Czy na Łotwie biorą na stopa i czy jedzą kamienie zamiast ziemniaków?

— Autostopem do Finlandii —

Dzień 7

Po kilku dniach opuściliśmy Litwę. Łotwa przywitała nas z otwartymi ramionami. Autostop okazał się tam łatwy, szybki i przyjemny. Zaś Łotysze – bardzo uprzejmi i skorzy do pomocy.

Spaliśmy – w pięknych okolicznościach przyrody – jakieś trzydzieści kilometrów od granicy litewsko-łotewskiej.

[foto: Dominik Krobski]

Zwinęliśmy namioty, umyliśmy zęby i ruszyliśmy w stronę „naszej” drogi.

[foto: Julka Bardziejewska]

Pamiętaliśmy z wczoraj, że nieopodal niej znajduje się stacja benzynowa. Była to nasza gwarancja cywilizowanej toalety.
Po załatwieniu wszystkich ważnych spraw, stanęliśmy przy drodze. Mieliśmy do zrobienia tego dnia prawie 300 km. „Spokojnie do zrobienia” – we dwójkę. We trójkę – „do zrobienia”. Na pierwszy samochód czekaliśmy może piętnaście minut. Zatrzymał się akurat, gdy Dominik był w połowie pisania na kartonie nazwy jakiejś przygranicznej miejscowości. Zabrała nas bardzo miła Litwinka w średnim wieku – lekarka, mówiąca trochę po polsku. Powiedziała, że nie jest orłem z naszego języka, ale ogarnia podstawy. Bardzo się ucieszyła, że może się podszkolić w znajomości polskiego. Miał wówczas miejsce jeden z zabawniejszych dialogów między nami a kierowcą w tej podróży. Julka, chcąc zagaić dalszą rozmowę, rzuciła uwagę na temat dobrego stanu litewskich dróg: „Ale widać tutaj u was tendencję modernizacji, prawda?”. Mina naszej Litwinki była absolutnie bezcenna!
Mimo wszystko pogadaliśmy sobie m. in. o służbie zdrowia w naszych krajach. Była kolejnym litewskim kierowcą (jak tak sobie teraz myślę, to była też jedną z niewielu kobiet, jakie podwiozły mnie w tej podróży), który nie miał do nas – z racji naszej polskości – żadnego problemu, a nawet wręcz przeciwnie. Była też naszym ostatnim litewskim kierowcą podczas tej podróży.
Kolejny kierowca okazał się być Rosjaninem mieszkającym na Łotwie. Podwiózł nas z dziesięć kilometrów i wysadził już po łotewskiej stronie. Znaleźliśmy się na przystanku autobusowym. Dominik zaczął robić kolejny napis na kartonie. I kolejny raz nie zdążył go dokończyć, ponieważ zatrzymało się przy nas kolejne auto. Okazało się, że jechała w nim chyba łotewsko-rosyjska para. Zmierzali do Dyneburga – czyli do tego samego miasta co my. Czekała nas zatem półgodzinna wspólna jazda. Jak z każdym, kto nas podwozi, próbowaliśmy z nimi pogadać. Nie byli specjalnie rozmowni. Barierę stanowił też trochę język. Zazwyczaj, jeśli rozmowa nie klei się jakoś naturalnie, mamy w zanadrzu kilka tematów, które potrafią uratować obie strony w samochodzie przed niezręczną ciszą.

Oto one:
-czy często zabiera pan/i autostopowiczów?,
-czy sam/a pan/i jeździł/a autostopem?,
-często widać autostopowiczów na drogach w okolicy?,
-co warto zobaczyć w okolicy?,
-jakie narodowe danie pan/i poleca? (w przypadku stopowania za granicą),
-czy był/a pan/i kiedyś w Polsce? (w przypadku stopowania za granicą),
-…

Zdecydowaliśmy się na temat nr 5: narodowe, tradycyjne, łotewskie danie. Zwykle, że tak powiem, żre. Nie przypuszczaliśmy jednak, że spotkamy się z taką reakcją. Nie zdarzyło mi się to jeszcze nigdy podczas stopowania w żadnym kraju. Kojarzycie żarty z Łotyszy, że jedzą kamienie zamiast ziemniaków? W świetle najbliższych wydarzeń miały nabrać w naszych oczach głębszego znaczenia.
-Zastanawiamy się, jaka jest najbardziej tradycyjna i najbardziej łotewska potrawa? – zapadło milczenie… Dziwne milczenie… Trochę zbyt długie milczenie… Może nie zrozumieli… Spoglądają na siebie lekko zdziwionym wzrokiem.
-Wiedzą państwo, jakie jest jakieś takie najbardziej narodowe danie Łotwy? – cisza. Nasi dobrodzieje patrzą na nas totalnie zdezorientowanym wzrokiem. Zaczynają lekko potrząsać głowami.
-Nie. Nie wiemy…
-Jakieś takie najbardziej łotewskie, tradycyjne danie?
-Nie, nie wiemy. Raczej nie ma… Chyba nie ma.
No szok! Szok i niedowierzanie. Jak to nie ma?
-Ale nie ma żadnej tradycyjnej łotewskiej potrawy?
-Raczej nie ma. – no czuliśmy się, jakby nas nie rozumieli. Ale wytłumaczyliśmy im to na wszystkie możliwe sposoby. Że „Włochy – pizza”, że „Litwa – cepeliny”… W końcu odpuściliśmy. Stwierdziliśmy, że dowiemy się tego od naszego kolejnego kierowcy.
Okazało się jednak, że na tego przyjdzie nam trochę poczekać. Nasza parka wywiozła nas wprawdzie za miasto – na drogę do Jekabpils – ale i tak przyszło nam stać przy drodze prawie dwie godziny. Wykorzystaliśmy ten czas na zjedzenie śniadania. Niesamowite jest to, jak bardzo potrafi smakować zwykły chleb posmarowany czymś. Na pewno bardziej niż tradycyjne łotewskie danie…
Było już pewnie koło trzynastej. Naprawdę zaczynaliśmy tracić nadzieję. Na szczęście nie padał deszcz. Mijało nas całkiem sporo aut. Znajdowaliśmy się na obrzeżach Dyneburga. Właściwie już za nim. Niestety nie mieliśmy czasu zwiedzić (łot.) Daugavpils. Rzuciliśmy na nie tylko okiem z okien samochodu. Raczej niezbyt ładne, socjalistyczne miasto. Komunistyczna zabudowa i kiczowate pomniki. Jego obrzeżom uroku dodawał fakt, że było zielono. Staliśmy przy drodze. Obok nas był już właściwie las. Auta przejeżdżały obok nas. Część z nich odbijała jednak zaraz w inną stronę.
Naczekaliśmy się, to prawda, ale było warto. Gdy już udało się nam złapać stopa, okazało się, iż jest to naprawdę, że tak powiem, złoty strzał. Przesympatyczna łotewska rodzinka – małżeństwo z synem. Jechali dużym, ośmioosobowym samochodem. Plecaczki wpakowali nam do bagażnika. I ruszyliśmy. Z góry powiem, że oni też nie wiedzieli, jakie jest tradycyjne łotewskie danie. Ale za to syn mówił po angielsku! Pogadaliśmy sobie na luzie o wszystkim.
Po drodze zatrzymaliśmy się dwa razy. Raz na stacji benzynowej; tam, mimo protestów, kupiono nam lody. Następnie w piekarni, gdzie, również mimo protestów, kupiono nam jakiś chlebek – w kawałkach, jakby suszony i podsmażony, z czosnkiem. Bardzo fajna i ciekawa przegryzka. Oprócz tego nasi dobrodzieje koniecznie chcieli nam pokazać jakąś łódź wikingów, a potem kazali pozować przy rzeźbach jakichś zwierzaków. Urocze!

Wysadzono nas za Jekabpils. Tam czekała nas kolejna próba charakteru. Kolejne czekanie – myślę, że spędziliśmy przy drodze około 2 godzin. Było warto.

Złapaliśmy pana, który jechał do miejscowości Ogre, ale specjalnie dla nas nadłożył jakieś trzydzieści kilometrów (w jedną stronę) i podrzucił nas do samej Rygi – i to pod sam hostel!!! Swoją drogą on też nie potrafił odpowiedzieć nam, co jest narodowym daniem Łotyszy. Może oni naprawdę jedzą kamienie zamiast ziemniaków i się wstydzą?! Zdobył się jednak na to, żeby podążyć za naszymi sugestiami, że może chociaż kwas chlebowy jest łotewskim napojem narodowym.
Jechało się nam z nim bardzo miło. Po drodze podrzuciliśmy jeszcze rowerek dla syna jego kolegi i pojechaliśmy dalej. Był kolejnym Łotyszem, który okazał nam mnóstwo ciepła i życzliwości. Oprócz tego bił od nich – Łotyszy – jakiś rodzaj przytulności, prostoty, prostolinijności. Nie potrafię tego dobrze nazwać, ale czuliśmy się na Łotwie chyba trochę jak w domu – albo chociaż jak w domu cioci; bardzo dobrze – swobodnie i bezpiecznie. A oprócz tego dało się tam przecież – podobnie jak na Litwie – zauważyć „tendencję modernizacji”, więc już nic więcej do szczęścia nam nie brakowało.

Dotarliśmy do Rygi. Pod sam hostel podwiózł nasz nas ostatni kierowca. Wreszcie nasza autostopowa rodzinka była w komplecie! Dołączyła do nas Zuza, która – z racji choroby – nie mogła jechać z nami od początku.

[foto: Julka Bardziejewska, na zdjęciu – od lewej: Julka, Dominik, Kalinka, Werka, Mikołaj, Zuza, Maks, ja]

Ale o naszym pobycie w Rydze i hostelowych przygodach(!) napiszę w następnym „odcinku”.

Podsumowanie 7 dnia (w wykonaniu Julki, Domina i moim):

▪ kierowców – 5,
▪ kilometrów – 300,
▪ nocleg – [brak noclegu]
▪ transport – autostop, 0 zł

 

Maciek Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: