Jasiek Mela TEŻ JEŹDZI STOPEM! Wyjątkowo inspirująca i absolutnie pozytywna rozmowa z Jaśkiem Melą

Po kim odziedziczyłeś charakter, który pcha cię do podróżowania?

Po rodzicach. Wprawdzie nie podróżowali – ani bardzo dużo, ani bardzo daleko po świecie, ale oboje zdecydowanie są wariatami i mają bardzo otwarte głowy.
Na pewno to rodzice nauczyli mnie, że warto jest sięgać po swoje.

Jak Ci się zdaje – ile tego świata już faktycznie poznałeś?

Skończyłem w tym roku 30 lat i mam przeświadczenie, że im jestem starszy i im więcej zobaczyłem, tym większą mam świadomość, że tak naprawdę mało znam, że mało wiem, że jest jeszcze mnóstwo do odkrycia.
Poza tym pojawia się pytanie: co to znaczy poznać dane miejsce? Czasami ludzie pytają, w ilu krajach byłem. Kiedyś nawet zacząłem robić sobie taką listę. Ale to nie ma specjalnego sensu. Bo np. w Ameryce Południowej byłem: w Argentynie, Brazylii i Chile. A to dlatego, że lecąc na Antarktydę, mieliśmy w tych miejscach przesiadki. I owszem – widziałem Buenos Aires, a byłem tam… 4 godziny. Ale wiesz, można odhaczyć: Argentyna – byłem!
A z drugiej strony mam doświadczenie wyjazdu piąty czy szósty raz do Norwegii. I np. za  szóstym razem myślę sobie: „O kurde, takiej Norwegii nie znałem”. Stąd pytanie: czy ja właściwie ją znam? Oczywiście są tacy podróżnicy, którzy faktycznie zjechali większość świata, ale ja do nich nie należę.

A jak bardzo skupiasz się na kontakcie z ludźmi podczas podróży? Czy jedziesz odwiedzić miejsce, czy raczej próbujesz zainicjować jakiś kontakt z „lokalsami”?

Mam poczucie, że te miejsca i widoki są tłem. Zdecydowanie są tłem – do tego, o czym mówisz, czyli do spotkań z ludźmi. Kiedyś rzeczywiście jeździłem zobaczyć dane miejsce, zabytek, czy cud natury. Teraz dużo częściej zdarza mi się jechać prawie w ogóle bez planu, licząc po prostu na ludzi, których spotkam. Staram się być otwarty na „przytulenie” różnych historii, czy planów, które się od kogoś spontanicznie pożyczy. Ale to ludzie są osią tego wszystkiego. Lubię jeździć właśnie tak „na krzywy ryj” – w miejsca zupełnie obce i przekonywać się (myślę, że tego uczą podróże), że ludzie są naprawdę otwarci. Wiadomo – w różnych częściach świata wygląda to trochę inaczej, ale jak się ma sensowne podejście i otwartość na ludzi, to chyba wszędzie spotka się takich, którzy podzielą się kawałkiem swojego świata.

Co sprawia, że w danym momencie decydujesz się na wyjazd np. do Finlandii, a nie do Portugalii?

W sumie dosyć mało w życiu miałem takich wyjazdów, które ja sam bym sobie wymyślił i sobie zaplanował. Właściwie tylko raz byłem na takim dłuższym czteromiesięcznym (pewnie najdłuższym w moim życiu) wyjeździe po Azji, który wymyśliłem i zrealizowałem. A zazwyczaj to jest tak, że albo ktoś mnie zaraża jakimś pomysłem, albo mnie do czegoś zaprasza. Finlandia była akurat marzeniem mojej kuzynki. Mam oczywiście pewne kierunki, które mnie „ciągną” i które chcę odkrywać. Bardzo lubię podróże po Rosji. Kiedy pierwszy raz pojechałem na Syberię, wybrałem się tam razem z tatą. Dodatkowym pretekstem była wówczas chęć zobaczenia miejsc zesłania mojej babci. Tak się złożyło, bo jest to niedaleko Bajkału. Bardzo chciałem zobaczyć to jezioro zimą i spędzić tam parę nocy. I to rzeczywiście była dużo bardziej nasza inicjatywa. Ale zazwyczaj dzieje się tak, że pomysł pojawia się skądś. Myślę, że warto tak układać życie, żeby mieć czas na takie podróżnicze szaleństwa…

Jak najbardziej lubisz podróżować? Bo oczywiście będę chciał Cię zapytać o autostop.

Osobiście uważam, że autostop jest najfajniejszą formą podróży…

O! To będzie tytuł tego wywiadu.

(śmiech) Zdecydowanie. Zresztą widzę, że przekonywać cię nie muszę. To jest taki sposób podróżowania, który najbardziej pozwala ci poznać ludzi. I to – dobrze ich poznać. Kiedyś łapałem stopa w Norwegii. Zdziwiłem się, bo zatrzymał się nam facet nowiutkim mercedesem. Jego hobby było zmienianie samochodów. Kupował nowe raz na 2 lata i wymieniał. Gadaliśmy trochę o podróżach, że „on też lubi podróżować, że tak sobie jeździ tym samochodem, że śpi w hotelach. I że tak sobie przez szybę ogląda te różne miejsca, bo zazwyczaj nie chce mu się nawet wychodzić z auta”. I sobie pomyślałem: no, „w porzo” – lepsze to niż nic. Ale co tak naprawdę wtedy widzisz? Kogo możesz poznać? Na stacji benzynowej kogoś zagadasz?
Dlatego myślę, że autostop jest najfajniejszą formą podróżowania. Ja muszę się przyznać, że teraz w Finlandii podróżowaliśmy stopem, ale to był pierwszy raz od dawna. Bo od kiedy mam samochód, a to już parę lat, po prostu przychodzi wygoda i, mówiąc wprost, lenistwo: nie chce mi się. Auto daje bardzo duży komfort i takie możliwości, których mi brakuje czasem w autostopie. Dowiadujesz się np., że 50 km stąd jest jakaś fajna rzecz, ale naprawdę nie masz jak tam złapać stopa. Mam dosyć duże auto i często w nim śpię. Czasem robimy sobie z dziewczyną takie wypady, że pojedziemy np. do Budapesztu; postawimy auto w centrum, połazimy sobie po knajpach i wracamy na noc do bagażnika. Rano alkomat i jedziemy dalej. Ale jest to pewne wygodnictwo.
Za każdym razem tak mam, że kiedy po dłuższym czasie planuję sobie, żeby gdzieś pojechać na stopa, myślę: „nie no, przecież nie wiem, kiedy dojadę, nie wiem, czy ktoś się zatrzyma i w ogóle nie wiadomo co”, nie? A gdy już to pierwsze auto się zatrzyma, to myślę sobie: „zajebiście, to jest to”.

Pamiętasz swojego pierwszego stopa?

Miałem wtedy chyba 17 lat… Poznałem dziewczynę, która mnie zaraziła marzeniem wyjazdu do Norwegii, na Lofoty. To był mój pierwszy wyjazd do Skandynawii. Stwierdziliśmy, że pojedziemy razem. I kminiliśmy nad tym, jakim sposobem tam dotrzeć. Uznaliśmy, że skoro i mnie i ją bardzo – w teorii – kręci autostop, a nigdy nie jeździliśmy…, no to zajebiście! Jedziemy półtora tysiąca kilometrów stopem! To był właściwie mój pierwszy taki autostopowy trip.

Czego się najbardziej boisz w życiu? To takie dosyć intymne pytanie…

Mam takie podejście do życia i do ludzi… Nie wiem, jak to normalnie ubrać w słowa, żeby nie brzmiało jakoś magicznie, że człowiek „ma jakąś swoją energię” czy coś… Ale uważam, że gdy spotykamy różnych ludzi na swojej drodze, to ci ludzie na nas reagują. To właśnie zamyka się w tym słowie: ludzie na nas re-a-gu-ją. Czyli jest to jakieś odbicie tego, jak my do nich podchodzimy. Innymi słowy; uważam, że nie opłaca się bać ludzi. Kiedy się boimy ludzi, kiedy sobie myślimy, że każdy może nam zrobić coś złego, to – ja mam takie poczucie – przyciągamy ludzi do tego skłonnych. Kiedy jesteśmy otwarci, „przyklejają się” do nas podobne osoby.
Podczas stopa w Azji: po Kambodży, po Laosie, różnie bywało. Czasem niektórzy ludzie byli naprawdę mocno podejrzani, a czasem komuś tam jakaś giwera wystawała zza paska jeansów – jak na filmach. Myślę, że w podróżowaniu jakoś tam o bezpieczeństwo trzeba dbać, nie w każdą rzecz się pakować. Chociaż ja akurat mam taki charakter, że nie wyobrażam sobie, żebym przechodził obok bramy, która mnie interesuje (co tam jest!?) i nie wejść tam. (śmiech) Nie ma takiej możliwości.
Ale nieraz, właśnie w podróży, spotykam ludzi, którzy wyglądają na złych typów. Ale, kiedy się do nich odpowiednio podchodzi – bez oceniania, tak naprawdę bez strachu – dobrze się na tym wychodzi. Ludzie są różni.
Czasem to sporo uczy takiej psychologii. Niektórzy odczuwają potrzebę pokazania, że są silni, że – mówiąc nieładnie – mogliby ci przypierdolić. Ale wcale nie muszą tego robić, nie? Oni tylko chcą, żebyś ty wiedział. „Okej” – wystarczy – „możesz!, przyznaję rację, luz”. Aha, no to fajnie. (śmiech) I tyle. Stąd ja się nie boję ludzi. To nie jest tak, że jestem jakoś super odważny i niczego się nie boję. Po prostu mam takie doświadczenie, że strach prowokuje agresję. Podchodzę więc z ufnością do ludzi.
Taką też mam pracę. Odbywam sporo spotkań: a to z prezesami firm, a to z ludźmi w zakładach karnych, w hospicjach… To wymaga różnych sposobów patrzenia… Widzisz typa, który siedzi w zakładzie, jest cały wydziarany; jakieś tygrysy, tribale; jest trzy razy większy od ciebie. A moim zadaniem jest znaleźć w kimś takim coś dobrego. I okazuje się, że to wcale nie jest trudne. To mnie trochę uczy bardziej ufać różnym ludziom.
Myślę sobie: jak ktoś jest złodziejem, jak ktoś jest oszustem – to nie są fajne rzeczy. A z drugiej strony – jakie ja mam prawo, żeby tego kogoś oceniać? Czy ja wiem, jak ten człowiek się wychowywał? Czy ja wiem, jak go życie potraktowało? Może w porównaniu do niego ja mam w ogóle superlajtowo. Bo mnie nauczono, że warto być uczciwym, że warto się starać, że warto być dobrym. To nie jest moja zasługa, że mam takie wartości. Ktoś je we mnie wpoił. A co, kiedy ktoś przez całe życie był karcony, pokazywano mu, że nie warto? Że żeby zarobić, musi nakraść. Że jeśli chce poderwać laskę, musi pokazać jej ile wódy walnie na raz albo komuś obije ryja. Wtedy ludzie chłoną takie rzeczy. I myślę, że ten świat tak funkcjonuje i to nie do końca jest ich wina.

Zapytam jeszcze o ten strach, tylko trochę z drugiej strony. Co byś powiedział ludziom, którzy marzą, ale strach ich paraliżuje… Ktoś mówi: „też pojechałbym stopem tam i tam, ale…”?

Myślę, że większość ludzi sama się oszukuje. Czegoś by chcieli, a nie robią zupełnie nic w tym kierunku. Ja wiem, że to jest łatwo mówić, ale to – tak jak powiedziałem – ileś tam rzeczy dostajemy od innych. Ja miałem to szczęście, że spotkałem ludzi, którzy pokazali mi, że podróże są proste, że wcale nie muszą wymagać ogromnych pieniędzy czy jakiegoś super doświadczenia. Poza tym mam szczęście do towarzystwa.
Myślę, że niektórym ludziom tak naprawdę wygodniej jest siedzieć na tyłku i mówić: „zazdroszczę ci, też bym tak chciał” i stosują wymówki – dlaczego np. nie podróżują. A tymczasem po prostu boją się spróbować.
Ale tak pozytywniej – co bym doradził? Mamy wokół siebie wiele różnych spotkań podróżniczych i festiwali. To są miejsca, gdzie można nie tylko posłuchać super doświadczonych ludzi. (Co też jest oczywiście trochę peszące. No bo głupio podejść do takiego Leszka Cichego i zapytać: „…bo Pan to był na Everest i innym K2, a ja bym chciał zapytać Pana, jak zebrać dupę i pojechać w Tatry?”…)

Miałem podobnie, kiedy podchodziłem do Ciebie.

(śmiech) Myślę też, że taki festiwal to miejsce, gdzie możesz spotkać podobnych do siebie. Ludzi na podobnym etapie, może podróżujących trochę, a chcących podróżować bardziej. Może super doświadczonych, od których złapiesz takiej wiedzy, której nie ma w necie (bo teoretycznie są poradniki do wszystkiego i „co zobaczyć w danym kraju”, ale sam dobrze wiesz, że często to jest o kant dupy rozbić). A może ktoś właśnie jest na takim etapie, że właśnie jest przed swoją pierwszą podróżą, a tam znajdzie masę takich ludzi i będzie mu łatwiej zacząć. Znowu nawiązuję do tego mojego pierwszego autostopowego wyjazdu: spotkałem dziewczynę, która by coś chciała, ja też coś chciałem… Stwierdziłem:  dwojgu nieporadnym ludziom zawsze łatwiej. Spróbujmy. Najwyżej się nie uda albo się pozabijamy. Nie pozabijaliśmy się. I było fajnie.
Warto jest przeglądać blogi, oglądać wideo, różne rzeczy. Ale wielu ludzi na tym poprzestaje. Warto więc jednak czegoś spróbować. I nie mierzyć od razu najwyżej, tylko spróbować np. gdzieś sobie w Polsce pojechać stopem.
Ale też się liczyć z tymi niewygodami. Bo podróżowanie jest fajne i w ogóle, ale ono nie jest superwygodne. Mówię: mam 30 lat i już się przyzwyczajam do pewnego komfortu. Kiedy sobie myślę, że mam gdzieś jechać stopem i nie wiem, o której dojadę, czy w ogóle dojadę… Nie wiem, gdzie będę nocował, czy w ogóle będzie jakieś miejsce pod namiot… To jest niekomfortowe… A z drugiej strony odczuwasz jednak wielką radość, satysfakcję, że sam to sobie ogarnąłeś, poradziłeś sobie.
Dla mnie osobiście, wbrew pozorom, właśnie ten wyjazd do Norwegii na Lofoty był na jakiejś płaszczyźnie większym dokonaniem niż chociażby ten biegun północny i południowy. Bo tam miałem wszystko podane na tacy. Musiałem oczywiście trenować, musiałem sobie trochę poczytać i obejrzeć jakieś filmy. Ale nic nie organizowałem. Dostałem bilet, dostałem marszrutę i tyle. Nie miałem czego zawalić. A w tym stopie w Norwegii wszystko zależało od nas.
Lubię sytuacje w życiu, kiedy dużo zależy ode mnie. Kiedy coś się zawali, to tylko sobie mogę robić wyrzuty, a nie się kogoś czepiać. Autostop uczy bardzo pokory i cierpliwości. Pewnie też tak masz. Stoisz godzinę i mówisz sobie: „dobra, jeszcze 20 samochodów poczekam”. Przejeżdża dwudziesty i mówisz: „no dobra, ale to była ciężarówka, więc się nie liczy, to jeszcze 5”. I tak „jeszcze” i „jeszcze”… A potem myślę, że jeśli za chwilę czegoś nie złapię, to pierdzielę, rozstawiam namiot i idę spać. A potem – kiedy mnie bierze auto –cieszę się, że przed chwilą nie zrezygnowałem (śmiech). To uczy cierpliwości, która jest przydatna w codziennym życiu.

Powiedziałeś, kiedyś że „nie sztuką jest odkrywać ciągle nowe miejsca, sztuką jest odnaleźć się w jednym swoim miejscu”… Codzienność jest trudniejsza niż podróżowanie?

Jest inna. Jest inny trud. Bo z jednej strony masz jakieś mieszkanie (swoje czy wynajęte), ale masz klucze i zawsze możesz do niego wejść. Jest ciepło. Nie ma tych wszystkich podróżniczych dyskomfortów. Czasem trafi ci się od razu rewelacyjne miejsce na postawienie namiotu, a czasem nie ma go wcale. Albo rozbijasz go przy jakiejś stacji benzynowej albo musisz się prosić, żeby rozbić się u kogoś na podwórku.

Z drugiej strony – w podróży ciągle poznajesz nowych ludzi. Nie oszukujmy się, każdy z nas w podróży – czy w ogóle przy zawieraniu nowej znajomości – pokazuje się od jak najlepszej strony. Podobnie jest kiedy myślisz o znalezieniu partnerki i któraś ci wpadnie w oko, to nie mówisz jej na dzień dobry: „generalnie jestem leniwy, nie czytam książek, możesz mi coś tam gadać o kosmetykach, ale po 5 minutach nie będę już słuchał, chrapię i mecze oglądam”. No, nie mówimy tego „na dzień dobry”. Sortujemy i serwujemy najlepsze karty. Ludzie, którzy żyją wokół ciebie mogą trochę weryfikować to, co mówisz.
Ja np. mam milion planów na życie. Uważam, że niektóre z nich są nawet całkiem niezłe. A ile mam pomysłów na biznes?! A nic z tego nie robię. Wymyślam, wymyślam, a nie mam jaj czy konsekwencji, żeby to zrealizować…

A może różnica między życiem a podróżą to tylko kwestia skali? Całe życie i kilka tygodni…

Ale podczas podróży nie musisz się mierzyć z rzeczami, które najbardziej wkurzają w drugim człowieku. Kiedy siedzisz przez pół godziny w pociągu z kimś, kto cię irytuje, to zakładasz sobie słuchawki i – trudno. Gada, to gada… Tymczasem trudne sprawy z bliską osobą, z przyjacielem, z żoną czy kimkolwiek wyłażą na wierzch. Zmuszają cię do tego, żeby pracować nad sobą, żeby się zmieniać, żeby być konsekwentnym. Bo pokazujesz się wtedy od różnych stron. Czasem się wkurwisz, zirytujesz, chlapniesz coś niepotrzebnego – trzeba się skonfrontować z prawdą o sobie. W podróży możesz stwierdzić: i tak cię już nigdy nie zobaczę, to co mi tam? Mogę sobie zagrać w grę pt. wymyślam nową historię mojego życia. No a w codzienności trudniej jest się odnaleźć – w tych stałych relacjach z ludźmi.
Ale myślę, że jeśli masz u swego boku pasjonującą osobę i sam masz różne zajawki, to nawet siedząc w domu, możesz być szczęśliwy i żyć ciekawie, z pasją. To jest trudne. Tak sobie myślę, że czasami podróże bywają ucieczką od czegoś. Zwłaszcza takie duże, dalekie podróże. I to jest fajne.
Pamiętam, jak kiedyś gadałem z takim Radkiem. Dawno temu to było. Była taka para: Kinga i właśnie on – Szopen. Podróżowali bardzo dużo – także autostopem – po świecie. Jeździli w różne miejsca. Kinga zmarła na malarię w Afryce (wtedy w podróż wybrała się sama). Dla mnie to postacie bardzo fascynujące. Bo byli parą, która się bardzo kochała, a która dawała sobie przeogromną wolność, także w podróżach. Kinga miała marzenie jechać do Afryki, Szopena to w ogóle nie interesowało (on jest buddystą): „to ja se posiedzę tu w jakimś klasztorze, a ty se tam jedź”. Ale to nie na zasadzie, że „mam cię w dupie”, tylko: „jesteś dla mnie na tyle ważna, że, skoro to twoje marzenie, to, dziewczyno, rób to! A ja wierzę w to, że potem do mnie wrócisz i będziemy sobie żyć”. Dla mnie oni zawsze byli i będą wzorem wolności.
A jednocześnie pamiętam też – zapytałem Szopena, jak to jest, kiedy wyjeżdża na rok, czy na dwa. Jak się potem wraca? Bo przecież świat się zmienia. Pracujesz gdzieś – rzucasz pracę. Musisz ją potem znaleźć. Masz swoją działalność, a po dwóch latach – nie masz do czego wracać. Część znajomych trochę o tobie zapomina itd. I on mi ładnie powiedział, że to nie jest tak, że się wraca. To nie jest tak, że jesteś w punkcie A, jedziesz do punktu B i wracasz do punktu A. Bo ty jesteś inny. Bo ty się już zmieniłeś. Tak jak się zmienia ten świat. I jeżeli palisz za sobą mosty, podróż, która zawsze się kiedyś kończy, może być bardzo trudna.

A myślę, że niestety wielu z nas podróże traktuje jako jakąś formę ucieczki. Ale i to nie jest straszne. To nie jest tak, że wtedy takie podróże są bez sensu. Tylko, że warto jest się uczyć siebie. Myśleć o tym, czego się naprawdę potrzebuje. Mi takie podróże, kiedy pojadę gdzieś dalej czy na dłużej, dają reset. Wracam i patrzę na różne rzeczy: myślę sobie, czy ja chcę w takim mieszkaniu mieszkać, czy chcę mieć taką pracę, czy chcę nie czytać książek. Łatwiej pewne rzeczy wtedy zweryfikować. Powiedzieć: coś zmieniam. Myślę, że bardzo wiele osób narzeka i jest niezadowolonych ze swojej sytuacji życiowej, ale nie zmieniają tego, bo nie ma impulsu: „niby nie jest fajnie, ale nie jest tak tragicznie, żebym nagle musiał wszystko pozmieniać”. Sądzę, że wyjazdy dają możliwość spojrzenia z dystansu, którego często brakuje.

Kapuściński powiedział, że „Podróż nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy”. Skoro nie wracasz już nigdy, to z jednej strony albo nie masz domu wcale, albo dom masz wszędzie…
Czy masz ulubiony punkt w Polsce/na świecie?

Kiedy byłem młodszy, marzyło mi się, że będę bardzo dużo jeździł po świecie i będę miał wszędzie przyjaciół. Dzisiaj myślę, że nie jest realne, żeby mieszkać wszędzie. Żeby mieć prawdziwe relacje z tysiącem ludzi jednocześnie. One wymagają pracy i czasu. Tak jak z rośliną. Jakbym sobie wymyślił, że kupię 20 kwiatków w Ikei, postawię sobie, bo są ładne, a potem wyjadę w pizdu na pół roku, wrócę, a te kwiatki będą na mnie czekać i wtedy je raz za to całe pół roku podleję…
I widzę to też w relacjach z ludźmi. Kiedyś dużo aktywniej i szybciej żyłem. Miałem wszędzie wielu znajomych, ale… nie miałem żadnych przyjaciół. Owszem, można się było umówić na piwko i pogadać o głupotach, ale żeby tak szczerze porozmawiać o czymś głębokim, było trudniej. Dlatego myślę, że nie da się mieć domu wszędzie. Nie lubię utrzymywać relacji tylko internetowych. Poznasz nawet kogoś super na drugim końcu świata, napiszecie do siebie raz na jakiś czas, ale mija rok, dwa, trzy i się okazuje, że niewiele tego wspólnego zostaje. Potrzeba stałych relacji, żeby naprawdę wiedzieć, co się u kogoś dzieje. Dlatego nie da się mieć domu wszędzie.
A co do ulubionego miejsca, to mamy z dziewczyną od 2-3 lat takie marzenie i plan, żeby się przenieść na stałe na Podlasie. Mamy tam wielu dobrych znajomych. Tam czas inaczej płynie. Mam serdecznego przyjaciela w Krakowie. Widzimy się raz na 2 miesiące. Mieliśmy kiedyś tradycję, że w paru kumpli staraliśmy się raz w roku zimą gdzieś jechać pod namioty. Raz pojechaliśmy do Szwecji, następnego roku nie było czasu przygotować tak dużej wyprawy, pojechaliśmy pod Kraków – Dolina Będkowska, 20 km stąd. I tak sobie siedzimy i myślimy: ja pierdzielę, chłopaki, przecież my, kowboje, tacy wolni, a tu każdy: praca, firma, jakieś rzeczy. I okazuje się, że ciężko nam znaleźć dwa dni, żeby się zsynchronizować w czterech chłopa i gdzieś pojechać. U znajomych pod Białymstokiem – i to jest dla mnie po prostu niezwykłe – mówią: „ej, jest niedziela, my w niedzielę morsujemy”. Ekipa 10 znajomych spotyka się w zimę co tydzień, potem jakiś grill, wódeczka, różne rzeczy. Wiele robią razem, wspólnie… Bardzo im tego zazdroszczę. Myślę, że w dużym mieście życie trochę nam przecieka między palcami. Ja nie chciałbym się za 10 lat zestarzeć. Chciałbym wyjechać w takie miejsce, gdzie czas płynie trochę wolniej.

Czy zarabiasz na podróżowaniu?

Nie zarabiam na podróżowaniu. Szczerze mówiąc, nie chcę zarabiać na podróżowaniu. Nie chcę być uwiązany. Ja wiem, że czasy się bardzo zmieniają. Kiedyś nie było YouTuba, przeróżnego sponsoringu, vlogów podróżniczych. Kasy szukało się w czymś innym. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak krytykowanie kogokolwiek. Ale, kiedy widzę czasami podróżników, którzy żyją z podróży, z każdego wyjazdu muszą zrobić fotorelację, wideorelację, lokowanie produktów – pokazać, że oni kręcą teraz Samsungiem, a nie czymś innym… To nie jest tak, że złośliwie się z tego śmieję. Wiem, że musi to tak wyglądać, żeby mogło istnieć.
Cieszę się z tego, że kiedy sobie gdzieś jadę, mogę wejść na jakiś szczyt, jeśli mi się zachce albo jeśli będzie pogoda. Ale jeżeli stwierdzę, że nie chce mi się oglądać miejsc „must see”, to tego nie robię. Podczas podróży po Azji (Tajlandia, Kambodża, Wietnam, Laos, Malezja, Birma i Singapur), miałem właśnie takie poczucie wolności. Wjeżdżam do nowego kraju, do nowej dużej miejscowości i wiem, że tu jest po prostu 10 miejsc, które „trzeba zobaczyć”, ale to jest pięćsetne takie miejsce – mi się nie chce. Wolę pójść na dobry obiad, zobaczyć jakie piwko tutaj serwują i spędzić czas z jakimiś lokalsami nad brudną rzeką, gadając o pierdołach. A wiem, że będąc podróżnikiem, który żyje z podróży, nie miałbym takiej możliwości. Bardzo się cieszę, że nie podróżuję w taki sposób. Przy podróżowaniu sponsorowanym jest też druga strona medalu. Pamiętam, jak organizowaliśmy taką wyprawę – pod szyldem mojej fundacji – do Stanów Zjednoczonych – do Kalifornii, do Parku Yosemite… Mieliśmy plan wspiąć się na górę El Capitan, co w końcu zrobiliśmy, ale nie tak długą trasą, jaką chcieliśmy. Mieliśmy na to sponsorów. Pojechaliśmy do tej słonecznej Kalifornii. Sierpień czy wrzesień, Kalifornia, w której nigdy nie pada. Spadł deszcz: dwa dni padało, a potem… spadł grad. Zimno. Wszyscy goście z pola namiotowego pod górą pojechali sobie w cholerę pływać na desce, a my siedzimy. Pijemy kawkę, pijemy piwko, gadamy o pierdołach, siedzimy w namiocie, bo jest góra do zdobycia. I to nie jest tak, że możemy sobie teraz wrócić do Polski. Sponsor nie zapłacił za to, żebyśmy po prostu łazili po górach. Sponsor zapłacił za to, żebyśmy wleźli na tę górę, zrobili sobie zdjęcie z jego transparentem i powiedzieli, że weszliśmy tam dzięki firmie takiej, siakiej i owakiej. A czasem jest tak, że to jest po prostu nierealne, bo nie ma okienka pogodowego. I co ja wtedy zrobię? Wrócę do Polski i powiem: „No, Stany fajne. Siedziałem przez tydzień, piłem najtańsze piwo. Za wasze pieniądze. I wróciłem”? A na zdjęciach nie widać nic? Nie ma takiej możliwości.
Wyjazdy sponsorowane są obarczone odpowiedzialnością. I to jest naprawdę niefajne, o tym się nie mówi, ale to jest naprawdę duże utrudnienie – rzeczy, które trzeba w związku z tym wykonać.
Jeśli ktoś znajdzie jakąś formę, która mu odpowiada i która jest zgodna z jego naturą, to chwała Panu. Ale ja np. byłem na jakimś festiwalu podróżniczym, z podróżnikami sobie cykałem zdjęcia i mówią: „no to daj insta, to cię oznaczę”. Ja akurat nie mam instagrama – bo tego nie rozumiem. (Mam fejsa do kontaktu z ludźmi, instagrama nie potrzebuję.) A oni: „jak to kurwa, jak to możliwe? Nie masz instagrama?”. Poczułem się, jakbym nie miał fejsa. (śmiech) Mówię: „nie potrzebuję”. „To jak oznaczasz jakieś tam rzeczy, produkty?” Nie oznaczam.
A z drugiej strony wiadomo, że podróże zabierają od cholery czasu i bardzo trudno jest to połączyć z pracą. To nie jest realne dla normalnego człowieka, który sam się utrzymuje, stwierdzić: rzucam pracę na rok, a przez rok sobie podróżuję i nie zarabiam. Choć ja bardzo lubię podróżowanie po miejscach prostych, ubogich. To mi daje dużo frajdy, a nie wydaję na takie wyjazdy specjalnie dużo.

Mówiłeś o zarabianiu na podróży. A zarabianie – w – podróży?

Uważam, że to jest zajebista rzecz. Jedziesz na naprawdę długą wyprawę i sobie to jakoś dzielisz: parę miesięcy sobie popracuję… Miałem kiedyś taki plan, żeby zrobić sobie kurs baristy, dostać się na jakiś okręt, być barmanem, kosić kasiorę i pływać po świecie. Ale cóż, lenistwo wygrało…

 

Jasiek Mela jest polskim podróżnikiem, działaczem społecznym, autostopowiczem, zdobywcą obu biegunów (2004), założycielem i prezesem fundacji „Poza Horyzonty” i mega pozytywnym gościem.

 

Nie unikniemy tego pytania: co się czuje na biegunie?

Myślę, że gdybym teraz był na biegunie, to pewnie byłoby trochę inaczej. Miałbym bardziej świadome odczucia. Ja miałem wtedy 15 lat. W ogóle była to dla mnie podjarka, że wyjeżdżam gdzieś daleko. Ale ja się wtedy bardzo bałem różnych rzeczy. Z jednej strony doświadczenie jest świetne, a z drugiej też jest tak, że Arktyka jest pusta. Sam Biegun Północny nie jest ani trochę miejscem charakterystycznym. To jest słabe. Jak włazisz na szczyt, to przynajmniej nie masz wątpliwości – okej, już nic nie ma wyżej, to jest szczyt.

No dobra, to co się czuje np. na Kilimandżaro?

Na pewno dużą satysfakcję. Ale tak jak powiedziałem, te samodzielne wyjazdy dawały mi jej dużo więcej. Bo to jest jednak frajda, kiedy sobie to wszystko zorganizujesz, wszystko ogarniesz, sam się musisz do tego motywować. Sam czy najwyżej w małej grupce.
W każdym razie zawsze w górach, czy w ogóle przy wymagających wyprawach, z ludzi wychodzi to, jacy są – wychodzi prawdziwa natura. Nie zawsze są to fajne rzeczy. Jak już się nie ma siły grać i udawać – dowiadujesz się o kimś (albo sam o sobie) takich rzeczy, że lepiej ci było, nie wiedząc. To bardzo spaja albo bardzo rozdziela ludzi.
Chyba przy wyprawie na Elbrus – rok czy dwa lata później – satysfakcja była dużo większa, bo Elbrus jest dużo bardziej wymagającą górą. Kilimandżaro jest wysokie i panujące tam niskie ciśnienie oraz mała zawartość tlenu w powietrzu potrafią naprawdę zaskoczyć. A jednocześnie to jest taka góra, że wchodziłem na nią prawie całą drogę w T-shircie. Na atak szczytowy założyłem kurtkę, bo były na niej… logotypy sponsorów. Ale kondycyjnie nie było bardzo trudne. A Elbrus rzeczywiście był dużym wyzwaniem.

Megaintensywny autostop – 24 h z drugą osobą i wychodzi twoja prawdziwa twarz. Zwykle, kiedy wracam, musimy dać sobie z 2 tygodnie luzu bez kontaktu… Też tak masz u siebie?

Tak. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do kontaktu 24 na dobę – z nikim. Nawet, jeśli mieszkasz z kimś – z dziewczyną, z żoną – to i tak przecież są różne rzeczy. Jest praca albo mecz z kumplami, czy coś innego. Ja mam trochę charakter samotnika. To znaczy –  bardzo lubię być wśród ludzi, ale nie mogę być wśród ludzi non stop. Bo cholera mnie bierze. Dla mnie to jest mocno wymagające w podróży…

Nawet jakby to była twoja dziewczyna?

Tak, tak. Ale myślę, że nie ma w tym nic złego. Z dziewczyną staramy się dbać o to, żeby dawać sobie taką przestrzeń. Zresztą oboje jesteśmy zwolennikami tego, że ona czasem sobie pójdzie na babskie spotkanie, a ja idę z kumplem po męsku posiedzieć. Swoją drogą niebawem lecimy na trzy tygodnie do Ameryki Południowej. Tam raczej nie będzie tego czasu bez siebie.

„Dla osoby, którą się kocha – warto iść na koniec świata” – Jasiek Mela.

Zdecydowanie tak. Poza tym trzeba się uczyć siebie wzajemnie. Bo na każdym wyjeździe są takie momenty, że są jakieś małe spiny, gdzie coś ci po prostu nie pasuje – w gotowaniu albo spędzaniu czasu wolnego, albo nawet decydowaniu o tym, co zobaczyć. Nie za bardzo lubię jeździć w grupkach – nawet do jakiegoś miasta, żeby coś pozwiedzać. Bo zazwyczaj mam jakieś swoje preferencje. Czasem nie bardzo mnie obchodzi muzeum i jakieś trzy zabytki. Nie bardzo mam ochotę zrobić sobie zdjęcie na tle 20 innych osób robiących sobie zdjęcie na tle tego samego budynku. Wolę pójść na piwko czy na pustostan. Trochę mnie męczy przebywanie w większej grupie. A jednocześnie te wszystkie trudne momenty bardzo dużo nas uczą o sobie wzajemnie. W końcu życie to jest sztuka kompromisów i ustępstw. Czasem jest tak, że można się rozdzielić i każdy robi swoje, a czasem do pewnych rzeczy się trzeba przymusić. To są bardzo cenne doświadczenia

Po jakimś czasie męczysz się z ludźmi. A jak szybko męczysz się samemu?

Powiem ci, że moje doświadczenia z samotnych, samodzielnych wyjazdów są takie, że tam w zasadzie nie ma samotności. Doświadczyłem tego parę razy, że, jak jedziesz gdzieś samemu, to sam fakt, że nie ma wokół ciebie kogoś z twojej grupki, sprawia, że znikają różne bariery – językowa, kulturowa. Nie mam doświadczenia samotnego wyjazdu na pustynię czy do Arktyki. I chyba niespecjalnie mnie to kręci. Raczej nie wyobrażam sobie tak długiej samotnej podróży. Myślę też, że trzeba mieć specyficzną psychikę, żeby być w stanie coś takiego znieść. Ale widzę, że ludzie, którzy potrafią tak podróżować, często nie są jakoś bardzo otwarci, troszeczkę aspołeczni.

Czyli potwierdzasz tezę, że podróżujesz bardziej do ludzi niż do miejsc?

Zdecydowanie bardziej. Ale też jest tak, że przez tych ludzi często poznajesz miejsca. Mam masę takich doświadczeń. Czytam sobie o jakimś miejscu, do którego jadę, a potem spotykam tam kogoś, kto mi mówi: „stary, wal to wszystko, my ci pokażemy, co tu warto zobaczyć!”

Najprzyjemniejsza przygoda w podróży?

(głębokie zastanowienie)

Za chwilę będzie najniebezpieczniejsza… Chyba, że to ta sama?

(śmiech) Chyba najfajniej jest jak się na spontanie pozna kogoś, kto ci pokaże swój kawałek świata. Byliśmy kiedyś w Gruzji z dziewczyną. Stopowanie tam bardzo dobrze działa. Wyjeżdżaliśmy z Tbilisi w rejon Kaukazu. Jechaliśmy stopem z takim gościem, który powiedział, że gdybyśmy byli jeszcze kiedyś w Tbilisi, koniecznie musimy do niego zadzwonić, on nas zabierze, pokaże jakieś rzeczy, zrobi obiad itd. Ale taki był dziwny jakiś, trochę podejrzany. Spędziliśmy tam parę dni, wracamy do Tbilisi, ale stwierdziliśmy, że jednak do niego nie zadzwonimy. No i stop nas wiezie, wysiadamy w środku miasta – a miasto gigantyczne – idziemy i pierwszy człowiek, na którego wpadamy, to ten koleś. (śmiech) Spędziliśmy chyba dwa dni u niego w domu: był on, jego żona, dwójka dzieci, jego teściowa, ktoś tam jeszcze – pełna chata i jeszcze nasza dwójka. Faktycznie nas ugościli, przezajebiście. Dla mnie najpiękniejsze jest, jak ktoś pokaże ci swoje życie, swój dom: „tu jest pokój dzieci; porozwalane wszystko, ale nie przejmuj się, tu jest lodówka – no tam syf, ale czuj się jak u siebie”.
A niebezpieczna sytuacja…? No były takie, które wyglądały niebezpiecznie. Pamiętam, jak byłem kiedyś w Kambodży. Siostra dała mi znać, że jest tam takie miasteczko (parę domów) – opuszczone od wielu lat. I jest tam bardzo duże opuszczone kasyno. Złapałem autobus, wysiadłem najbliżej, jak się dało i poszedłem parę kilometrów. Na miejscu znalazłem się, kiedy było już ciemno. Chyba nawet nie rozkładałem namiotu, tylko spałem  w tym budynku. Łażę z aparatem, robię jakieś nocne zdjęcia ze statywu. I nagle słyszę, że coś tu się rusza, że coś tam w krzakach jest… Zastanawiam się – skoro to jest opuszczone miasteczko, to lepiej się schować czy nie…? Stoję. Wychodzi trzech młodych gości z maczetami! Jestem pośrodku niczego. Już pal licho aparat, ale mój łeb! Przecież nikt mnie tu nie znajdzie. No to mówię tam w ich języku, co pamiętam: „Cześć, dzień dobry. Jestem przyjacielem. Na zdrowie”. Uśmiecham się. Roześmiali się, każdy mi rękę podał, się przedstawił i sobie poszli. Okazało się, że tam obok były jakieś pola uprawne. I usłyszeli, że ktoś się kręci i tak samo jak ja byli przestraszeni. Nic złego się tam absolutnie nie stało. Ale są jednak takie ułamki sekund, kiedy sobie myślisz, że to już koniec, tutaj jest kres moich wszystkich podróży. Ale tak serio-serio złego nigdy nic mi się w podróży nie zdarzyło.

Jak się czujesz z tym, że nakręcono film o Tobie?

To jest bardzo dziwne uczucie. Scenarzyści, przygotowując scenariusz, sporo godzin spędzili z nami – ze mną, z moimi rodzicami. Stąd sporo dialogów w filmie jest realnych. To jest bardzo dziwne uczucie, jak patrzysz na aktora, który się wciela w twojego ojca – trochę nawet z wyglądu podobnego – i wali do ciebie z dużego ekranu cytatami z twojego życia. Trochę masakra. Na samym początku byliśmy przeciwni temu, kiedy się do nas zgłosili z tym pomysłem. Bo telewizja bardzo często ma tendencję do takiej, można powiedzieć, polaryzacji. Albo do robienia laurek z pewnych ludzi albo demonów. Nie mieliśmy żadnej ochoty na to, żeby próbowali nas przedstawić jako wzorcową rodzinę, wspaniałego chłopca, który nie przeklnie i papierosa nie zapali. Całe szczęście nie taki był zamiar. Cieszę się, że ten film powstał z tego powodu, że mimo, iż nazywa się „Mój biegun”, to jest przede wszystkim o relacjach – przede wszystkim ojca z synem. Myślę, że to jest trudny temat, trochę temat tabu w Polsce. Cieszę się, że ten film ten temat porusza.

Mój biegun jako wyzwanie…

Tak, na tej samej zasadzie jak „każdy ma swój Everest”.
Ale ja sobie zdaję sprawę z tego, że moja historia i historia mojej rodziny – jest w jakiś sposób publiczna. Myślę, że mamy pewną rolę społeczną.

Zdanie inspiracji na koniec? Jakby jej było mało przez cały wywiad…

(śmiech) Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że podróże kształcą i bardzo człowieka otwierają na życie. Mam takie poczucie, że jak już się ogarnę i zacznę jakąś podróż planować, to nigdy tego nie żałuję. Z natury jako ludzie jesteśmy wygodniccy i trochę leniwi, ale warto – jak to się sztampowo mówi – wykraczać poza tę swoją strefę komfortu. Bo świat jest zajebisty, piękny, wielki. Jest tak dużo miejsc do odwiedzenia, w Polsce też. Zachęcam do poszukiwania drugiej osoby. Najsensowniej jest zacząć z kimś. Na pewno warto jest spróbować. Warto zbierać w głowie te doświadczenia. I warto moim zdaniem zacząć jak najszybciej.

Dzięki wielkie.

Dzięki również.

rozmawiał Maciek Tomaszewski
[zdjęcia z prywatnego archiwum Jaśka Meli]

 

 

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: