę sporych rozmiarów. Ujadały na nas wściekle i darły się naprawdę wniebogłosy. Na szczęście były za płotem. Nic nam nie groziło. Uznaliśmy, że, jeśli znikniemy im z oczu, przestaną szczekać. Niestety nie zdążyliśmy tego sprawdzić, bo po paru sekundach do naszych uszu zaczęło docierać dwa razy głośniejsze i potężniejsze ujadanie. Odwróciliśmy się. Pędziły do nas dwa potężne psiska. (Ale nie te zza płotu, tylko inne – dużo większe. Te zza płotu to musiały być szczeniaki…) Gnały; były maksymalnie rozpędzone, a z ich pysków wydobywały się niskie, basowe odgłosy. „Wściekła” piana toczyła im się z pysków. Szczerzyły kły. (Nie wiem, czy wspominałem, że mam taki wesoły zwyczaj, że pakuję się zwykle na ostatnią pieprzoną chwilę… W tej podróży zaowocowało to m. in. tym, że zapomniałem zabrać gazu pieprzowego.) Poczułem, że zaczyna mi się robić miękko w kolanach. Momentalnie zrobiło mi się sucho w ustach. Miałem pustkę w głowie. Chcę tu zaznaczyć, że był to jedyny moment w całej tej wyprawie, kiedy naprawdę się bałem. Poczułem najprawdziwszy strach. Pędziły na mnie dwa potężne cielaki. Nie przesadzam, nie koloryzuję, nie wyolbrzymiam. Mógłbym wtedy przysiąc, że widzę dwa „psy Baskerville’ów”. Jestem pewien, że gdyby się na nas rzuciły, to mogłyby nas wtedy zagryźć. Zaczęliśmy się powoli wycofywać w kierunku parkingu. Podnieśliśmy szybko z ziemi po kamieniu. Psy nadal groźnie warczały, ale pod wpływem naszych zdecydowanych głosów i ostrzegawczych ruchów w ich stronę, zwolniły. Nadal się do nas zbliżały, ale coraz wolniej, coraz wolniej… Aż w końcu diabły się zatrzymały. Odeszliśmy wreszcie na bezpieczną odległość. Serca nadal nam waliły. W Maćku do tego stopnia pulsowała jeszcze krew, że w pierwszym odruchu ulgi, chciał wrócić do tych bydlaków, żeby rzucić dzierżonym jeszcze w dłoni kamieniem. Nic dziwnego. Znaleźliśmy się w sytuacji zagrożenia życia. Mieliśmy się dopiero przekonać, że bezdomne psy w Turcji są normą.

Wróciliśmy na parking. Przy jednej z ciężarówek siedziała grupka kierowców. Zagadnęliśmy do nich, a oni poczęstowali nas bardzo dobrą whisky. Byli bardzo sympatyczni, a dodatkowo w świetnych nastrojach. Jeden z nich był z Serbii, drugi chyba z Macedonii, trzeci i czwarty z Bośni i Hercegowiny… Wywiązała się rozmowa.

Powiedzieliśmy, że właśnie wyrwaliśmy się z objęć okrutnej śmierci i zmierzamy do Stambułu. Jeden z panów – Bośniak – powiedział wtedy, że jutro tam jedzie i chętnie nas zabierze! Przyznaję: nie spodziewaliśmy się takiego zakończenia dnia. A w ciągu najbliższych kilku miało być jeszcze lepiej!

Ciąg dalszy już wkrótce 😀

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: