Autostopem na Ukrainę

— UKRAINA AUTOSTOPEM 2018 —
CZĘŚĆ II

Skłamałbym, gdybym powiedział, że ani trochę się nie bałem. Ale gdy dotarłem autostopem do granicy polsko-ukraińskiej, poczułem, że nie ma już odwrotu. Żądza przygody przeważyła.

Obudziłem się w hotelu w Przemyślu. Było dosyć wcześnie, 8:00. Skorzystałem z cywilizowanej toalety (podczas autostopowej podróży nigdy się nie wie, kiedy przydarzy się następna taka okazja) i wyruszyłem. Kupiłem sobie na śniadanie mleko, banana i batona. Tak zaopatrzony usiadłem sobie na jakimś murku i zacząłem wcinać. Z drugiej strony ulicy obserwowało mnie przez chwilę uważnie kilku taksówkarzy. Po śniadaniu zorganizowałem sobie jeszcze jakiś karton i flamaster, wysłuchałem uwag taksówkarzy o tym, że z Przemyśla do Lwowa nie da się dojechać na stopa (zapraszam przy okazji na wpis o pierwszym dniu mojego stopowania na Ukrainę pt. „Nie da się złapać stopa”) i ruszyłem w stronę wylotówki na granicę. Pokręciłem się chwilę na stacji benzynowej, jednak większość tankujących kierowała się potem na Rzeszów. Przeniosłem się na przystanek autobusowy sto metrów dalej, ale i tam nikt mi się nie zatrzymał, z wyjątkiem pewnego starszego państwa, które zaczęło się na mnie wydzierać, że „tu nie wolno”! Ostatecznie doszedłem na definitywną wylotówkę na Ukrainę – a konkretnie – na przejście graniczne w Medyce. Dłuuugo nikt się nie zatrzymywał. Zacząłem się wkurzać (tym bardziej, że tym sposobem zaczynały się spełniać pesymistyczne wizje mieszkańców Przemyśla…). A wkurzanie się na stopie jest bardzo niedobre. Człowiekowi coraz trudniej jest się uśmiechać, kierowcy jeszcze mniej chętnie się zatrzymują, człowiek coraz bardziej się wkurza, coraz mniej się uśmiecha, kierowcy jeszcze mniej chętnie się zatrzymują itd… Na szczęście, pomimo mego dziwnego wyrazu twarzy, który jeszcze pół godziny wcześniej można było, przy odrobinie dobrej woli, nazwać uśmiechem, znalazła się dobra dusza, która postanowiła mi pomóc. Zatrzymał się kierowca! Powiedział, że może mnie podwieźć do samej Medyki. Wyjątkowo sympatyczny jegomość. Do granicy było niedaleko – niespełna 20 kilometrów, a mimo to zdążyliśmy odbyć bardzo interesującą, mam nadzieję, że dla obu stron, rozmowę na temat twórczości Czesława Niemena.
W miejscu, w którym wysiadłem – zaraz przy chodniku prowadzącym do punktu pieszego przekraczania granicy – kręciło się sporo Ukraińców próbujących sprzedać papierosy i inne różności. Ruszyłem w stronę granicy. Postanowiłem jednak jeszcze najpierw opróżnić szybko mój plecak ze zbędnych śmieci typu paragony, chusteczki… Stałem tak sobie przy koszu na śmieci, gdy podszedł do mnie jakiś chłopak. Powiedział, że też przyjechał tutaj na stopa, a jego kierowca powiedział mu, że widział mnie jak stopuję, ale za późno mnie zauważył i nie zdążył wyhamować. Okazało się też, że Adrian, bo tak miał na imię, również zasuwa na stopa do Lwowa. Natychmiast postanowiliśmy połączyć siły i od tego momentu podróżować razem. Przygotowaliśmy paszporty i skierowaliśmy się do samej granicy. Na przejściu granicznym po polskiej stronie ominęliśmy kolejkę, w której pierwszeństwo przed nie-obywatelami UE mieli jej obywatele. Po ukraińskiej stronie nie mieliśmy już takich przywilejów i grzecznie czekaliśmy na swoją kolej. Kolejka była dosyć długa, ale poruszała się całkiem sprawnie. Wreszcie ukraiński urzędnik-strażnik-żołnierz wziął od nas nasze paszporty, przyjrzał się nam uważnie, po czym przybił pieczątkę w miejscu wizy. Byliśmy na Ukrainie.

Adrian chciał sobie kupić papierosy, więc zaczęliśmy od wizyty w małym lokalnym sklepiku. Od tej chwili zacząłem dostrzegać na Ukrainie różne pozostałości i przejawy szeroko pojętej tzw. „komuny”. Zaczęliśmy łapać stopa – pierwsze w życiu stopa na Ukrainie. Sporządziliśmy sobie napis „Lwów” w cyrylicy i stanęliśmy przy drodze. Zamiast samochodu zatrzymał się przy nas rower, a na nim kilkunastoletni chłopiec z kanistrem. Przybił sobie z nami piątkę. Był wyraźnie zaciekawiony tym, co robimy. Gawędziliśmy sobie wprawdzie wesoło, ale stopowanie było w tej sytuacji nieco utrudnione. Jakby tego było mało nasz nowy kolega przywołał za chwilę kolejnego małego Ukraińca na rowerze i w ten sposób przy drodze stało nas już czterech. Chłopaki po dłuższej chwili jednak się zwinęły i zostaliśmy sami. Szybko zatrzymało się nam dwóch wesołych Ukraińców na polskich blachach, którzy zgodzili się podrzucić nas do… Lwowa! Łamanym polskim i troszeczkę ukraińskim rozmawialiśmy sobie całą drogą. Ta nie zajęła nam bynajmniej wiele czasu, gdyż zwykłą drogą, także w terenie zabudowanym, gnaliśmy 120 km/h. Bardzo się nam spodobała (i potem jeszcze kilkukrotnie mogliśmy jej doświadczyć) ta ukraińska filozofia jazdy. Drogi są tam szerokie. Pasy na nich namalowane Ukraińcy zdają się traktować jako takie pomocnicze niezobowiązujące linie, wykorzystując do jazdy śmiało niemal całą szerokość jezdni. W związku z tym wysiadaliśmy z samochodu chłopaków niemal równie szybko jak do niego wsiedliśmy. Okazało się dodatkowo, że nie jadą oni jednak do samego Lwowa. Odbijali w prawo, zaś nam powiedzieli, że do Lwowa musimy udać się dalej prosto. Wysadzili nas na rondzie i się pożegnaliśmy.
Zaraz za rondem znajdowała się niewielka stacja benzynowa. Uznaliśmy, że jest dobre miejsce i czas, żeby wypić coś chłodnego. Zaopatrzeni w odpowiedni trunek usiedliśmy sobie na trawie pod drzewkiem za stacją. Zza drucianej siatki obok nas obserwowały nas jakieś kury, gęsi i indyki. Zaczęliśmy gawędzić i zastanawiać się, ile kilometrów dzieli nas jeszcze od celu. Gdy tak sobie rozmawialiśmy, oparłem się głową o drzewo i zobaczyłem, że sto metrów od nas stoi jakaś biała tablica z czarnym napisem, którą wcześniej coś mi musiało zasłaniać. „Adi, a weź spójrz na tę tablicę” – powiedziałem. Adi spojrzał i zaczęliśmy się śmiać. Byliśmy we Lwowie!

Ciąg dalszy nastąpi…

Tymczasem zapraszam na pierwszy wpis o autostopowej wyprawie na Ukrainę pt. Nie da się złapać stopa 😉

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: