Berlińska przygoda

Pierwsze koty… za-płotem

Chyba każdy, kto stawał w życiu przed jakimś trudnym albo ważnym wyzwaniem (począwszy od występu w szkolnym spektaklu, przez bieg w maratonie, po wygłoszenie wykładu), wie, że towarzyszy mu często trema, stres i jakaś… niewiadoma.
Wiedziałem, że obleci mnie strach przed tak daleką autostopową podróżą. Ale wiedziałem też, że „odleci” ode mnie w momencie pierwszego wyciągnięcia kciuka. Obleciał, jak przewidziałem – wieczorem, dzień przed wyjazdem. Ale okazało się, że „odleciał” jeszcze szybciej!
Wstaliśmy z Dawidem bardzo wcześnie. (Spaliśmy jakieś 4 godzinki.) Wypiliśmy zimne resztki zielonej herbaty, którą zrobiliśmy sobie wczorajszego wieczoru. Śniadanie – w postaci batonika – zjedliśmy już na przystanku tramwajowym. O 6:30 zaczynało się rozdawanie na starcie „pakietów startowych” (karta podróży, koszulka, kilka gadżetów), więc punktualnie o tej godzinie stanęliśmy na Placu Wolności w Poznaniu.
Dzień zaczęliśmy pomyłką. Pomyliliśmy place. Uczestnicy gromadzili się bowiem na Placu Mickiewicza i to właśnie stamtąd Wyścig wyruszał. Odebraliśmy od niezwykle urodziwych i uczynnych organizatorek nasz numer: 237 oraz życzenia powodzenia. Ludzi na placu z każdą chwilą przybywało! Sami pozytywni i zakręceni ludzie. Gadaliśmy o trasach, jakimi zamierzaliśmy dotrzeć do Comacchio. Bardzo imponowały nam pary wyłącznie dziewczęce! I wszyscy byli uśmiechnięci! Poznawaliśmy kolejnych wariatów, którzy wymyślili sobie w majówkę jechać stopem do Włoch nad Morze Adriatyckie 🙂

(Nie)szczęsna stacja

Ostatnie 10 sekund do startu odliczył (a raczej „odwrzeszczał”) tłum autostopowiczów zgromadzony przed pomnikiem Adama Mickiewicza. I ruszyli! Pełni energii, optymizmu i wiary w ludzi! Trudno byłoby być autostopowiczem bez tych cech. I choć nie uległy one zanikowi, to w pierwszym dniu Wyścigu zostały w nas poddane licznym amplitudom 🙂 Brzmi niejasno? Spieszę z wyjaśnieniem! Z Poznania nie mogliśmy wyrwać się przez… 7 godzin! To chyba mój rekord w łapaniu stopa! (Nigdy więcej takich rekordów!)
Zgodnie z zasadami Wyścigu Autostopem w dużych miastach mogliśmy poruszać się komunikacją miejską. Autobusem wypchanym po brzegi „hiczhajkerami” dojechaliśmy z Dawciem do Osiedla Dębina i na stację benzynową tuż przy wjeździe na autostradę A2. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że ta stacja stanie się naszym przekleństwem… A może jednak wręcz na odwrót…?
Ku naszej uciesze na stacji stał samochód z włoską rejestracją! Niestety jego właścicielka poinformowała nas, że dopiero co wróciła z Włoch. Jakiś czas później na stacji zjawił się kolejny samochód z włoską rejestracją.
W tzw. międzyczasie podeszliśmy do dziesiątek aut, których kierowcy niestety przecząco odpowiadali na pytanie „czy zabiera pan autostopowiczów?”. A inni oczywiście… „byli stąd”.
Postanowiłem zaryzykować i sprawdzić, czy szkolne lata nauki języka włoskiego nie poszły na marne.
-Ciao! Tu sei Italiano? – spytałem grzecznie, szczerze uśmiechając się do kierowcy. Ów dżentelmen odparł tylko, niemal mi przerywając:
-Nigdzie nie jadę, kolego! Już chyba ósma osoba mnie o to pyta!

Nadal cała stacja i okolice obstawione były podróżnikami. Ludzie łapali stopa na stacji, na wyjeździe ze stacji, na wyjeździe z Lidla (obok), na wjeździe na wjazd na autostradę, na wjeździe na autostradę… Do wyboru, do koloru! Okazało się jednak, że nie tylko my – uczestnicy Wyścigu Autostopem – jedziemy na Zachód. Rozmawiała z nami jedna para, która na majówkę postanowiła wybrać się na zwiedzanie Europy, ale konkurencja w postaci nas trochę ich zaskoczyła – jakieś 1000 razy większa konkurencja niż przypuszczali 🙂 My w końcu też zaczęliśmy łapać przy drodze. Mijały nas kolejne samochody; niektórzy rozkładali bezradnie ręce, większość kierowców się uśmiechała. My… ciągle jeszcze też. Czuliśmy jednak, jak z każdym bezowocnym kwadransem nasze uśmiechy słabną i robią się coraz bardziej wymuszone… Minęły 3 godziny. Z góry powiem, że zanim opuściliśmy Poznań, minęły jeszcze 4! To był dla nas czas ciężkiej próby. Morale poważnie spadło. Kryzys wydawał się nieunikniony. Jak na razie nie opuściliśmy nawet stacji benzynowej.

 

3 „stopy” do Berlina

Ze stacji wziął nas w końcu jeden facet. Bardzo sympatyczny gość – trochę się nam wyżalił, że w jego wieku (miał może niecałe 40 lat) nie może już rzucić wszystkiego i wyjechać w Bieszczady, że musi spłacać kredyty…Wysadził nas z drugiej strony Poznania – niby na wylotówce, którą faktycznie można jechać do Niemiec, ale gdy i tam nikt nas nie zabrał przez 1,5 h wróciliśmy mocno podłamani na duchu do naszej… stacji benzynowej!
Była już 16:00, gdy znów znaleźliśmy się na Dębcu. Nie było już tam żadnego autostopowicza. Ale tu wreszcie miła niespodzianka! Na stację zajechał samochód z rejestracją FSW. Oho! Zapaliła się nam słynna metaforyczna „lampeczka”. W aucie siedziały dwie kobiety: córka – za kierownicą i mama. Podeszliśmy i zapytaliśmy, gdy ta młodsza otworzyła drzwi, czy jadą może w stronę Niemiec i czy zabierają autostopowiczów. Po jej wesołej reakcji poczuliśmy, że jest dobrze. Przez ułamek sekundy się nam przyjrzała i poprosiła, żebyśmy powiedzieli jej coś więcej o sobie. Tak! 🙂 Powiedzieliśmy, że bierzemy udział w takim wyścigu, Dawid miał na sobie koszulkę z logo imprezy, że jesteśmy ze Śremu. Zgodziła się! 🙂 Powiedziała, że zabiera na stopa, bo często sama tak podróżuje. (To się nazywa solidarność autostopowiczów.)
Panie jechały do Świebodzina. Karolina okazała się bardzo rozmowną, żeby nie powiedzieć gadatliwą i uroczą dziewczyną. Do tego bardzo ładną i wesołą – same jej się oczy uśmiechały. Bardzo przyjemnie nam się z nimi podróżowało! Karolina musiała wprawdzie przełożyć trochę rzeczy do bagażnika i z trudem upchaliśmy własne bagaże, ale był to jeden z najprzyjemniejszych stopów w mojej karierze 🙂 Całą drogę przegadaliśmy. Zaczęliśmy oczywiście od wymiany autostopowych wspomnień i od naszych planów na dojechanie do Comacchio. Ale rozmowa zeszła też na dużo poważniejsze i filozoficzne tematy: studia, motywacja, marzenia… Karolina skojarzyła mi się troszeczkę ze Stevem Jobsem i z jego podejściem do życia „Stay hungry. Stay foolish”.

Podróż z dziewczynami minęła niestety szybko. A czuliśmy się u nich naprawdę prawie jak w domu. Niezwykle miłe, uprzejme i ciepłe. Wysadziły nas na stacji benzynowej pod Świebodzinem, skąd zamierzaliśmy złapać coś do Świecka – już pod granicę.
Mimo wszystko czuliśmy się zmęczeni. 7 żmudnych godzin stopowania w Poznaniu dało o sobie znać. Usiedliśmy z Dawciem, przygotowaliśmy napis „Świecko” na kartonie i zamówiliśmy sobie po hot-dogu, gdyż zdecydowanie była już obiadowa pora. Ledwo zdążyliśmy wyjść na zewnątrz i wykonać dosłownie pół obrotu, żeby określić kierunek, w którym teraz musimy się udać, gdy zawołała nas dziewczyna tankująca paliwo:
-Dokąd jedziecie?
-Do Świecka – odpowiedzieliśmy zaskoczeni.
-A ładnie się uśmiechacie? 🙂
-Sama zobacz – i w odpowiedzi wyszczerzyliśmy zęby najładniej, jak potrafiliśmy.

Elwira, bo tak miała na imię, zaprosiła nas do samochodu i powiedziała, że mamy szczęście, bo zepsuło jej się radio, a tak w ciszy to nie lubi jeździć. Była weterynarzem i zdecydowanie zwierzęta były głównym motywem naszej rozmowy. Jechaliśmy „starą drogą” do Świecka. Zasuwaliśmy nieźle i Elwira nawet pytała, czy się nie boimy jak większość jej znajomych, ale my byliśmy raczej zadowoleni, że po tylu godzinach w Poznaniu chociaż troszeczkę nadrabiamy. Z resztą, jadąc jeszcze z Karoliną, widzieliśmy przy drodze mnóstwo autostopowiczów – wielu tylko kilka czy kilkanaście kilometrów od Poznania. Uznaliśmy z Dawidem, że opłacało się czekać, skoro teraz wszystkich wyprzedzamy. Elwira wysadziła nas na stacji benzynowej przy autostradzie. Tam również okazję próbowało złapać już kilka par.

Jedna z nich, z którą zamieniliśmy parę słówek, powiedziała nam, że próbują tu coś złapać od 3 godzin. Było ok. 18:00. Nie pałali optymizmem i już nawet planowali, gdzie rozbiją namiot.
My na szczęście nie zabawiliśmy tam tak długo. Zdążyliśmy wprawdzie podejść do kilku kierowców, ale nikt nie chciał nas zabrać lub miał już pełen samochód. (To jest ta „ciemna strona” autostopu. Jest to naprawdę niemiłe uczucie – kiedy kierowca mierzy cię wzrokiem i odmawia podwózki.) Podeszliśmy w końcu do jednego chłopaka, ale odmówił. Wsiadł już nawet do samochodu, a razem z nim jego dziewczyna. Po chwili jednak wysiadł i powiedział, że mogą nas podrzucić do Berlina. Kobiety są wspaniałe!
Po niedługim czasie przekroczyliśmy granicę. Nasza dobrodziejka – Rosjanka powiedziała, że to bardzo wygodne w porównaniu z granicą białorusko-polską, na której wczoraj czekali na przejazd 6 godzin! Nasi Rosjanie byli bardzo uprzejmi, uśmiechali się do nas i chwilę pogawędziliśmy. Samochód – bardzo wygodny! Mogłoby się zdawać, że nie ma na co narzekać. Ale… muzyka! Muzyka, której słuchaliśmy prawie całą drogę, była naprawdę paskudna. Co 4 minut nowy psychodeliczny kawałek. Strasznie przygnębiające, smutne i dołujące. Dziwne, nienaturalne dźwięki… Poprosiliśmy ich, żeby wysadzili nas jeszcze przed Berlinem na jakiejś stacji albo parkingu, ponieważ chcemy odbić na południe, a z Berlina – będzie się na pewno trudno wyrwać. Zgodzili się i znaleźli na mapie punkt, w którym nas wysadzą. Niestety okazało się, że na owej stacji nie da się nas wysadzić, bo jest wprawdzie w tamtym miejscu, ale nie przy naszej drodze. Stwierdzili, że jeśli nam to pasuje, to możemy wysiąść po prostu na drodze. Zgodziliśmy się. Niedługo zauważyliśmy na autostradzie stopujące dwie dziewczyny z  naszego Wyścigu i to przy nich nasza rosyjska para nas wysadziła. Jedna z nich zrobiła nam jeszcze pamiątkowe zdjęcie i wszystko wskazywało na to, że zaraz odjadą.

Wszystko potoczyło się jednak inaczej. Tylko wsiedli do samochodu, zjawił się radiowóz policyjny ze strasznym wkurzonym niemieckim policjantem.
Kojarzycie pewnie stare nagrania przemawiającego Hitlera? Mieliśmy próbkę tego na żywo. Policjant zaczął się na nas drzeć! Naprawdę wrzeszczał strasznie i obrzydliwie. Na nas, na dziewczyny, na Rosjan. W końcu przyczepił się do mnie. Odparłem mu grzecznie, że Ich verstehe Deutsch nicht. Wtedy zapytał, czy mówię po rosyjsku albo po polsku. Odpowiedziałem, że owszem mówię po polsku.
-Dhoga nienohmalna! Nienohmalna!
-But…
-No! No „but”!
Nasz Rosjanin na polecenie policjanta, że ma nas stąd zabrać, odparł, że naszą dwójkę weźmie z powrotem. Wpakowaliśmy więc nasze bagaże z powrotem do bagażnika. Na autostradzie strasznie wiało i było bardzo zimno. Tak nam było żal tych dwóch dziewczyn… Były takie zagubione. Powiedziałem im tylko, żeby jakoś spróbowały z tymi policjantami się dogadać, żeby ich wywieźli na jakąś „legalną drogę”. Zdążyliśmy jeszcze zobaczyć, że policjanci gdzieś je zabierają.
W zaistniałej sytuacji nasi Rosjanie powiedzieli, że niestety muszą nas zawieźć do Berlina. Bardzo przepraszaliśmy za kłopot, ale byli naprawdę wyrozumiali. Zapytali, czy chcemy, żeby nas zawieźli w jakieś konkretne miejsce. Stwierdziliśmy, że, jeśli wyrzucą nas na jakiejś stacji, to będziemy bardzo zadowoleni. Tak też zrobili po kilkunastominutowym błądzeniu po berlińskich ulicach i pożegnaliśmy się drugi raz – tym razem ostatecznie.

 

Berlińska przygoda

Rzeczywiście czuliśmy się trochę zagubieni, jadąc jeszcze samochodem berlińskimi ulicami, widząc obce nazwy, obce twarze… Nasi dobrodzieje wysadzili nas nieopodal stacji benzynowej i zostaliśmy sami pośrodku Berlina. A w zasadzie pośrodku obrzeży Berlina. Jeszcze nie podjęliśmy decyzji o spędzeniu nocy w stolicy Niemiec i zaczęliśmy szukać drogi, którą moglibyśmy dostać się na autostradę do Drezna. Okazało się, że w Berlinie znalezienie darmowego wi-fi nie jest tak łatwe jak w Polsce. Po sprawdzeniu naszego położenia (dosłownie) w Internecie i potwierdzeniu tego u kilku zapytanych Niemców zaczęliśmy kierować się w stronę autostrady w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na nocleg.     Jakież było nasze zaskoczenie i radość, gdy 5 minut później zobaczyliśmy zbliżającą się w naszym kierunku parę z plecakami, z karimatami i gadżetami naszego Wyścigu. Oni też nie planowali pobytu w Berlinie, ale z tego, co donosił nasz wewnętrzny autostopowy wywiad, wiele osób tu wylądowało. Borys i Marta także odpuścili łapanie stopa już tego dnia i teraz próbowali dostać się na lotnisko, żeby tam spędzić noc. Wydało nam się to bardzo rozsądnym rozwiązaniem kwestii noclegu i razem zaczęliśmy działać, żeby dostać się tam jak najprędzej. Okazało się, gdy spytaliśmy dwóch młodych Niemców, jak dostać się na lotnisko, że jesteśmy dokładnie pod stacją miejskiego „pociągu” („metra naziemnego”? Naprawdę nie wiem, jak nazwać ten środek komunikacji. Będę nazywał go „pociągiem”). Zaraz przed nim pod zadaszeniem swoje lokum mieli iście filmowi bezdomni (zarośnięci, w starych ciuchach, krzyczący coś do przechodniów, z marketowym wózkiem obok, gołębiami i nieczynnymi zakurzonymi schodami ruchomymi otoczonymi taśmą).
Już wewnątrz rozkminialiśmy, jaki i jak w automacie kupić bilet. Na szczęście maszyna miała też polską wersję obsługi, co zdecydowanie ułatwiło sprawę. (Można było wybrać także język angielski, chyba rosyjski, turecki i oczywiście niemiecki.) Zapłaciliśmy 2,2 euro za bilet dwugodzinny.
W pewnym momencie podszedł do nas jakiś chłopak i z uśmiechem na ustach zapytał po polsku, gdzie w tym roku jest meta wyścigu 🙂 Studiował w Berlinie i powiedział nam, którym „pociągiem” dojedziemy na Flughafen Berlin-Schönefeld oraz dał nam mapkę berlińskiej komunikacji miejskiej.
Poszliśmy we wskazanym kierunku, zadowoleni, bo zaopatrzeni już w bileciki i czekaliśmy, aż przyjedzie S9. Po drodze zagadał do mnie pewien pan, widząc karton z napisem „Italia ♥”:
-Jedziesz do Italii?
-Bardzo bym chciał.
-To mam dla ciebie transport.
-Naprawdę?
-Tak… Rower – odparł i wraz ze swoim kolegą serdecznie się zaśmiali szczerze ubawieni swoim dowcipem. Ten drugi jednak zaraz zmienił temat:
-To jest mój przyjaciel. Jesteśmy niemieckimi bezdomnymi. Może macie kilka euro?

Czekając już na peronie (a właściwie przy konkretnym torze. Zauważyliśmy, że w Niemczech chyba nie ma peronów, gdyż każdy tor ma coraz większy numer – od kilku do kilkunastu. Nie zaś tak jak u nas – np. „tor 1. przy peronie 2.”) zauważyliśmy stojące w kilku miejscach masywne słupki, które okazały się kasownikami. Pewien miły Chińczyk powiedział nam, że bilety kasuje się już przed wejściem, gdyż w środku „pociągów” kasowników już nie ma. Zresztą, gdy dowiedział się, że jesteśmy autostopowiczami, bardzo się ucieszył i życzył nam powodzenia.
Bez problemu dojechaliśmy na lotnisko. Tam czekać mieli na nas znajomi – też uczestnicy Wyścigu – Marty i Borysa. Mimo, że było już po zmroku, ciągle kręciło się tu pełno ludzi. Przed wejściem na lotnisko czuć było wyraźny zapach marihuany. Niedługo zajęło nam odnalezienie się, „umycie” w lotniskowej toalecie i przejście do terminalu, który był już puściutki, gdyż nie odlatywały już stamtąd do rana żadne samoloty. Co jakiś czas przeszedł tamtędy jakiś pracownik lotniska, nie zwracając na nas zresztą żadnej uwagi. Było cicho, pusto i ciepło! Byliśmy zaskoczeni. Zjedliśmy wreszcie jakąś kolację – chleb tostowy z pasztetem i „położyliśmy się” spać – tzn. „usiedliśmy” spać. Czekała nas niezbyt wygodna, ale przynajmniej ciepła i w miarę bezpieczna noc na berlińskim lotnisku Flughafen Berlin-Schönefeld… Po naszych minach widać jednak, że jesteśmy już zmęczeni:


Genialny maszynista i powrót

Niestety Dawcio się rozchorował. Rozważaliśmy jeszcze dalszą drogę, ale czuł, że nie da rady. Kurde, z wielkim żalem zdecydowaliśmy się na powrót. Czasem trzeba podjąć też taką decyzję.
Nad ranem pożegnaliśmy się z naszymi towarzyszami i skierowaliśmy się na Dworzec Główny – czyli Berlin Hauptbahnhof. Bez większych problemów kupiliśmy bilety komunikacji miejskiej. Nie mogliśmy jednak dobrze zrozumieć, skąd odjedzie nasz „pociąg”, więc o pomoc poprosiliśmy jednego maszynistę. Wyszedł do nas ze swojej kabiny i rozmawiał z nami łamaną angielszczyzno-niemczyzną z dobry kwadrans. Nie mogliśmy się specjalnie porozumieć. My pytaliśmy o jedno, a on odpowiadał na drugie. Z trudem wytłumaczyliśmy mu, że chcemy dojechać na BHF (czyli właśnie na Dworzec Centralny). W końcu jednak ustaliliśmy, że musimy skasować bilet i zostać w tym właśnie „pociągu”, który za niecałą minutę miał ruszać. Pokazał nam mapkę i trasę, którą zaraz będziemy z nim pokonywać. Był bardzo uprzejmy, wesoły i za wszelką cenę chciał nam pomóc. Na którymś przystanku wsiadł jakiś mężczyzna, wszedł do kabiny naszego maszynisty i usłyszeliśmy, jak tamten mówi mu, że to my jesteśmy tymi, którzy mówią tylko po angielsku. Wydaje się nam, że specjalnie zadzwonił po tego gościa, żeby po angielsku wszystko nam lepiej wyjaśnił! 🙂 Powiedzieli nam, gdzie musimy wysiąść i w który „pociąg” wsiąść! Jechaliśmy pewnie jakieś pół godziny albo nawet 45 minut. Na koniec nasz maszynista wysiadł z nami i poprowadził nas do schodów, którymi mieliśmy dostać się do naszego „pociągu”! Myśleliśmy, że to już naprawdę szczyt uprzejmości, ale okazało się, że genialny pan maszynista jest jeszcze bardziej obłędny i, gdy już zajechał nasz „pociąg” usłyszeliśmy z drugiej strony torów gwizd, zobaczyliśmy naszego pana maszynistę, który kiwa nam, że to ten „pociąg”, do którego mamy wsiąść! 🙂 Byliśmy w szoku! To była jedna z najmilszych osób, jakie spotkaliśmy podczas naszej podróży.
Na dworcu byliśmy ok. 6:00 rano. Nasz pociąg odjeżdżał o 9:37. Bilety do Poznania kupiliśmy w zwykłym automacie! Wybraliśmy klasę, miejsca, przedział – wszystko w języku polskim. Załatwiliśmy bilety i sprawdziliśmy, gdzie znajduje się tor nr 11, z którego miał odjechać nasz pociąg za 3 godziny. Na ogromnym terenie całego kilkupoziomowego dworca było cholernie zimno! Czuć było wiatr, a ziąb przeszywał całe nasze ciała niczym chłód duszę Kaja z andersenowskiej „Królowej śniegu”! Większość tego czasu przesiedzieliśmy, popijając kawę i czekoladę w jakiejś knajpeczce, a potem w Makdonaldzie (w którym skorzystanie z toalety kosztowało 50 eurocentów!).
Przed wejściem do pociągu pomyśleliśmy jeszcze, że warto zrobić sobie zdjęcie na tle napisu „Berlin” na Dworcu Głównym. Pewien miły Szwed (który również jechał do Polski – do Leszna – na żużel) bardzo chętnie zrobił nam to zdjęcie. Potem już tylko wsiedliśmy do pociągu i… pojechaliśmy do Poznania. I tak oto zakończyła się nasza podróż autostopem do… Berlina.

Wielkie dzięki, Dawid, za wspólną podróż! Było świetnie, choć szkoda, że tak krótko!
Włochy – nie zając! Trzeba to kiedyś nadrobić! 🙂

 

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: