Gdzie spałem? vol. 2

Różne rzeczy ludzie kolekcjonują. Ja na przykład lubię sobie zbierać w głowie oryginalne miejsca, w których przyszło mi kiedykolwiek spędzić noc. Tym razem wybrałem 5 miejscówek/okoliczności.

 

Miejscówka/okoliczność nr 1
Vama Veche, Rumunia, Morze Czarne

[foto: Maciek Poćwierz]

To spanko wygrywa zdecydowanie w kategorii „najpiękniejszy widok po otwarciu rano namiotu”. Akcja opowieści dzieje się w trakcie wyprawy „Autostopem do Stambułu 2018”. Kręciliśmy się wówczas trochę po Rumunii – głównie po jej centrum; łaziliśmy po górach (Brasov i okolice). Kierowaliśmy się na południe. I od jednego kierowcy dowiedzieliśmy się o fajnej, hipsterskiej, outsiderskiej i autostopowej wiosce nad Morzem Czarnym – tuż przy granicy z Bułgarią. Wiocha nazywała się Vama Veche.
Dotarliśmy tam – Zuza, Dominik, Maciek i ja – wieczorkiem któregoś dnia. Niestety we wrześniu w Rumunii jest już zasadniczo po sezonie. (Niestety albo „stety”, ponieważ – jak wyczytaliśmy w Internecie – w środku lata, gdy Vama Veche wypchana jest (dosłownie) po brzegi turystami-podróżnikami, zdarzają się czasem różne niefajne akcje, typu pocięty namiot, kradzieże itd.) W każdym razie – odeszliśmy nadbrzeżną ścieżką od „centrum” – czyli od plaży z knajpkami nieco na bok. Wiał mocny wiatr i trudno było nam rozłożyć namioty, a chcieliśmy rozbić się najbliżej morza, jak się da. Na dodatek nieopodal nas pojawił się duży samochód. Myśleliśmy początkowo, że przyjechała nim jakaś zakochana para. Dopiero rano okazało się, że to samochód bułgarskiej straży granicznej. Znajdowaliśmy się jakieś 50 metrów od granicy. Rano okazało się także, że przyszło nam spać właśnie w jednym z najpiękniejszych miejsc w naszej dotychczasowej „karierze”.

 

Miejscówka/okoliczność nr 2
Konstanca, Rumunia, podwórko prawosławnego batiuszki (prawosławny ksiądz ≈ pop)

[foto: Maciek Poćwierz]

Ta sytuacja także miała miejsce podczas autostopowej podróży do Turcji w 2018 roku. Z okolic błotnych wulkanów w okolicach Berki udało się nam złapać stopa do samej Konstanty. Wziął nas (mnie i Maćka) pan w średnim wieku, dość dobrym samochodem. Zapytał, czy mamy gdzieś spać. Odpowiedzieliśmy – zgodnie z prawdą – że jeszcze nie, ale najprawdopodobniej poszukamy sobie jakiegoś miejsca na namiot lub ewentualnie taniego hostelu. Odparł, że to wykluczone, żebyśmy po zmroku szukali sobie noclegu i, że zaprasza nas do siebie. Nie może wprawdzie zaoferować nam spania w domu, ponieważ wynajmuje go obecnie w całości ekipie robotników, którzy budują w okolicy drogę, ale jego trawnik jest do naszej dyspozycji i możemy rozbić tam namioty.
Ugościł nas jednak dużo bardziej niż „trawnik”. Zrobił nam kolację, herbatę. Przyniósł ręczniki i pozwolił wykąpać się w łazience. Wieczorem postawił kufle i przy piwie rozmawialiśmy wiele godzin – pomimo bariery językowej. Był to pierwszy raz, kiedy – w trakcie jakiejś mojej podróży – ktoś zaprosił mnie do siebie do domu. Fantastyczne doświadczenie. Naprawdę jedyne w swoim rodzaju, kiedy – jeszcze 5 minut temu – obca dla ciebie osoba zaprasza cię do swojego domu, do swojego życia i dzieli się tym wszystkim z tobą. Serce rośnie.

 

Miejscówka/okoliczność nr 3
Ryga, Łotwa, hostel młodzieżowy

[foto: Julka Bardziejewska]

Niezła beczka z tym hostelem w Rydze. Co prawda nie pierwszy raz spotkałem się z robactwem w hostelu, bo pierwszy taki przypadek przeżyłem, gdy mojego kolegę z Hiszpanii – na łóżku obok – w jednym z rumuńskich hosteli dopadły pluskwy. Nic przyjemnego – poczuć w nocy jak coś po tobie chodzi i zobaczyć jak twoja pościel się rusza… Tym razem bohaterem wieczoru były pszczoły.
Najczęściej hostele młodzieżowe w Europie (przynajmniej w tych krajach, w których ja korzystałem z ich usług – czyli głównie Europa środkowa, wschodnia i południowa) życzą sobie 10 euro za noc od osoby. W tym hostelu płaciliśmy 7,5 euro. Cena zatem sporo niższa. Niestety warunki także odpowiednio „niższe”. Około północy w jednym z naszych pokoi przy suficie zaczęło coś brzęczeć. Okazało się, że były to pszczoły. Okazało się, że jedną dziewczynę pogryzły noc wcześniej. Okazało się wreszcie, że w nocy w hostelu recepcja nie działa i w hostelu nie ma żadnej obsługi. Jeden chłopak wpadł na pomysł, żeby gniazdo poczęstować sprayem czy dezodorantem, ale wybito mu to z głowy. Szczęśliwie nikomu nic się nie stało, a następnego dnia – ponieważ spędzaliśmy tam jeszcze jedną noc – zmieniliśmy pokój.
Ja myślę, że nasz hostel miał po prostu w ofercie „robienie nocnych niespodzianek gościom”. Następnej nocy w jednym z naszych pokoi dały się słyszeć bowiem dziwne odgłosy. Dobiegały zza okna. Przebudziliśmy się. Obserwowaliśmy chwilę okno, aż ukazał się w nim – wdrapujący się mężczyzna! Nie mógł sobie poradzić. Na szczęście pozostali „współlokatorzy” też się przebudzili i zaczęli reagować.
I forgot the code…– wyznał bezradnie facet, prawie ze łzami w oczach. Bardziej jednak rozbawił, niż przestraszył. Jedna dziewczyna podeszła i podała mu kod do drzwi wejściowych do hostelu. Reszta nocy minęła w spokoju.

 

Miejscówka/okoliczność nr 4
Tallinn, Estonia, lotnisko

[foto: Dominik Krobski]

Nie była to moja pierwsza noc na lotnisku. Tak sobie teraz myślę, że o, dziwo, nigdy nie spędzałem nocy na lotnisku… w oczekiwaniu na samolot. Dotarliśmy autostopem do Tallinna. (Akcja opowieści dzieje się podczas wyprawy Autostopem do Finlandii 2019”.) Zamierzaliśmy zostawić tam część naszych bagaży, żeby z odciążonymi nieco plecakami udać na się na kilkudniowy trekking po Parku Narodowym Lahemaa (ok. 50 km od stolicy Estonii) i wrócić po nie. Dowiedzieliśmy się, że przechowalnia bagażu znajduje się na lotnisku. Było już bardzo późno, gdy tam dotarliśmy – wcześniej zrobiliśmy naprawdę duże zakupy w markecie. Wpakowaliśmy część naszych rzeczy do szafek, skorzystaliśmy z łazienki i… uznaliśmy, że – skoro i tak jest już wieczór – czemu by nie spędzić tu nocy? Miejsce wydawało się przytulne. Znajdowaliśmy się w raczej zacisznym „kącie” lotniska. Okazało się, że dwóch innych chłopaków (z Japonii) także zdecydowało się na noc w „lotniskowym hotelu”. Rozłożyliśmy karimaty, wyjęliśmy śpiwory i – niestety w pełnym świetle – położyliśmy się spać. Zdecydowanie nie był to sen sprawiedliwego, a rano (hehehe…, ok. 5:00) byliśmy chyba bardziej zmęczeni niż wieczorem poprzedniego dnia. Ale przynajmniej było ciepło i względnie bezpiecznie. Na wszelki wypadek sprawdziliśmy, na jaki lot czekamy ( 😉 ) i, kiedy rano zainteresował się nami jakiś ochroniarz, uprzejmie udzieliliśmy mu informacji, że o 6:15 mamy lot do Amsterdamu.

 

Miejscówka/okoliczność nr 5
Lahema National Park, Estonia, miejsce ogniskowo-noclegowe

[foto: Julka Bardziejewska]

W Estonii wymyślili super rzecz. (W Finlandii nawet, można powiedzieć, jeszcze bardziej ją wymyślili, ale o tym innym razem.) Mają wiele parków narodowych. W parkach narodowych mają zaś wiele pieszych szlaków – ścieżek turystycznych. Niektóre z nich są naprawdę długie i przewidziane na wiele godzin a nawet dni wędrówki. Wielu turystów-podróżników się na to decyduje. Dlatego Estończycy stworzyli punkty przeznaczone do rozbijania obozowisk. Znajdują się one w odległości ok. 15-20 km od siebie. Na jeden taki punkt składa się najczęściej:

mała wiatka – zadaszenie, w której spać może: swobodnie – 5 osób, w lekkim ścisku – 6,

stół z ławkami,

(najczęściej) zadaszone miejsce na ognisko/grill (gdyż jest ruszt),

latryna (ubikacja)

i chyba najważniejsza rzecz i największy dla mnie hit – drewutnia! Czasem większa, czasem mniejsza. Znajduje się w niej porąbane suche drewno, z którego turyści mogą śmiało korzystać. Gdyby drewna im było mało lub gdyby jego kawałki były za duże, obok często znajduje się wbudowana w ziemię „siekierka”.

 

Totalnie jaram się nocą. Chodzi mi o to, że bardzo lubię doświadczać świata z tej perspektywy. Gdy kształty przestają być już w pełni wyraźne. Gdy zaczyna panować cisza. Gdy można wreszcie odetchnąć. W podróży wiąże się to czasami z różnymi niewygodami i nieprzyjemnościami, ale najczęściej także z odpoczynkiem, czasem na przemyślenia… Mam nadzieję, że jeszcze nie raz przyjdzie mi spać w  miejscach i okolicznościach, które będę mógł wspominać przez długie lata. Chyba robię się trochę sentymentalny. W takim razie to odpowiedni moment, aby zakończyć… KONIEC.

Maciek Tomaszewski

Jestem także tutaj >>Facebook i tutaj >>Instagram, a także tutaj (ale na razie mało) >>YouTube

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: