Dopłynąłem kajakiem do… Szwecji!

Spływ kajakowy rzeką Piławą

Spływ kajakowy to idealny pomysł na urlop albo weekend. Właśnie wróciłem z takiego spływu. A odbył się on rzeką Piławą, która przepływa przez miejscowość – Szwecja 🙂

Okolice Piły od lat są bardzo… kajakowe. Nic dziwnego, gdyż w tamtym rejonie rzek jest pod dostatkiem. Są to np. Gwda, Dobrzyca, Rurzyca, Noteć, Wełna i właśnie Piława. Tereny są bardzo malownicze, a rzeki ciekawe i urozmaicone.

To był nasz tegoroczny męski wypad. Do Piły dostaliśmy się pociągiem (ja, mój tata i mój brat). Z dworca odebrał nas pan, od którego wypożyczyliśmy kajaki. Zabraliśmy się z nim do bazy w Dobrzycy, gdzie bagaże przepakowaliśmy z naszych plecaków i toreb do specjalnych wodoodpornych worków, zaopatrzyliśmy się w kapoki, wiosła i kajaki. Wodować mieliśmy w Nadarzycach – czyli jakieś 55 km od bazy, do której mieliśmy zamiar spłynąć.
Wystartowaliśmy o 14:00. Spływ zaplanowaliśmy na 3 dni, więc zamyśliliśmy dziennie przepływać niecałe 20 kilometrów. Jeśli o mnie chodzi – to był mój pierwszy poważny spływ kajakowy, więc nie czułem się jeszcze doświadczonym kajakarzem. Okazało się, że nie jest to konieczne, by na kajaku wesoło spędzić kilka dni.

 

Nocleg na dziko

Płynęliśmy piękną rzeką. Otaczała nas najczęściej dzika przyroda i… cisza. Zupełna cisza. To było bardzo miłe uczucie, gdy przestawało się wiosłować i nie było słychać nic, oprócz świergotu ptaków i delikatnego szmeru wody. Cywilizacja była gdzieś daleko. My – sam na sam – z naturą. Raz tuż przed nami przepłynęła wydra. Raz po drzewach tworzących nad powierzchnią wody swego rodzaju tunel przebiegła wiewiórka. Cały czas przy brzegu fruwały ważki – o fioletowych i granatowych odcieniach. Nadawały otoczeniu iście magiczną atmosferę, pewien tajemniczy klimat – coś niepowtarzalnego…

Jednak, mimo że płynęło się tak przyjemnie około 19:00 zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na nocleg. Tego dni nie minęli nas chyba żadni kajakarze. Mieliśmy ze sobą namiot i płachtę biwakową (Tarp). Wystarczyło w zasadzie znaleźć dobre, w miarę suche miejsce i bez obaw „założyć obóz”.

Takie miejsce znaleźliśmy przy jednym z wielu zakrętów Piławy – jeszcze przed Szwecją. Wyciągnęliśmy kajaki na brzeg i zjedliśmy kolację. (Obiad – czyli zupkę z paczki podgrzaliśmy sobie na gazówce i zjedliśmy na wcześniejszym postoju.) Rozbiliśmy namiot i rozpięliśmy nad nim „tarpa”, przymocowując go na sznurku rozpiętym pomiędzy drzewami.

Noc minęła spokojnie. Czuliśmy wprawdzie nasze ręce bardziej niż zazwyczaj 🙂 , ale totalna głusza dobrze usypiała po pół dnia wiosłowania. Wbrew przewidywaniom komarów nie było właściwie w ogóle – ani w nocy ani w ciągu dnia. Było za to kleszcze (naliczyliśmy ich kilka – może 6).

 

Cały dzień w kajaku

Poranek; śniadanie, kąpiel w wodzie z rzeki (nie w rzece) – nabranej do metalowego kubeczka i start.

Piława przepływała przez bardzo różnorodne tereny; bagna ze sterczącymi w górę resztkami drzew, gęste lasy, „polany” pełne trzcin. Raz biegnąc prosto, to znów bawiąc się z nami i klucząc w licznych zakrętach. Raz rozlewając się szeroko, to znów bardzo się zwężając. Szlak był wobec tego bardzo urozmaicony. Dodatkową atrakcję stanowiły liczne powalone drzewa, przy których omijaniu trzeba było często naprawdę precyzyjnie manewrować. Zdarzały się też niewielkie spiętrzenia wody, których pokonanie nadawało kajakowi nieco większą prędkość. Kilka razy mieliśmy tzw. „przenioskę” – czyli, jak się łatwo domyślić, przenoszenie kajaka lądem. Piława była jednak rzeczką dosyć łatwą i niegłęboką – niemal na całej długości można było zobaczyć dno.

#Piława #river #kayaking I love #Poland #zaplotem ⛺

A post shared by  Za Płotem (@zaplotem) on

Planowaną na ów dzień trasę przepłynęliśmy dużo szybciej, niż się spodziewaliśmy. Musieliśmy więc szukać noclegu, żeby na ostatni dzień naszego spływu została nam jeszcze jakaś rozsądna (niezbyt mała) ilość kilometrów do przepłynięcia.

Płynęliśmy sobie więc w popołudniowym słońcu. Za którymś zakrętem ukazała się nam łabędzia rodzina. Gdy ją spostrzegliśmy, kulturalnie przepłynęliśmy na drugą stronę rzeki. Młode nie wydawały się zbyt zdenerwowane naszą obecnością. Natomiast tatuś i mamusia zaczęły płynąć w naszym kierunku. Nastroszyły piórka, sycząc przy tym „ksss”… Nie wiem, czy wiecie, ale łabędź potrafi nawet złamać rękę człowiekowi! Na szczęście szybko się oddaliliśmy. Niedługo potem dopłynęliśmy do pola biwakowego „U Stasia”. Postanowiliśmy, że tam spędzimy noc.

Rozpaliliśmy malutkie ognisko z szyszek i gotowaliśmy wodę na zupki i kisiele.

Po kolacji położyliśmy się spać w dużym wojskowym namiocie – będącym na wyposażeniu stanicy. Niestety noc była… zimna. Myśleliśmy, że z zimna zwariujemy! Każdy z nas miał na sobie długie grube skarpety, długie spodnie, kurtki z kapturem i śpiwór podciągnięty pod nos… Jednak wystarczyło pół godzinki porannego słońca, by zapomnieć o całej zimnej nocy 🙂

Następnego dnia przed południem dopłynęliśmy do bazy w Dobrzycy.

Serdecznie polecam wszystkim spływ kajakowy jako sposób na spędzenie urlopu! Ale najlepiej nie w weekend, gdyż wtedy ludzi na rzece jest dużo więcej. A dużo lepszym rozwiązaniem jest zestaw: ty i rzeka… 😉

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: