Faceci do wzięcia. Autostopem przez Polskę

— WYŚCIG AUTOSTOPEM 2018 —
CZĘŚĆ I

3 — 2 — 1 – START! No i dziękuję! Wyścig Autostopem w majówkę to był świetny pomysł! Cudowne przygody, cudowne miejsca, CUDOWNI LUDZIE!

Mój dzielny współtowarzysz podróży – Dawid przyjechał do mnie do Poznania w piątek wieczorem. Następnego dnia rano o 9:00 mieliśmy wyruszyć autostopem do Omiš w Chorwacji. A wraz z nami ponad 1000 innych uczestników 6 edycji poznańskiego Wyścigu Autostopem. Zjedliśmy więc spokojnie smaczną kolację, rzuciliśmy okiem na mapę, żeby zaplanować mniej-więcej naszą trasę i przygotowaliśmy karton z napisem „Wrocław”. Nie myśląc zbyt wiele, jako że autostop w dużej mierze opiera się na spontanicznym działaniu, wzięliśmy prysznic i położyliśmy się spać w wygodnych łóżkach.

Nie bez przyczyny wymieniam te wszystkie, zdawać by się mogło oczywiste, wieczorne czynności. Na kilka następnych wieczorów musieliśmy wyrzec się większości z tych luksusów. Smaczne kolacje zamieniliśmy – na konserwy z puszki i zupki z paczki, prysznic – na umywalki na stacjach benzynowych, wygodne łóżka – na karimaty w namiocie.

Faceci w błękicie
Przed wyjściem z domu rzuciłem do Dawcia: „Bierzemy taśmę klejącą?”. „Chyba nie, nie…?” Nie zabraliśmy. To ważne dla tego rozdziału.
Sporo przed startem zameldowaliśmy się na Placu Wolności w Poznaniu, skąd w tym roku wyprawę rozpoczynali uczestnicy Wyścigu. Na początek odebraliśmy numer naszej pary (563) – do przyczepienia na plecak, kilka gadżetów od organizatora i uśmiech od pięknej dziewczyny z punktu rejestracyjnego.
Warunkiem udziału w Wyścigu było nagranie telefonem lub kamerką momentu startu. I muszę powiedzieć, że odliczanie od dziesięciu do zera było bardzo orzeźwiające i podniecające. To była kulminacja tego wszystkiego, co zbierało się we mnie odkąd wiedziałem, dokąd jadę na początku maja. Dotarło do nas w końcu, że zaczynamy naszą szaloną autostopową, pełną niespodzianek, wyprawę. Od dawna nie mogliśmy się tego doczekać. Jasne, że pojawiły się nieraz różne wątpliwości – przed wyścigiem, a tym bardziej w jego trakcie. Ale ludzie, których poznaliśmy podczas tej imprezy – na trasie i na mecie; przygody, które przeżyliśmy – na trasie i na mecie; miejsca, które zobaczyliśmy – skutecznie nam te wątpliwości rozwiewały.
Przebraliśmy się zatem szybciutko w błękitne wyścigowe koszulki #wap2018, ukazując na moment całemu Placowi Wolności nasze boskie ciałka. Na chwilę przed startem rozegrał się konkurs na najlepiej przebraną parę. Gdy tylko spojrzeliśmy na kobiece teamy ustylizowane na tancerki albo kelnerki… i gdy tylko oderwaliśmy od nich wzrok, wiedzieliśmy, że I miejsce będzie nam naprawdę trudno osiągnąć.
Odliczanie. Filmik. Selfie. START! Ruszyliśmy na tramwaj (w dużych miastach mogliśmy poruszać się komunikacją miejską). Dotarliśmy na wylotówkę z Poznania. I stało się. Zaczęliśmy łapać stopa. W przeciwieństwie do naszego nieszczęsnego zeszłorocznego wyścigu nie musieliśmy czekać na pierwszego dobrodzieja 7 godzin. Paweł zabrał nas po mniej-więcej 2 godzinach. Najgorzej było wyrwać się z Poznania, więc najgorsze było za nami.

Kolejny kierowca, który nas kawałek podwiózł, zapytał na wstępie, czy nie mamy może taśmy klejącej (…), bo mu rejestracja odpada!
Po jakimś czasie wylądowaliśmy wraz z przemiłymi dziewczynami – Marysią i Martą, które śmigały na wesele, w Koninie.

Pod Rychwałem, gdzie zawiózł nas kolejny kierowca, zjedliśmy żelki i spędziliśmy trochę czasu na stacji benzynowej i na poszukiwaniu lepszego miejsca do łapania. Udało się dotrzeć do Kalisza. Kalisz…
[jakiś czas później] Po przejściu ok. 4 km na piechotę, z pełnym obciążeniem na plecach i w pełnym słońcu byliśmy już tak opaleni, że zawróciliśmy i nie pojechaliśmy do Chorwacji. Dziękuję za uwagę. Koniec.
Tak naprawdę to wcale nie zawróciliśmy. Żartowałem! Przedarliśmy się dzielnie przez jakiś podejrzany wąwóz i dotarliśmy do jakiejś w miarę sensownej drogi prowadzącej z Kalisza na południe. Ogólnie szło średnio. Raczej powoli, raczej krótkie kawałki. Do tego zygzakiem.
Udało nam się w końcu dotrzeć do Antonina, a stamtąd po dłuuugim czasie, z braku laku, pod Wrocław. Nieubłaganie zbliżał się wieczór. Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się zajechać pierwszego dnia przynajmniej kawałek dalej niż stolica województwa dolnośląskiego. Na stacji łapały już 2 pary autostopowiczów. Z tego co mówili, nie wyglądało to kolorowo. Sami tkwili tam już ponad 5 godzin. Zaraz po naszym przyjeździe jedna parka złapała jakiś transport i zostaliśmy we czwórkę.
Obszedłem pobliski parking ciężarówek, ale większość kierowców dopiero zaczynała kręcić pauzę. Uznaliśmy, że trzeba powoli zacząć rozglądać się za jakimś przyjemnym kawałeczkiem trawnika, na którym będzie można rozbić namiot. Kupiliśmy piwo i piliśmy je w świetle zachodzącego słońca wraz z naszymi nowo poznanymi kolegami – Moniką i Filipem. Abstrahując od faktu, że wyścig trwał i od tego, że w wyścigu chodzi o to, żeby się ścigać i od tego, że siedzimy dopiero pod Wrocławiem, był to bardzo przyjemny wieczór. Ku naszemu zdziwieniu Monika z Filipem jeszcze coś złapali. Wprawdzie niezbyt posuwającego ich do przodu, ale przynajmniej wyrywającego wreszcie z tej stacji benzynowej.
Dopiliśmy ich piwo i w dużo lepszych nastrojach przymierzaliśmy się do rozbicia namiotu. Dawid podszedł jeszcze do jednego auta, ale kierowca odmówił… Zatrzymał się jednak przy nas, wyjeżdżając już ze stacji! A kiedy dowiedział się, że jest nas tylko dwóch, powiedział, że mogą nas (z żoną i córką) podwieźć do Krakowa!
Puszki po piwie na szczęście 10 minut wcześniej wyrzuciłem do kosza. Wsiedliśmy do samochodu. Rozmowa kleiła się naprawdę bardzo.

Nasi dobrodzieje sporo wypytywali nas o Wyścig, ale sami również okazali się bardzo aktywnymi turystami. Mknąc w ciemności przez Polskę wymienialiśmy się opowieściami z wielu podróżniczych wypraw.
Pierwszy dzień stopowania zakończyliśmy pod Krakowem, właściwie już przy „zakopiance” z ponad 560 km na liczniku. Dwóch chłopaków z innego wyścigu (chyba warszawskiego) łapało jeszcze stopa, mimo że było już naprawdę późno i ciemno. My zaś kulturalnie zapytaliśmy na stacji benzynowej, czy możemy rozbić namiocik w okolicy, zjedliśmy chleb tostowy z pasztetem i położyliśmy się spać. „Tak upłynął wieczór i poranek – dzień pierwszy”.

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: