Karkonosze. Na czarnym szlaku

— KARKONOSZE 2018 —
CZĘŚĆ I

Jest coś uzależniającego w górskiej wędrówce; marszu w słońcu i odpoczynku w cieniu, w piciu wody ze strumienia i oddychaniu pełną piersią na szczycie. Tym razem usłyszałem głos wzywający mnie w Karkonosze…

Któregoś dnia wakacji – niedawno – odezwała się do mnie moja koleżanka – Dominika (poznaliśmy się na trasie Wyścigu Autostopem). Napisała, że ma kilka dni urlopu i pomysł, żeby wykorzystać je na górską wędrówkę w Karkonoszach. Bardzo chętnie na ową propozycję przystałem. Perspektywa spędzenia weekendu na szlaku przypadła mi do gustu.
Po niedługim czasie, kiedy to zdążyliśmy ustalić większość szczegółów wyjazdu (a tak naprawdę to Dominika zajęła się wszystkim; zarezerwowała noclegi w schroniskach i zaplanowała większość trasy. Najlepsza organizatorka na świecie!), spotkaliśmy się na dworcu kolejowym w Poznaniu. O 01:57 odjeżdżał nasz pociąg do Jeleniej Góry. Mieliśmy jakieś sześć godzin na to, żeby się jeszcze trochę zdrzemnąć, ale, jak łatwo zgadnąć, nic z tego nie wyszło. Prawie całą drogę przegadaliśmy.
Wysiedliśmy w Jeleniej Górze. Znaleźliśmy market, kupiliśmy sobie śniadanie i w cieniu sklepu (gdyż już zaczynało robić się gorąco, mimo wczesnej pory; było ok. godz. 8:00) zjedliśmy po bananie i jogurciku. Dwa kroki stamtąd kwadrans później łapaliśmy stopa – przy wylotówce w stronę Karpacza. Zdobyliśmy kawałek kartonu, czarny flamaster i gdy tylko skończyłem przygotowywać napis, zatrzymała się nam wesoła parka, która podwiozła nas do naszego docelowego miasta.

Na szlaku zawitaliśmy chyba o 9:45. Kupiliśmy, jak Pan Bóg przykazał, bileciki do Karkonoskiego Parku Narodowego. I jak przystało na Karkonosze – polskie góry i polskie realia, przywitał nas starszy mężczyzna przebrany za Indianina (!) i zaoferował zrobienie sobie z nami zdjęcia. Bardzo uprzejmie odmówiliśmy, czego dowód widzicie poniżej na niezałączonym zdjęciu.
Naszym celem w pierwszym dniu wędrówki było dotarcie do słynnego schroniska „Samotnia”. Od samego początku było… ciężko. Zaczęliśmy w końcu od czarnego szlaku. (Tu zaznaczam, że oboje w górach byliśmy bardzo dawno i nie mieliśmy zupełnie kondycji, więc nasze wrażenie mogło być szczególnie subiektywne. Sami już dwa dni później wspominaliśmy początek trasy jako jedną z łatwiejszych partii naszej wędrówki.) Było bardzo gorąco i nic nie wskazywało na to, by w najbliższym czasie stan ten miał ulec zmianie. Co prawda podwożący nas do Karpacza Patryk i Magda wspominali coś o przewidywanej burzy wczesnym popołudniem tego dnia, ale jak na razie niebo było bezchmurne. Zmęczenie zaś wzrastało, a pot zaczynał lać się z nas strumieniami podobnymi do tych, które mijaliśmy przy szlaku.

Na którymś z przystanków otworzyliśmy paczkę żelków. Ooo! Od tego momentu żelki stały się moją największą w życiu miłością. Takie kwaśne, takie jabłkowe. Mniam! Siedzieliśmy, jedliśmy, a one nie pytały, tylko rozumiały.
Równo 12:30 dotarliśmy do jakiegoś baru przy wyciągu. Zauważyliśmy, że zaczyna delikatnie kropić deszcz.
Schowaliśmy się pod daszkiem i w dokładnie tym momencie zaczęła się prawdziwa ulewa! Po chwili do spadających kropel wody dołączyły kuleczki lodu. Cały bar szybko wypełnił się nowymi zbłąkanymi i przemokniętymi wędrowcami. My zaś, przy dźwięku deszczu i gradu, wcinaliśmy przepyszne kanapki z paprykarzem. Nóż był niestety schowany głęboko w plecaku i wyjęcie go przy zagęszczeniu ludzi równym (nie mam pojęcia ile) milion osób na metr kwadratowy nie było dobrym pomysłem. W związku z tym nasz posiłek spożywaliśmy jak prawdziwi traperzy, nabierając paprykarz na chlebek – chlebkiem (tak, to profesjonalna definicja „posiłku trapera”…).
Deszcz ustał dopiero po 1,5 godzinie. O 14:00 ruszyliśmy w dalszą drogę. Po niedługim czasie dotarliśmy do podnóża Śnieżki – czyli najwyższego szczytu Karkonoszy (1603 m. n. p. m.). Stamtąd skierowaliśmy się (a tak nam się przynajmniej wydawało, bo mieliśmy do dyspozycji mapę – moim zdaniem przy dłuższej wędrówce po górach jest ona absolutnie niezbędna – oraz drogowskazy) do naszego schroniska – „Samotni”.

Okazało się, że poszliśmy w nieco innym kierunku. Znaleźliśmy się bowiem już po czeskiej stronie. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mieliśmy dzięki temu okazję oglądać fantastycznie, bajkowo i nierzeczywiście wyglądające bagniste, gdzieniegdzie porośnięte drzewkami, łąki. Maszerowaliśmy samotnie i w ciszy długimi mostkami (zrobionymi ze starych podkładów kolejowych). Cała sceneria przywodziła mi trochę na myśl „Władcę pierścieni”.

Wreszcie wyrwaliśmy się z tego baśniowego świata i wróciliśmy na dobrą drogę do naszego schroniska. Zanim jednak do niego dotarliśmy, zatrzymaliśmy się na obiad w innym schronisku oddalonym od „Samotni” jakieś piętnaście minut. Nazywało się „Strzecha Akademicka”, jednak tamtejsze ceny zdecydowanie zadawały kłam tej nazwie, bo rzeczywiście akademickie nie były ani trochę. Trzeba było jednak zjeść coś ciepłego. Chleb posmarowany paprykarzem jedliśmy niedawno, chleb posmarowany nożem – jako biedni studenci – jemy cały rok, więc po chwili na stół wjechały cieplutkie placki ziemniaczane z sosem gulaszowym. Po obiedzie odciążyliśmy jeszcze plecak Dominiki o jakieś 0,5 kg i ruszyliśmy – ostatnią prostą – do „Samotni”.
Za którymś zakrętem naszym oczom ukazał się urzekający widok. (A w ogóle to podczas tych 2-3 dni wymyśliliśmy kilka fajnych porównań życia do górskiej wędrówki. Jedna z nich dotyczy właśnie zakrętów i brzmi mniej więcej tak, że to zakręty motywują człowieka, by podążał dalej. Ha! Można? Można!) Mały Staw! Piękne górskie jezioro. I woda spływająca do niego drobnymi strumyczkami (większość chyba po deszczu, bo następnego dnia rano spływała już tylko jednym wodospadzikiem) a wypływająca cicho szemrzącym strumykiem.

Odebraliśmy w schronisku klucz do naszego pokoju (często warto rezerwować miejsca w wieloosobowych pokojach, bo cena jest wówczas niższa, zaś często może się okazać, że i tak cały pokój ma się tylko dla siebie) i walnęliśmy się na łóżka. Każde z nas wzięło wymarzony prysznic i odciążyliśmy nasze plecaki o kolejne 3-4 kg. Na oglądanie zachodu słońca wybraliśmy się nad jezioro i strumień. Było świetnie! Z genialnym widokiem za oknem, oddychając świeżym górskim powietrzem, poszliśmy spać. Tak upłynął nam pierwszy dzień wyprawy.

Ciąg dalszy nastąpi… 😉

Maciej Tomaszewski

PS. Następnym razem muszę załatwić jakiś lepszy aparat 😉

PPS. Zapraszam Was też do przeczytania relacji z drugiego dnia wyprawy
we wpisie pt. Karkonosze. Od schroniska do schroniska 😉

 

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: