Górska wędrówka po rumuńskich Karpatach

— AUTOSTOPEM DO STAMBUŁU —
CZĘŚĆ VI

Polsko-hiszpańską ekipą wybraliśmy się w rumuńskie góry. Spaliśmy w namiotach na 2000 metrów, zdobyliśmy szczyt Omu i spotkaliśmy niedźwiedzia. Myślę, że zrobiliśmy, co się dało.

Wylądowaliśmy popołudniu we trójkę w hostelu w Brasovie. Z wyjątkiem wyjścia po drobne zakupy cały następny dzień spędziliśmy w naszych łóżkach. Wszyscy czuliśmy, że bardzo tego potrzebujemy. Odpoczynek był potrzebny z dwóch powodów – musieliśmy zregenerować siły po dotychczasowej podróży i przed górską wspinaczką, na którą wybieraliśmy się następnego dnia. W hostelu poznaliśmy m. in. Huana z Hiszpanii i Maćka z Polski, którzy postanowili dołączyć do nas w naszej wyprawie na Omu (2507 m. n. p. m.) – jeden z najwyższych szczytów Rumunii. Znajduje się na nim także najwyżej położone w całych Karpatach schronisko turystyczne „Cabana Omu”.
Nasza „Drużyna Pierścienia” zaczęła zatem liczyć pięciu piechurów. (A na wieczór przed wyruszeniem w góry wybraliśmy się jeszcze wspólnie na lokalną edycję „October Festu”.) Wcześnie rano spakowaliśmy do plecaków najważniejsze rzeczy, które musieliśmy zabrać ze sobą w góry. Większość zaś ciuchów i całą resztę zbędnego balastu, dzięki uprzejmości dziewczyn z hostelu, zostawiliśmy na przechowanie w recepcji. I poszliśmy na autobus. Na szczęście do przystanku nie mieliśmy daleko. Autobusem dojechaliśmy na dworzec kolejowy, skąd za kilkanaście minut odjeżdżał nasz pociąg do Bușteni. Zdążyliśmy! Uff!

W Bușteni zrobiliśmy małe zakupy… Chociaż właściwie nie takie całkiem małe, bo przecież musieliśmy zaopatrzyć się w prowiant i wodę na co najmniej 1,5-2 dni. Zamierzaliśmy bowiem noc spędzić w górach – pod namiotem. Kupiliśmy chleb; dużo chleba. Do tego jakieś żarcie w puszkach (mieliśmy ze sobą butlę gazową i palnik Dominika, więc podgrzanie obiadu było jak najbardziej możliwe), trochę słodyczy i wodę.

Huan miał mapę, więc z jej pomocą bez większych problemów odszukaliśmy wejście z miasteczka na szlak. Jego początek był zresztą dość mocno uczęszczany przez turystów, gdyż pokrywał się z podejściem do (potem odbijał w drugą stronę) pięknego, choć niewielkiego wodospadu – Cascada Urlătoarea.

Na trasie spotkaliśmy oczywiście wielu Rumunów, ale także Czechów, Francuzów, a nawet… Polaków! Ale o tym później. Początek wędrówki był bardzo spokojny. Podejście nie było jeszcze bardzo strome, a siły niczym nienadwątlone. Szybko jednak mieliśmy się przekonać, że rumuńskie Karpaty lubią pogrywać z tymi, którzy ośmielą się zapuścić odpowiednio daleko. Z jednej strony mamiły nas coraz piękniejszymi widokami, z drugiej czyniły ścieżkę coraz bardziej krętą i urwistą. Gdy już wydawało się nam, że za najbliższym zakrętem ukaże się nam majestatyczna grań, szlak zaczynał ochoczo wić się dalej między skałami i drzewami, jakby się z nami drocząc. Co jakiś czas musieliśmy robić przystanek, żeby złapać trochę tchu i napić się wody. Bardzo późnym popołudniem dotarliśmy wreszcie do odpowiedniego miejsca, żeby odpocząć dłuższą chwilę i zrobić obiad. Tylko to mnie jeszcze wtedy odratowało. No dobrze… To (czyli obiad) i widok, jaki towarzyszył nam, gdy pałaszowaliśmy cieplutkie puszkowe żarcie.

Naprawdę myślałem przez chwilę, że umrę, ale pod wpływem pejzaży jakie się przed nami rozciągały, wiatru we włosach i temu tajemniczemu nienazwanemu głosowi ducha gór, doszedłem do wniosku, że nie mogę sobie na to pozwolić. Zjedliśmy podejrzanie wyglądające coś z puszki (chociaż napis na etykiecie przekonywał, że to gulasz) i ruszyliśmy dalej. Tego dnia szukaliśmy już tylko miejsca na nocleg. Celowo obiad zjedliśmy wcześniej, żeby zapach jedzenia pozostał w innym miejscu niż nasze namioty.

Szybko znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Zjedliśmy coś malutkiego na kolację, wypiliśmy ciepłą herbatę, posłuchaliśmy trochę muzyki i poszliśmy spać. Resztki jedzenia, śmieci i brudną od obiadu menażkę na wszelki wypadek zostawiliśmy kilkadziesiąt metrów od namiotów. Było naprawdę zimno. W śpiworach spaliśmy w bluzach i w kurtkach. Ale było też naprawdę pięknie. Zasypialiśmy pośród widoków jak z „Władcy Pierścieni”. Nic nie zmąciło nocnej ciszy. Nikt ani nic nie złożyło nam nocnej niespodziewanej wizyty. Przynajmniej tak nam się zdawało. Bowiem rano odkryliśmy ze zdziwieniem, że jedzenie i śmieci zniknęły, a menażka jest czysta…

Chyba każdy, z którym jechaliśmy na stopa w Rumunii, ostrzegał nas przed niedźwiedziami w górach. Nie spodziewaliśmy się jednak, że w ciągu dwudniowej obecności na szlaku uda nam się jakiegoś spotkać. Niemniej wylizana menażka nie dawała nam spokoju. Rano zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy dalej. Na horyzoncie widzieliśmy jakieś zabudowania.

Cieszyło nas, gdyż skończyła nam się woda. Dotarliśmy do nich dość szybko malowniczą ścieżynką wśród traw i baranich bobków. Okazało się, że na jednym ze wzgórz nieopodal odbywają się jakieś uroczystości. Trafiliśmy na coś w rodzaju narodowego święta wojska. Weszliśmy do schroniska, żeby kupić coś do picia i skorzystać z toalety. W telewizji odbywała się właśnie transmisja z obchodów, które równie dobrze mogliśmy oglądać przez okno.

Po kupieniu wody – w cenie milion złotych za pół litra – wyszliśmy ze schroniska i poszliśmy dalej w stronę Omu. Po drodze spotkaliśmy niedźwiedzio-psa, który nawet chwilę nam potowarzyszył, ale potem odbił w stronę kaplicy, przy której toczyła się dalsza część obchodów święta. A my, przezwyciężając chłód, wiatr i własne słabości, dalej podążaliśmy do naszej „Góry Przeznaczenia” – Omu. Widoki były GENIALNE!

Upajaliśmy się nimi. Mijaliśmy przepaście i wzniesienia, raz czuliśmy pod stopami skaliste podłoże, raz miękką trawę… Tak samo jak poprzedniego dnia dłuuugie godziny wędrowaliśmy samotnie, nie mijając żywej duszy. Aż w końcu spostrzegliśmy dwóch siedzących nad przepaścią mężczyzn. Przechodząc obok nich, usłyszeliśmy: „No, Polacy, mówiłem ci!”. Ucięliśmy sobie z nimi krótką, acz bardzo przyjacielską pogawędkę. Serce się jednak raduje na widok braci-rodaków! Chłopaki przyjechały właśnie w rumuńskie góry i przemierzały je już któryś dzień wzdłuż i wszerz. (Jeśli to czytacie, to bardzo Was pozdrawiamy!)

Dotarliśmy w końcu do szczytu. Była to moja górska „życiówka”. 2507 metrów nad poziomem morza. Jeszcze nigdy wcześniej nie byłem tak wysoko w górach! Zrobiliśmy sobie obiad, a potem usiedliśmy w środku, żeby się trochę ogrzać.

Byliśmy zmęczeni, spoceni i lekko zziębnięci. Zamówiliśmy po herbatce. I była to jedna z najsmaczniejszych herbat, jakie piłem. I nie mam tu na myśli, że smakowała mi tak bardzo ze względu na zmęczenie. Różniła się po prostu od herbaty, do której jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Miała delikatny karmelowy posmak. Mniam!
Było już późne popołudnie. Musieliśmy w końcu zawinąć tyłki z ciepłego, klimatycznego i przytulnego schroniska i ruszyć w dół, żeby zdążyć przed zmrokiem zejść do miasta. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że jedna z bardziej pamiętnych przygód – dopiero przed nami. Warto było, moim zdaniem, zachować się tak nieodpowiedzialnie i schodzić z gór po zmroku dla popołudniowych widoków i zachodu słońca. Od wyjścia ze schroniska zaczęliśmy na przemian mijać się z jakąś zorganizowaną grupą turystów. Po godzinie czy dwóch usłyszeliśmy, jak uczestnicy wycieczki zaczynają wymieniać ze sobą jakieś zaniepokojone uwagi. Jeden z przewodników powiedział nam, że podobno niżej widziano niedźwiedzia (porozumiewali się krótkofalówkami) i radzi nam, żebyśmy nie zostawali na noc w górach. Powiedzieliśmy mu, że nie mamy takiego zamiaru, ale na wszelki wypadek trzymaliśmy się raczej blisko ich grupy. I w pewnej chwili zobaczyliśmy! Niedźwiedź (no jak nie „dźwiedź”, to ja nie wiem, co to było!) lub raczej niedźwiedzica z trzema młodymi! Ja przyznaję – trochę się zesrałem. Cała wycieczka zgodnie jak jeden mąż zaczęła krzyczeć i hałasować, żeby niedźwiedzia w żadnym wypadku nie zaskoczyć, a najlepiej odstraszyć. Udało się!

Dalszą część zejścia pokonywaliśmy już sami – w piątkę. Zrobiła się noc, więc każdy z nas wyjął latarkę i tak wędrowaliśmy. Pięć światełek w zupełnych ciemnościach. Było to naprawdę niebezpieczne, tym bardziej, że w ciągu dnia przez chwilę padał deszcz. Bardzo pomogła nam nawigacja w telefonach. Około 22 wyszliśmy z lasu prosto do Bușteni. Kupiliśmy coś do picia i w te pędy udaliśmy się na dworzec. Dorwaliśmy ostatni – i do tego śmiesznie tani – pociąg do Brasova.

Ciąg dalszy nastąpi 😀

[Tym razem autorami tych wszystkich cudownych zdjęć jest każdy po trochu,
ale tych najcudowniejszych – Zuzia, Huan i Maciek!]

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: