Autostopem z Poznania do Stambułu

— AUTOSTOPEM DO STAMBUŁU —
CZĘŚĆ XI

Udało się! Prawie miesiąc w podróży, prawie 40 kierowców, prawie 3200 km. Nie powiem, że było łatwo, bo nie chcę się tutaj popisywać… Albo właśnie powiem! Autostopową wyprawę Poznań – Stambuł to ja zjadam na śniadanie! Łatwizna!

Późno w nocy na granicy, ale już po tureckiej stronie, znaleźliśmy transport do Stambułu. Na parkingu dla ciężarówek poznaliśmy kierowcę, który niemal sam zaoferował, że zawiezie nas tam następnego dnia. Genialnie! Mam wrażenie, że zupełnie nie docierało do mnie to, co się dzieje. Dojadę autostopem do Stambułu (z Poznania)! Wypiliśmy z naszym dobrodziejem i jego kolegami-kierowcami po „kubeczku” whisky na dobry sen i… No właśnie. Tutaj pojawił się mały problem. Nie wiedzieliśmy jeszcze, gdzie spać. Parking – dla ciężarówek, na którym się znaleźliśmy, był, jakby to powiedzieć…., dla ciężarówek. Nie dla namiotów. Z dwóch jego stron nie było żadnej możliwości rozbicia obozowiska na noc. Z trzeciej przed chwilą przegoniły nas wygłodniałe bezdomne psy. Pozostała nam tylko jedna możliwość: przedarcie się przez śmierdzącą stertę śmieci, za którą rozpościerał się obiecująco wyglądający trawnik. Trzeba się nam było naprawdę przełamać, żeby przejść przez to podejrzane, śmierdzące i niepewne podłoże. Ale musieliśmy to zrobić… Znaleźliśmy się po drugiej stronie „śmieciowej kurtyny”. Najwidoczniej nie byliśmy pierwszymi ludźmi, którzy tam dotarli, gdyż w kilku miejscach – zwłaszcza tych nieco bardziej zacisznych (tzn. za drzewami) – leżały chusteczki i kawałki papieru toaletowego… Super! Tego nam było trzeba. Noc tuż przy polowym kiblu TIR-owców (ciekawostka: kierowcy ciężarówek często nie lubią, gdy mówi się o nich TIR-owcy, dlatego unikam tego słowa w rozmowach z nimi, a nawet u siebie na blogu staram się używać go jak najrzadziej) i stercie śmieci. Gorzej już chyba nie mogliśmy trafić. Znaleźliśmy płaski i czysty fragment ziemi. Tam też rozbiliśmy namioty. Noc spędziliśmy spokojnie, śpiąc snem sprawiedliwego. Pierwszą noc na tureckiej ziemi.

Pierwszy poranek w Turcji
Otworzyłem namiot i pierwszym, co zobaczyłem, był siedzący dziesięć metrów dalej na stercie śmieci… szczur! Najwyraźniej był czymś żywo zainteresowany, bo spostrzegł mnie dopiero po chwili. Rzucił mi zaskoczone spojrzenie, jakbym go przyłapał na jakiejś wstydliwej czynności niegodnej szanującego się tureckiego szczura. Przez ułamek sekundy prowadziliśmy walkę na wzrok, po czym czmychnął w zarośla.
Byliśmy umówieni z naszym kierowcą na godzinę 10:00. Wstaliśmy oczywiście dużo wcześniej. Zwinęliśmy namioty i udaliśmy się na śniadanie do pobliskiej stacji benzynowej. Po drodze usłyszeliśmy, że ktoś nas woła spomiędzy ciężarówek. Grupka tureckich kierowców kiwała do nas przyjaźnie i zapraszająco ręką. Podeszliśmy. Zaproponowali nam ciepłą herbatę, spytali, skąd jesteśmy (jeden z nich mówił po angielsku). Pogawędziliśmy chwilkę. Byli bardzo uczynni i bardzo nami zaciekawieni. Trzeba było widzieć ich radość, gdy usłyszeli od nas na początku muzułmańskie pozdrowienie „Salam alejkum” (po arabsku: „pokój z Wami”).

Udaliśmy się do stacji benzynowej na śniadanie. Usadowiliśmy się na zewnątrz i czekaliśmy, aż wstanie nasz dobrodziej. Jego bośniacka dusza dała nam o sobie znać. Wyruszyliśmy grubo po 12-stej. Następny przystanek: Stambuł! Nasz kierowca był bardzo sympatyczny; rozmawialiśmy łamanym naprawdę-nie-wiem-czym. Rozumieliśmy się jednak na tyle, by opowiedział nam o sytuacji kierowców ciężarówek na granicy turecko-bułgarskiej (i vice versa). Otóż graniczna kontrola ciężarówek jest wyjątkowo dokładna. Dokładna do tego stopnia, że od granicy w obie strony rozciągają się ok. 25-kilometrowe korki samochodów ciężarowych, które poruszają się z prędkością mniej więcej 2-3 dni.

Stan ten utrzymuje się już tak długo, że zaczęli to dostrzegać i wykorzystywać lokalni mieszkańcy. Wzdłuż gigantycznej kolejki ciężarówek przemieszczają się na motorynkach młodzi chłopcy, sprzedając kierowcom co nieco  do wypicia i przegryzienia. Jest jeszcze jeden „haczyk”. Żaden z kierowców nie może sobie pozwolić na sen przez kilkadziesiąt (ok. 48-72) godzin, ponieważ zostaje wówczas błyskawicznie wyprzedzany przez bezlitosnych kolegów po fachu.
Droga zleciała nam szybko. Do Stambułu dotarliśmy w bardzo podobnym czasie, co Zuzia i Dominik. Z tą różnicą, że nas – nasz kierowca wysadził w odległości 46 kilometrów od centrum!!! (Zaś Zuzi i Dominikowi udało się złapać kierowcę, który wysadził ich niemal tuż pod naszym pierwszym hostelem.) Najlepsze jest to, że wysiedliśmy już w obrębie miasta! Znajdowaliśmy się już w Stambule. Nasz bośniacki znajomy wskazał nam miejsce, z którego powinniśmy wsiąść do miejskiego autobusu i odjechał. Miejsce zupełnie nie wyglądało na przystanek autobusowy. Przypominało raczej środek skrzyżowania. Na szczęście oprócz nas czekał tam na autobus także jeden pan.

Do naszego hostelu, który znajdował się w absolutnym centrum starego miasta, bo zaledwie kilkaset metrów od Hagia Sophia, przedzieraliśmy się 2,5 godziny! (Stambuł jest największym i najludniejszym miastem Turcji. Leży na styku dwóch kontynentów: Europy i Azji. Jego powierzchnia wynosi ponad 1500 km² i mieszka w nim prawie 15 milionów ludzi. Pierwszy raz w życiu byłem w tak gigantycznym mieście. Nie ukrywam, że byłem w lekkim szoku.) Jechaliśmy autobusem, metrem i tramwajem. (A potem kawałek na piechotkę.) Udało się nam na szczęście jakoś ogarnąć bilety. 46 kilometrów po mieście… I cały czas znajdowaliśmy się, jak dotąd, tylko po jego europejskiej stronie.

Wreszcie zameldowaliśmy się w naszym hostelu. Nieco wcześniej daliśmy znać Zuzi i Dominikowi, że już niedługo będziemy na miejscu. Oni byli tam przede mną i Maćkiem. Myślę, że nie musieliśmy nic mówić, gdy się zobaczyliśmy. Po prostu rozumieliśmy. Po niemal miesiącu wspólnej, nieraz trudnej i męczącej, podróży mogliśmy sobie spojrzeć w oczy i widzieć w nich w końcu wymarzony Stambuł.
Warunki hostelu nie były nadzwyczajne (stare, odrapane łazienki, ciasne pokoje, problemy z wi-fi). Dostaliśmy pokój na najwyższym piętrze. Okazało się, że nic lepszego nie mogło nas spotkać w tym miejscu. W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że będę kiedyś spędzał noc w łóżku z widokiem na jedno z najwspanialszych dzieł architektury I tysiąclecia naszej ery – Hagię Sophię!

Byłem szczęśliwy. Z tego szczęścia wieczorkiem wyszliśmy na… Stambuł. I zjedliśmy kebab. Hmmm… Chwileczkę… Może ja powinienem zatytułować ten wpis „Autostopem na kebab w Stambule”. Przecież teraz już mogę wyjawić, że to był główny cel naszej wizyty w dawnym Konstantynopolu!

Wkrótce wlecą kolejne (ostatnie) wpisy i dużo pięknych zdjęć, zaś na potem przygotowuję już kilka tematycznych artykułów na temat Stambułu. Tymczasem zapraszam na krótkie podsumowanie wyjazdu w liczbach – czyli:

— AUTOSTOPEM Z POZNANIA DO STAMBUŁU — 

Czas podróżyok. 4 tygodnie
Trasaok. 3200 km
Kierowców37
Nocy w namiocie (do Stambułu)12
Nocy pod dachem (do Stambułu)7
Nocy pod gołym niebem (do Stambułu)1
Przygódmilion
Odwiedzone państwaPolska, Czechy, Słowacja, Węgry,
Rumunia, Bułgaria, Turcja, Serbia (w drodze powrotnej)

 

[Zdjęcia tym razem są autorstwa Maćka i mojego. Pozdrawiam Cię, Maciek!]

Maciek Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: