„Dobrze mi z oczu patrzy”

— AUTOSTOPEM DO CHORWACJI 2017 —
część 1

Pomysł z wyjazdem autostopem do Chorwacji wpadł mi do głowy naprawdę niedawno. Decyzja zapadła jeszcze troszkę później. Sama wyprawa miała miejsce podczas kilku ostatnich dni. Natomiast ja do domu wróciłem 3 godziny przed napisaniem tych słów.

Pomyślałem, że dobrze zrobi mi kilkudniowa samotna podróż, w czasie której będę zdany w gruncie rzeczy tylko na siebie. Dodatkowo potrzebowałem wypoczynku. Dodałem do siebie te dwa fakty i… stanąłem z wyciągniętym kciukiem (i tabliczką z napisem „Byle dalej 🙂 ”) przy drodze – w kierunku Chorwacji. Chyba nie zdawałem sobie do końca sprawy, na co się porywam. W przeciwnym wypadku… chyba i tak bym się zdecydował!
Zacząłem od przeglądnięcia forów internetowych, na których udzielają się polscy turyści odwiedzający Chorwację. Następnie zrobiłem sobie listę rzeczy, które muszę ze sobą zabrać w podróż. (Znalazły się na niej m. in. namiot, śpiwór, karimata, mapa Europy, gaz pieprzowy, flamastry…) W zasadzie przygotowania były już zakończone. Zostało tylko przejechać grubo ponad 1000 kilometrów i cieszyć się widokiem chorwackich pejzaży.

Dzień pierwszy
Spod Śremu stopa zacząłem łapać ok. godziny 9:00. Słońce dawało już o sobie przyjemnie znać, a ruch na drodze miał już satysfakcjonujące natężenie. Nie czekałem zbyt długo, gdy zatrzymał się przy mnie Robert w swoim dwudziestopięcioletnim mercedesie. Podwiózł mnie do Rydzyny koło Leszna. Tam wymyśliłem oryginalny sposób, żeby skłonić kierowców do zatrzymywania się przy mnie. Na przejściu dla pieszych włączałem sobie zielone światło i prezentowałem wtedy kilku zatrzymanym autom mój karton z napisem „Byle dalej 🙂 ”. Numer ten wykręciłem chyba tylko dwa razy, gdyż wtedy do samochodu zaprosiła mnie jadąca dziesięć kilometrów dalej para. Ze stacji, na którym mnie wysadziła, złapałem w niedługim czasie wyjeżdżającą ciężarówkę. Kierowca powiedział, że zawsze zabiera autostopowiczów, bo lubi takich wariatów. Chyba, że ktoś naprawdę podejrzanie wygląda. Ale, że mi „dobrze z oczu patrzy”, to przecież mnie tu tak nie zostawi. To była jedna z najmilszych rzeczy, jakie w życiu usłyszałem 🙂 .

Ze Żmigrodu kolejną ciężarówką dojechałem aż do Tych. Wylądowałem na stacji benzynowej przy drodze do Cieszyna (i przejścia granicznego). Myślałem, że trochę tam zabawię. Na szczęście zajechał tam wkrótce młody chłopak – Dawid. Podrzucił mnie do Bielska-Białej. Stamtąd, po długim czasie już trochę zrezygnowany, złapałem w końcu ciężarówkę pod samą granicę polsko-słowacką.

Nocleg przy stacji benzynowej w Zvolen
Na granicy polsko-słowackiej do samochodu (także ciężarówki; był to zdecydowanie mój główny środek transportu podczas tej wyprawy) wpakowałem się niezwykle uprzejmemu Słowakowi, który bez wahania zgodził się, żebym pojechał z nim na Słowację. Przez całą drogę był uśmiechnięty, rozmawialiśmy (każdy mówił w swoim języku) o stanie dróg i o lokalnych zabytkach. Bardzo malowniczą drogą dojechaliśmy do miejscowości Zvolen, gdzie mój kierowca miał rozładunek towaru, a ja… nocleg.

Około północy wszedłem na stację benzynową przy drodze prowadzącej do granicy z Węgrami. Spytałem, czy mogę rozbić namiot gdzieś obok stacji i zaraz otrzymałem zgodę. Zastanawiałem się podczas rozbijania namiotu, jaki to fascynujący sposób podróżowania, zaciągałem się górskim powietrzem i liczyłem, ile kilometrów przejechałem pierwszego dnia. Na liczniku stuknęły 603 kilometry. Czekała mnie pierwsza noc – na słowackiej ziemi…

 

Maciek Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: