Jak trafiłem na ukraiński festiwal muzyki rockowej #ZAXIDFEST2018

Ukraina – autostopem 2018
CZĘŚĆ IV

To był fantastyczny wakacyjny dzień. Obudziliśmy się w naszym „obozie” w lesie; ja – w namiocie, Adrian – w hamaku. Zrobiliśmy sobie herbatę nad ogniskiem, umyliśmy się w jeziorze i poszliśmy kupić sobie arbuza na śniadanie.

Poprzedniego wieczoru poznaliśmy świetną ekipę Ukraińców – Anię, Alexa, Andrieja i Dimę, którzy powiedzieli nam, że niedaleko Lwowa (jakieś 40 km) zaczyna się jutro wielki festiwal muzyki rockowej – Zaxidfest. W związku z tym, że i tak mieliśmy w planach wyjechać na wieczór ze Lwowa, żeby w spokojnym miejscu rozbić namiot i hamak, pomysł z pobujaniem się z Ukraińcami przy ich muzyce przypadł nam bardzo do gustu. Nasi nowi przyjaciele odprowadzili nas na właściwy przystanek; wskazali drogę. Wsiedliśmy w „marszrutkę” i wysiedliśmy przy dworcu. Do odjazdu ostatniego busika, którym mieliśmy dotrzeć na miejsce festiwalu mieliśmy 3 minuty. Niestety albo nie zdążyliśmy albo busik się w ogóle nie pojawił… Zaczęliśmy kręcić się więc po dworcu bez celu (i czekać co się stanie), aż wypatrzyliśmy parking autobusów (ale nie miejskich, tylko wyraźnie wycieczkowych). Zanim do nich doszliśmy, a dzieliło nas od nich może sto metrów, podeszła do nas dziewczyna i zaczęła coś mówić po ukraińsku. Zrozumieliśmy, że też jedzie na Zaxidfest i też nie zdążyła na „marszrutkę” (tego określenia używali wszyscy Ukraińcy, gdy mówili o busach, a nawet Polacy – z Przemyśla i okolic. Ja muszę przyznać, że słyszałem tę nazwę po raz pierwszy w życiu podczas tej podróży) i szukała jakiegoś innego środka transportu. Szukaliśmy więc razem. Okazało się, że wszystkie autobusy jadą do Polski (czyli w naszym kierunku), ale nie mogą nas zabrać, bo „coś tam”. Po długich rozmowach z kierowcami – Ukraińcami, w których to wcale nie język stanowił największą barierę, i pomocy ze strony jednego z pasażerów, ustaliliśmy, że możemy podjechać autobusem do miejscowości Horodok – oddalonej od festiwalu 8 km. Jedynym warunkiem było to, że wsiądziemy do niego już poza parkingiem, za szlabanem, żeby ukryć się przed czujnym okiem jakiegoś strażnika. Mieliśmy jeszcze godzinę do odjazdu. Usiedliśmy sobie, oparliśmy się o plecaki i czekaliśmy na autobus, myśląc, że wszystko się udało. O 23:10 nasz autobus odjechał, a kierowca kiwnął na nas, że jednak nas nie podwiezie. Rozłożyliśmy bezradnie ręce. Pomilczeliśmy chwilę. Nie było nam do śmiechu. Trudno złapać stopa o tej porze i to w środku miasta. A szczerze chcieliśmy uniknąć spania pod gołym niebem. Pod wpływem Saszy zdecydowaliśmy się na taksówkę. Udało się znaleźć jeszcze jednego chłopaka i we czwórkę zrobiliśmy zrzutkę. Zapłaciłem – w przeliczeniu – jakieś 10 złotych za 40 km jazdy taksówką. (Nie wiem, czy wstyd się przyznać czy nie, ale była to moja pierwsze przejażdżka taksówką w życiu…)

W środku nocy wysiedliśmy gdzieś na Ukrainie. Hehehe… Sasza dołączyła do swoich znajomych na opłaconym polu namiotowym, zaś my – podobnie jak tysiące innych Ukraińców – „poszliśmy w las”. Znaleźliśmy z pomocą latarek odpowiednie miejsce. (Nawet sobie nie zdajecie sprawy, jak trudno jest znaleźć odpowiednie na przymocowanie hamaka drzewa w lesie!) Rozbiliśmy nasz mały obóz. Rozmawialiśmy jeszcze trochę przed snem o całym dniu, o poznanych ludziach, trochę o sobie samych, aż zasnęliśmy. Pierwsza noc na ukraińskiej ziemi…
Dawno się tak dobrze nie wyspałem. Obudził mnie Adrian, kiedy rozpalił ognisko.

Zrobiliśmy sobie zieloną herbatę, zjedliśmy resztkę krakersów z wczoraj i zwinęliśmy obóz. Sprawdziliśmy na mapie, że znajdujemy się w pobliżu dwóch jeziorek. Po całym dniu naprawdę potrzebowaliśmy kąpieli. Do innych potrzeb fizjologicznych woda nie była nam niezbędna (pytasz autostopowicza czy sra w lesie?), ale dla ogólnego odświeżenia – dać nura do jeziora – bardzo nas ciągnęło. Dogasiliśmy ognisko, zarzuciliśmy sobie plecaki i skierowaliśmy się w stronę pierwszego z jezior. Okazało się, że jest ono dostępne tylko razem z festiwalowym polem namiotowym, co wytłumaczyła nam bardzo uprzejmie jedna z organizatorek – po angielsku (!). Ruszyliśmy w stronę drugiego jeziora. Musieliśmy przejść kawałek drogi lasem, potem poboczem i potem znów lasem, aż dotarliśmy do lekko utwardzonej drogi prowadzącej do kompleksu starych domków wypoczynkowych (z wymalowanymi na każdym postaciami z bajek Disney’a). Przy bramie wjazdowej siedziało dwóch chłopaków, z którymi zamieniliśmy po słowiańsku kilka słów i uznali, że nie ma problemu, żebyśmy weszli i wykąpali się w jeziorze. Odmiennego zdania okazał się być Ukrainiec w średnim wieku z dwoma łopatami, który zatrzymał nas pięćdziesiąt metrów dalej, żądając 20 hrywien opłaty. Zaprotestowaliśmy, więc zaczął się na nas wydzierać. Najpierw opuścił nam cenę do 10 hrywien. Ostatecznie stanęło na tym, że, skoro jesteśmy z Zaxidfestu (mieliśmy już na rękach opaski od organizatorek), a do tego „dziś jest Dzień Niepodległości na Ukrainie”, możemy się wykąpać w jeziorze za darmo.

Nie przypuszczałem, że kąpiel sprawi mi aż taką przyjemność. Woda była doskonała. Słoneczko przyjemnie grzało. Umyłem się ekologicznym mydłem, popływałem chwilę i całym sobą chłonąłem chwilę. Kąpałem się w ukraińskim jeziorze. Dojechałem na Ukrainę autostopem. Było naprawdę pięknie. Potem do wody wskoczył Adi i nawet się nawet ogolił. Wypraliśmy jeszcze parę rzeczy, poczekaliśmy, aż wyschną (w tym czasie wspomniany wcześniej Ukrainiec od łopat opowiedział nam historię o złowionym przez siebie karpiu ważącym 21 kilogramów…) i zwinęliśmy się z powrotem na Zaxidfest.

Burczało nam już w brzuszkach. Resztka krakersów na dwóch chłopów nie wystarczyła. Z okazji festiwalu przy drodze rozstawione zostały różne budki z różnym jedzeniem. Postanowiliśmy kupić sobie arbuza. Nie obeszło się bez przeuroczej pogawędki z paniami Ukrainkami, które, dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski, były zachwycone, zaczęły wypytywać, jak się nam podoba Ukraina, wybrały nam najlepszego arbuza, uśmiechały się szeroko i były cudowne! „Dość”. Usadowiliśmy się w widocznym miejscu przy głównej drodze, usiedliśmy na trawce (pod tyłeczki wsunęliśmy kartony ze Lwowem w dwóch językach), oparliśmy się o jakiś murek i zaczęliśmy jeść drugie śniadanie. Arbuz był przepyszny. Kruchy, krystaliczny, słodziutki, soczysty, ukraiński! Postanowiliśmy zaczekać na naszych przyjaciół z Kijowa. Obserwowaliśmy setki albo tysiące kolejnych festiwalowiczów i wcinaliśmy, nie przejmując się niczym. Do czasu, aż zaczął padać deszcz. Ukryliśmy się pod parasolem jednej z budek z jedzeniem. Dla niepoznaki kupiliśmy jedno piwo. Deszcz nie był straszny, ale swoje musieliśmy odczekać.
Wreszcie spotkaliśmy się z naszymi ziomkami. Udaliśmy się na koncerty. Bawiliśmy się przednio. Muzyka była niezła, kilka piosenek nawet bardzo mi się podobało, ale atmosfera była świetna! Totalnie się wyluzowaliśmy, ludzie szaleli; tańczyli, skakali. Owszem, trochę mi to przypominało nasz polski Woodstock (ale nie było tyle kurzy, może przez ten deszcz). Bardzo pozytywny wieczór!

Ciąg dalszy nastąpi…

Maciej Tomaszewski

PS. Zapraszam Was też serdecznie do przeczytania poprzednich wpisów o autostopowej wyprawie na Ukrainę 2018:
Prawdziwie lwowskie przeżycia (3),
Autostopem na Ukrainę (2),
Nie da się złapać stopa (1)

 

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: