Autostopem do Wilna: stonoga w łazience i spanie w zakonie

— Autostopem do Finlandii —

Dzień 3 i 4

Już trzeciego dnia podróży okazało się, że wczesne wstawanie nie jest naszą mocną stroną. A byłoby to jak najbardziej wskazane w przypadku autostopu. Ale co z tego? Mamy wakacje!

Pierwsze dwa dni stopowałem z Julką i Kalinką. Trzeciego byłem w parze z Dominikiem. Obudziliśmy się nad pięknym augustowskim jeziorem. Zwinęliśmy obóz, posprzątaliśmy dokładnie po sobie i ruszyliśmy w stronę wylotówki na Wilno. (Z całej ekipy chyba tylko ja byłem wcześniej w stolicy Litwy – jakby co, to klik tutaj – stąd chcieliśmy odwiedzić to piękne miasto.) Żeby sobie nawzajem nie przeszkadzać w łapaniu stopa, Domino i ja wyszliśmy trochę szybciej od pozostałych. Zanim dotarliśmy do naszej drogi, zrobiliśmy dwa ważne przystanki. Pierwszy – na zdobycie kartonu. Udało się raczej bez przeszkód. Wbiliśmy na teren jakiejś fabryki i każdy z nas poszedł w inną stronę. Mnie pogoniły psy, a Dominik dostał karton od jakiegoś faceta. Drugi przystanek to sklep na obrzeżach miasta. Kupiliśmy tam czekoladę, żeby móc osłodzić sobie ewentualne długie oczekiwanie tego dnia.
Czekolada na szczęście okazała się zbędna, gdyż stop do Wilna zadziałał doskonale. Wprawdzie dopiero po 12:00 wyciągnęliśmy kciuki, ale od celu dzieliło nas tylko trochę ponad 200 km.

[A to Domino w kapeluszu, którego nie wystawi nigdy na żadnej aukcji, ponieważ spalił go w Estonii. Zdjęcie zrobiłem ja.]

Najdłużej przyszło nam czekać na pierwszego tego dnia dobrodzieja z samochodem. Ale gdy już się nam zatrzymał, przejechaliśmy z nim kawałek za granicę. Byliśmy na Litwie. W sumie całkiem szybko poszło. Miło.
Litewskie słońce zaczęło się nam dawać we znaki po pierwszych dziesięciu minutach stopowania. Na szczęście zatrzymał się przy nas Jonas. Bardzo uprzejmy Litwin, który podrzucił nas naprawdę spory kawałek. Nie mówił perfekcyjnie po angielsku, ale przy drobnym wspomaganiu się rosyjskim (Dominik zna ten język) udało się nam porozmawiać. Po drodze wstąpił z nami jeszcze do swojego mieszkania, z którego musiał zabrać jakieś dokumenty i pojechaliśmy dalej. Specjalnie wywiózł nas na wylotówkę z Olity.
Było już popołudnie. Do Wilna zostało nam troszkę ponad sto kilometrów. Humory zdecydowanie nam dopisywały. Wystarczyło te kilka godzin na Litwie, żeby się nam spodobała. Sympatyczna, przytulna, sprawiająca wrażenie bezpiecznej – kraina. Staliśmy w doskonałym miejscu; trawka, drzewka, miejsce do zaparkowania. Nie minęło dziesięć minut, gdy zatrzymał się nam kierowca, który spokojnie ląduje w TOP 5 kierowców tej podróży. Przesympatyczny facet, Litwin. Rozumiał i mówił po polsku. Zatrzymał się bez żadnego zastanowienia. Wysiadł do nas, uśmiechnięty. Zaczęliśmy rozmawiać po angielsku, ale gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, przerzucił się na nasz język. Pomógł nam zapakować plecaki do bagażnika. Całą drogę przegadaliśmy. Mówiliśmy o Litwie, o Polsce, o życiu, przyrodzie, interesach. Mówił, że też kiedyś – w młodości – jeździł autostopem i dlatego teraz zawsze z przyjemnością zabiera autostopowiczów. Bardzo uważnie nas słuchał, dopytywał. Sam też bardzo chętnie opowiadał. Ciągle się uśmiechał. Naprawdę rośnie autostopowe serce, gdy spotyka się takich ludzi. Podwiózł nas pod samą katedrę w Wilnie! Bardzo się ucieszył, gdy chwilę wcześniej rozpoznałem dzielnicę, w której się znajdowaliśmy (pamiętałem z mojej poprzedniej w Wilnie wizyty). Na koniec my dziękowaliśmy mu za pomoc, a on dziękował nam (!) za towarzystwo. Mówił, że z dobrą kompanią – to sama przyjemność. Niestety nie mamy z nim żadnego zdjęcia…

Naprawdę gładko poszło. Raz-dwa i wcinaliśmy burgery w Wilnie. Byliśmy w stałym kontakcie telefonicznym z pozostałymi członkami ekipy, dlatego wiedzieliśmy, że Julka, Werka i Mikołaj najprawdopodobniej dołączą do nas jeszcze tego dnia. Zaś Kalinkę i Maksa dopadła najwyraźniej jakaś autostopowa susza i utknęli gdzieś na trasie – już po litewskiej stronie. Mieli jednak na tyle dużo szczęścia, że trafili na jakiegoś litewskiego oficera, który zaproponował im nocleg u siebie – w niewielkim domku, znajdującym się tuż obok jego domu, z sauną!

[z prywatnego archiwum Maksa Kaczmarka, foto: Maks Kaczmarek]

My zaś spotkaliśmy się wreszcie w Wilnie. Wcześniej obeszliśmy z Dominikiem kilka hosteli. Niestety nigdzie nie dało się znaleźć pięciu wolnych miejsc. W końcu znaleźliśmy hostel, który gorąco… odradzam! Jego lokalizacja jest wprawdzie bardzo fajna, bo znajduje się on tuż obok Ostrej Bramy, ale warunki, jakie w nim panują wołają o pomstę do Matki Bożej Ostrobramskiej. Cena też jest wystrzelona w kosmos. Zapłaciliśmy 11 euro (od osoby) za ciasny pokój z brudnymi ścianami.

[foto: Weronika Świt, na zdjęciu: Weronika, Julka, Mikołaj, Dominik i ja… i pewnie jakieś robale]

W łazience zaś – pod prysznicem – miałem wątpliwą przyjemność znaleźć na ścianie coś w rodzaju kupy ślimaka, a po zasłonce wędrowało sobie dzielnie coś w rodzaju stonogi. Fuj! Wynieśliśmy się stamtąd następnego dnia. Chcieliśmy jeszcze pozwiedzać Wilno, a wieczorem – albo wybyć poza miasto i rozbić się gdzieś na łonie natury albo poszukać jeszcze jakiegoś taniego spania w mieście.

Dołączyli do nas Kalinka z Maksem i w 5 osób zwiedzaliśmy Wilno. (Jakby co, więcej fotek z Wilna można znaleźć na facebook’u.) Jak już kiedyś pisałem, jest to „miasto kościołów”, ale spokojnie – inne atrakcje też się znajdą. Największym zaskoczeniem i absolutnym hitem Wilna okazało się dla mnie Zarzecze – jedna z jego najbardziej charakterystycznych dzielnic. (Dwa słowa na jego temat można znaleźć – tutaj.)

Polecić też mogę pewną knajpkę w Wilnie. Nie jest tam za drogo, a do tego klimatycznie. Bar nazywa się Šnekutis. Znajduje się przy ulicy Šv. Mikalojaus g. 15. Serwują tradycyjną kuchnię litewską oraz bardzo smaczne litewskie piwa w przystępnej cenie (polecam gorąco pszeniczne piwa: Vilnius i Baltus!). Z zewnątrz wygląda raczej niepozornie, tzn. sprawia wrażenie bardzo niewielkiego lokalu. Tymczasem w środku jest dużo fajnie zagospodarowanej przestrzeni.

Żeby się trochę odchamić odwiedziliśmy także Litewskie Muzeum Narodowe. Honorowali polską legitymację studencką, dzięki czemu za wstęp zapłaciliśmy, zdaje się, 1,5 euro. Z mojej i Dominika perspektywy – studentów historii – muzeum to nie jest najlepiej zorganizowane (wystawy są trochę pomieszane tematycznie i okresowo), aczkolwiek z pewnością posiada wiele ciekawych zbiorów. Można na przykład zobaczyć odtworzone wnętrza litewskich chat z XIX wieku. Albo galerię przydrożnych krzyży – bogato zdobionych i rzeźbionych w litewskim stylu. Są też zaprezentowane litewskie stroje ludowe. Polecam. Można tam miło spędzić ok. 2 godzin i dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy oraz poznać litewski punkt widzenia na niektóre historyczne kwestie.

Jeśli chodzi o spanie tego dnia, to przedyskutowaliśmy tę kwestię przy obiedzie i późnym popołudniem zdecydowaliśmy, że warto rozejrzeć się jeszcze po mieście za jakimś naprawdę tanim noclegiem. W przypadku bezowocnych poszukiwań zamierzaliśmy wybyć za miasto i spędzić noc wśród litewskiej przyrody. Rozdzieliśmy się znów na trzy grupy – poszukiwawcze i ruszyliśmy w Wilno (czasem taki tradycyjny sposób jest lepszy, niż różne aplikacje, które podsuwają śmiesznie drogie propozycje).
Nie nachodziliśmy się zbyt długo, nim zadzwoniła do nas Weronika z informacją, że udało im się ogarnąć darmowy nocleg u jakichś sióstr zakonnych dla całej naszej ekipy. Dotarliśmy więc wszyscy do umówionego punktu. Wrzuciliśmy nasze rzeczy do korytarzyka i wypadliśmy z powrotem na miasto. Litewskie pszeniczne piwa, ludzie! Naprawdę polecam!

[foto i uwagi reżyserskie: ja]

Wieczorem w zakonie rozeszliśmy się do swoich pokoi. Łóżeczka były bardzo wygodne. Łazieneczki czyste. Żyć nie umierać, modlić się! W ogólnodostępnej małej kuchni zrobiliśmy sobie herbatkę. Zjedliśmy lekką kolację i położyliśmy się spać.
Rano z Dominem wyskoczyliśmy na szybkie zakupy. Siostrom w kuchni na stole zostawiliśmy mały upominek w ramach podziękowania za ich dobroć i otwartość.

[Jeśli ktoś wytęży wzrok, zauważy pewnie, iż podpisaliśmy się ‚Scouts from Poland’. Tak, wszyscy członkowie wyprawy byli bądź są harcerzami.]

Z Wilna wyruszyliśmy późno, ale… przecież nigdzie się nam nie spieszyło. Zmierzaliśmy w stronę litewskiej prowincji…

 

Podsumowanie 3 i 4 dnia (w wykonaniu Domina i moim):
▪ kierowców – 3,
▪ kilometrów – 212,
▪ nocleg – obskurny hostel w Wilnie (11 euro), nieobskurny zakon w Wilnie (0 zł)
▪ transport – autostop (0 zł)

Maciek Tomaszewski

/Ciąg dalszy nastąpi. Wpis powstał w ramach wyprawy Autostopem do Finlandii 2019./

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: