Autostopem na gulasz w Budapeszcie

— AUTOSTOPEM DO STAMBUŁU —
CZĘŚĆ I

Postanowiliśmy pojechać autostopem do Stambułu. I pojechaliśmy. To miały być zwyczajne, choć rzeczywiście niezbyt standardowe wakacje. Tymczasem nie wróciliśmy już tacy sami jak przedtem.

Nie planowaliśmy początkowo, że nasza podróż będzie trwała aż tak długo. Dawaliśmy sobie dwa, w porywach – trzy, tygodnie. Ostatecznie poza domem spędziliśmy niemal miesiąc. Była to, w przypadku każdego z nas, pierwsza tak poważna wyprawa. Jak łatwo policzyć 1/12 część roku spędziliśmy na autostopowej tułaczce. I nie jest to już podróż, którą da się łatwo opisać jako spójną całość. Jednego dnia spaliśmy w węgierskiej winnicy, drugiego wspinaliśmy się na szczyty rumuńskich Karpat, trzeciego kąpaliśmy się w Morzu Czarnym. A na koniec dotarliśmy do Stambułu; i do Azji. Przeżyliśmy niezapomniane chwile i myślę, że jeszcze długo w snach będę wracał do tych wszystkich ludzi, miejsc i przygód, których doświadczyliśmy w czasie naszej podróży.

Początek podróży
Przed wyjazdem spotkaliśmy się raz w Poznaniu nad Wartą, żeby obgadać szczegóły wyjazdu, ale zamiast tego… spotkaliśmy się nad Wartą. Było nas czworo śmiałków: Zuzia, Dominik, Maurycy i ja. Zamierzaliśmy podróżować parami. Ja z Maurycym i Dominik z Zuzią. Nadszedł wreszcie długo wyczekiwany dzień startu. Umówiliśmy się z Maurycym (nasi współtowarzysze wyruszyli chyba dzień czy dwa po nas z powodu choroby) na jednej ze stacji benzynowych w Poznaniu – na obrzeżach. Był niedzielny poranek. Przygotowaliśmy sobie pierwszy karton z napisem „byle dalej” i zaczęliśmy łapać. Po godzinie dorwaliśmy jednego miłego pana, który podrzucił nas do Śremu. Wkrótce miało się okazać, że to jedna z dłuższych (ok. 40 km) podwózek tego dnia…
Być może przez niedzielę (tak się pocieszamy, bo najprawdopodobniej to po prostu przez nasze niewyjściowe gęby) nikt nie chciał się nam zatrzymać. Łapaliśmy tym razem normalnie z kciukiem przy drodze. Wreszcie zatrzymał się nam jeden chłopak na lokalnych blachach i zaoferował podwózkę kilka kilometrów dalej. I mniej więcej w ten sposób przemieszczaliśmy się przez resztę dnia. Godzina albo dwie czekania i kilkanaście kilometrów podwózki. Ale może dzięki temu na jednej ze stacji benzynowych spotkaliśmy pana Wojciecha Czemplika – wybitnego muzyka, długoletniego skrzypka w zespole Stare Dobre Małżeństwo. Udało nam się zrobić wspólną fotkę na pamiątkę. Życzył nam powodzenia i powiedział, że czeka na pozdrowienia ze Stambułu! Późnym popołudniem dotarliśmy do Leszna i zabawiliśmy w nim do późnego wieczora. Przeżyliśmy tam jedną z największych autostopowych „susz” w karierze. Pokręciliśmy się trochę przy jednej stacji benzynowej, przy „Maku” i znowu przy drugiej stacji benzynowej. Straciliśmy już tego dnia siłę i ochotę na dalsze łapanie, więc usiedliśmy po prostu na krawężniku, wyciągnęliśmy ukulele (Maurycy) i harmonijkę (ja) i zaczęliśmy grać, czekając na to co się stanie.

Szybko zebrała się wokół nas grupka słuchaczy. Szczególnie jedna dziewczynka była nami wyraźnie zafascynowana i za pośrednictwem swojego taty pytała nas, jak to jest tak podróżować. Nie ukrywam, że moje ego zostało wtedy mile połechtane. Było ok. 21:00, gdy zagadnąłem o podwózkę jednego faceta na wrocławskich blachach. Wyraźnie zasmucony odparł, że nie ma miejsca w samochodzie. Podziękowałem grzecznie i wróciłem do koncertowania z Maurycym. Po chwili jednak kierowca, najwyraźniej przedyskutowawszy sprawę z resztą pasażerów, przywołał nas do siebie i kazał się pakować do auta. Bartek z synkami – Błażejem i Stefanem podrzucili nas na duży parking ciężarówek pod Trzebnicą. Obeszliśmy wszystkie pojazdy, szczerząc zęby w najpiękniejszych uśmiechach, na jakie nas było jeszcze stać po całym dniu niezbyt efektywnego stopowania. Niestety większość kierowców ruszała dopiero następnego dnia albo i później lub też odmawiała pomocy. Usiedliśmy przy drewnianym stole pod daszkiem i otworzyliśmy paczkę żelków. Po chwili podszedł do nas pan Romek (właściwie Romek, bo kazał sobie mówić na „ty”), który pilnował w nocy parkingu, żeby poczęstować nas brzoskwiniami ze swojego ogrodu. Serce rośnie! Mimo to straciliśmy już raczej nadzieję na złapanie czegoś więcej tego dnia. Rozejrzeliśmy się dookoła. Trawa otaczająca parking wydawała się przyjazna do rozbicia namiotu, a za łazienkami znalazłby się nawet jakiś przytulny kącik. Nie zdążyliśmy jednak udać się na spoczynek, bo na parking zajechał kolejny dostawczy samochód. Spróbowaliśmy. Kierowca wydawał się sympatyczny, więc zapytałem, czy nie mógłby nas podrzucić może w okolice Wrocławia – najlepiej gdzieś przy drodze na południe, bo chcemy dostać się na Węgry. Lekko zaskoczony mężczyzna odparł, że właśnie jedzie do Budapesztu! Marcin, bo tak miał na imię, powiedział, że może nas zabrać, ale najpierw musi się trochę zdrzemnąć i, że mamy go obudzić o 4 nad ranem. W związku z tym i my zdrzemnęliśmy się do tego czasu, choć bez rozbijania namiotów; po prostu pod gołym niebem. I w ten oto sposób z MOP-u  pod Trzebnicą, ku naszemu ogromnemu pozytywnemu zaskoczeniu, złapaliśmy stopa do samej stolicy Węgier. Marcin był tak miły, że wysadził nas właściwie w samym centrum miasta.
Poszliśmy zaraz coś zjeść. Znaleźliśmy bardzo smaczny węgierski gulasz. Pałaszowaliśmy go i szukaliśmy w Internecie jakiegoś taniego noclegu. Udało się nam wyczaić hostel w centrum starego miasta za 34 złote. Tak się złożyło, że Maurycy studiuje filologię węgierską, więc porozumiewanie się w tym dziwnym, jeśli o język chodzi, kraju przychodziło nam (tzn. Maurycemu) z łatwością. Znaleźliśmy nasz hostel. Zapłaciliśmy za jedną noc. Znaleźliśmy nasz pokój. Był 8-osobowy. Naszym najbliższym łóżkowym sąsiadem okazał się być pewien Francuz – niejaki Guillaume. Od razu się z nim zapoznaliśmy i chyba nas polubił, bo zapytał, czy mógłby dołączyć do nas w naszym zwiedzaniu Budapesztu. Odtąd trzymaliśmy się już we trójkę przez najbliższych kilka dni.

Ciąg dalszy nastąpi 😀

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: