Gdzie spałem?

Od zawsze lubiłem noc. Wtedy wiem, że jestem w stu procentach usprawiedliwiony i rozgrzeszony z tego, że nic nie robię. Mogę odpocząć i nie mieć wyrzutów sumienia, bo wiem, że muszę to zrobić. Znacie to uczucie? 😉 

Najbardziej jednak wspominam same wieczory. To jest taki magiczny czas – moment, w którym stwierdzasz, że to właśnie tutaj tym razem położysz się i pójdziesz na spotkanie ze snem… Pamiętam bardzo wiele wieczorów; w domu, na obozie – przy ognisku, w górach, nad morzem, w namiocie, u znajomych, w zupełnie obcych miejscach… Niektóre były romantyczne i przy zachodzie słońca, inne – niebezpieczne i bez dachu nad głową. Jednak po pewnym czasie zdecydowaną większość wspominam bardzo dobrze, a na serduszku robi mi się przyjemnie ciepło. Wygrzebałem z pamięci kilka ciekawych miejsc, gdzie w moim życiu miałem okazję spać. Oto one:

Dworzec kolejowy

Tak się wtedy akurat zdarzyło, że nie mogłem sobie pozwolić na nocleg w żadnym „hotelu”. Niestety resztka pieniędzy, która mi została, była potrzeba na powrót do domu i coś do jedzenia. Znalazłem wprawdzie „schronisko młodzieżowe”, ale cena była kosmiczna, a pani, która obsługiwała klientów, wyraźnie nie miała ochoty się targować. Ale nie będę na nią zwalał, bo z własnej winy się tak urządziłem. Po prostu nie do końca przemyślałem budżet na tę wyprawę i dzięki temu mogę teraz mówić, że… „spędziłem noc na dworcu kolejowym”.
Nic przyjemnego… Żabkowa kawa szybko się skończyła. Noc niestety nie miała podobnych planów.
Wredne, chłodne, paskudne 8 godzin pod prawie gołym niebem (nie pamiętam czy sięgało nade mnie zadaszenie peronu), w samych spodniach i bluzie. Co kwadrans budził mnie budzik, żebym poklepał się po kieszeniach, czy portfel i telefon są na miejscu… Straszne! Moim łóżkiem na tę noc stały się trzy niewygodne metalowe krzesełka. Jak się domyślacie, znalezienie dogodnej pozycji do spania było utrudnione… Rano wyglądałem żałośnie… Nie polecam, chyba, że inaczej się nie da 🙂

 

Zarośla przy nieczynnych torach kolejowych

W wakacje 2015 przeszedłem z moim Tatą i bratem jakieś 20 km nieczynnymi torami kolejowymi. Nieużytkowane wtedy od blisko 20 lat były strasznie zarośnięte, a szyn często w ogóle nie było widać. W wielu miejscach musielibyśmy mieć maczetę, żeby przedrzeć się przez te chaszcze, które wyrosły od zamknięcia linii. Z pełnym obciążeniem przeszliśmy tak koło 15 km jednego dnia i spędziliśmy noc w namiocie rozbitym tuż obok torów i pokrzyw. (Możecie o tym przeczytać w tekście „DZIKIE TORY”.) A rano w samych gaciach wyszedłem z namiotu i wysikałem się kawałek dalej jak całkowicie wolny człowiek! 🙂

 

Trawnik przy parkingu dla przyczep kempingowych 

Było to podczas rodzinnych wakacji kilka lat temu. Zepsuł się nam samochód i zostaliśmy uziemieni w Niemczech. Pewien uprzejmy mechanik pokazał nam miejsce, gdzie według niego możemy przenocować i „policja raczej nie powinna dać nam mandatu”… Nie było to specjalnie przekonujące, ale niestety jedyne, jakie nam pozostało, wyjście z sytuacji.
To był malutki parking dla przyczep kempingowych (może 10 takich przyczep ciasno ustawionych obok siebie by się tam zmieściło) raczej na obrzeżach miasta i nieopodal jakiegoś boiska i odkrytych basenów. Nie tak daleko znajdowała się… spiżarnia (Lidl) i toaleta (Media Markt). Przy parkingu znaleźliśmy piętnaście metrów kwadratowych trawniczka, na którym rozbiliśmy późnym wieczorem namiot, i wczesnym rankiem go zwinęliśmy, żeby nie rzucać się w oczy 🙂

 

Leśny „szałas” nad morzem 

Podczas pieszej wyprawy polskim Wybrzeżem Bałtyku z Łeby do Helu spędziłem z Tatą i z bratem noc w „leśnym szałasie” w… lesie! (Możecie o tym przeczytać w relacji z podróży „Z BUTA NA HEL”.) Akurat zastał nas deszcz, a dach lekko przeciekał…
Spaliśmy: jeden – na stole i dwóch: na ławkach po bokach. Bagaże wsadziliśmy pod stół – gdzie raczej nie zmokły i nie zajmowały niepotrzebnie miejsca. Jedzenie w worku podwiesiliśmy pod sufitem, by nie dobrały się do niego jakieś głodne mrówki. Nie było zbyt wygodnie, ale po całym dniu pieszej wędrówki z plecakami na plecach, w czasie deszczu, a wcześniej po słabo przespanej nocy w pociągu, było nam wszystko jedno!

 

Dom zakonny w Bieszczadach

Czekałem z kumplem chyba 5 czy 6 godzin aż pojawi się ojciec-szef i podejmie decyzję, czy możemy spędzić noc w domu rekolekcyjnym czy nie. Od nikogo innego tej informacji nie udało nam się uzyskać.
Padał deszcz, więc i tak nie było sensu nigdzie iść. Gdy się wreszcie pojawił, był akurat ubrany po cywilnemu i go nie rozpoznaliśmy 🙂 Wtedy był już wieczór. Podeszliśmy do niego po Mszy (którą osobiście odprawiał… Nabraliśmy wówczas podejrzeń, że to właśnie na niego czekamy) i zagadaliśmy:
-Proszę księdza, czy jakiś nocleg by się znalazł? Na dwie, trzy noce?
-Tylko na dzisiaj mam – odburknął.
-A może gdzieś tam na podłodze chociaż? Mamy karimaty, także jesteśmy przygotowani na spanie na podłodze.
-A na spanie na łóżkach jesteście przygotowani? – to był chyba taki trochę… żart 🙂 , ale ojciec-szef miał cały czas tak smutną, poważną i grobową minę, że wtedy nie byliśmy co do tego przekonani. Przespaliśmy się tam jedną noc, dostaliśmy przyjemny pokój z łazienką! Rano chcieliśmy zapłacić, ale usłyszeliśmy tylko:
-Dobra, dobra. Pomódlcie się za nas! (O innym tanim noclegu w samym środku Bieszczad przeczytacie tutaj.)

 

Maciej Tomaszewski

A w jakich śmiesznych, strasznych albo ciekawych miejscach Wy spędziliście noc?

Piszcie w komentarzach 🙂

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: