Karkonosze. Od schroniska do schroniska

Mieliśmy ambitny plan, aby przejść jakieś 20 km po górach i od słynnego schroniska „Samotnia” dojść do schroniska na Szrenicy. Udało się nam.

Obudziliśmy się w „Samotni”. Za oknem w promieniach porannego słońca połyskiwał pięknie Mały Staw. Pierwsi tego dnia turyści docierali właśnie do schroniska. A nam bardzo nie chciało się wstawać. Jeszcze dłuuuższą chwilę kręciliśmy i wierciliśmy się w naszych łóżkach, zanim rozsądek i nieubłagana „doba schroniskowa” wzięły górę. Wczorajszy dzień wyraźnie dawał nam o sobie znać w postaci bólu w nogach i delikatnych zakwasów. Wykorzystaliśmy ostatnie chwile z cywilizacją na poranną toaletę oraz śniadanie z gorącą herbatą. Resztę chleba z resztą pasztetu zjedliśmy z widokiem na jezioro.
Oczywiście wredne słońce postanowiło towarzyszyć nam od samego śniadania. Wysmarowaliśmy się dokładnie filtrem, ubraliśmy czapeczki i ruszyliśmy, zostawiając „Samotnię” samotnie. (Ha! Komizm słowny w czystej postaci!) Nie wiedzieliśmy jeszcze, że czeka nas naprawdę bardzo długi dzień – dziesięć godzin marszu po górach. Przy sobie mieliśmy litr wody (kupiony cholernie drogo w schronisku) i… to było wszystko, co mieliśmy przy sobie – oczywiście do picia i jedzenia. W naszej sytuacji raczej do picia.
(Przyznam się jednak, że nie był to szczyt mojego „amatorstwa” podczas tej podróży. Przed wyjazdem obiecałem sobie, że nie popełnię kolejny raz błędu z pakowaniem się na ostatnią chwilę. Godzinę przed wyjściem z domu zacząłem szukać górskich butów… Nie znalazłem. Do dzisiaj nie wiem, gdzie się te wredne buciory podziały! W związku z tym po górach śmigałem w sportowych adidaskach…)

Na szczęście mieliśmy ze sobą jeszcze dwie puste plastikowe butelki. Słońce grzało niemiłosiernie. Droga tego dnia była bardzo długa i męcząca i prowadziła nas na przemian to w dół, to w górę. Właśnie te zejścia i podejścia były najgorsze. Za którymś razem pojawiły się nawet łzy. Byliśmy naprawdę wyczerpani. Ale szczęśliwi. Do przodu ciągle pchały nas coraz piękniejsze widoki, podmuchy wiatru, postoje w cieniu i woda. Nasz szlak wiódł nas szczęśliwie wielokrotnie wzdłuż strumienia, z którego nabraliśmy sobie wody do butelek. (Służyła nam początkowo do zraszania głów, a potem, gdy zabrakło „zwykłej” wody, do picia.)
Droga, oprócz tego, że przecinała się ze strumieniem, balansowała niemal ciągle na granicy polsko-czeskiej. Stąd „dobrý den” słyszeliśmy równie często jak „dzień dobry”. A na deser co jakiś czas, ale już abstrahując od granicy z naszym południowym sąsiadem, niemieckie „hallo”.

 

Śnieżne kotły, wrzosowiska i autostop (?) na szycie góry
Na trasie nie raz przystawaliśmy, żeby złapać oddech. Ale to, co zobaczyliśmy, gdy dotarliśmy do Śnieżnych Kotłów, przeszło nasze oczekiwania i zaparło dech w piersiach. Wędrowaliśmy długi czas wzdłuż genialnych wrzosowisk, niczym z piosenki SDM-u. „Z nim będziesz szczęśliwsza, dużo szczęśliwsza będziesz z nim. Ja, cóż – włóczęga, niespokojny duch. Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko”… Moim zdaniem jedno z ciekawszych i bardziej romantycznych miejsc w Karkonoszach – żeby się tam wybrać na jeden dzień; popołudnie i wieczór, zachód słońca… Bardzo tak.

Byliśmy już bardzo zmęczeni, odległość do naszego schroniska na Szrenicy nie zmniejszała się tak szybko, jakbyśmy chcieli. Ale Śnieżne Kotły sprawiły, że poczuliśmy się trochę magicznie. Szliśmy tak skrajem przepaści, wiał silny wiatr (musieliśmy przytrzymywać sobie czapki na głowach), słońce odbijało się groźnie o wystające skały Czarciej Ambony i rzucało groźne cienie głęboko w dolinie.

 

Nad krawędzią Śnieżnych Kotłów już z daleka obserwowaliśmy dość wysoki budynek. Zastanawialiśmy się nawet przez chwilę, czy może to być już nasze docelowe schronisko. Gdy byliśmy już bliżej, okazało się, że to jeszcze nie jest nasza upragniona Szrenica. Budynek stał właściwie na samym skraju; nad przepaścią i wyglądał nawet trochę nierzeczywiście (trochę mi przypominał dom muminków…). Miał ponad 20 metrów wysokości i okazał się być wieżą radiowo-telewizyjnej stacji przekaźnikowej „Radiowo-telewizyjnego Ośrodka Nadawczego Śnieżne Kotły”. (Ale początkowo faktycznie było to schronisko!)
Usiedliśmy na moment w jego cieniu i właśnie w tej chwili usłyszeliśmy i zauważyliśmy zbliżający się terenowy samochód. I w Dominice i we mnie odezwał się autostopowy instynkt. Pomyśleliśmy, że byłoby świetnie, gdyby udało się nam złapać stopa na takiej wysokości, w górach. Postanowiliśmy podejść i zapytać, czy kierowca nie podwiózłby nas nawet to symboliczne dziesięć metrów na stopa. Podeszliśmy. Z samochodu wysiadało właśnie dwóch mężczyzn. Jeden gruby, drugi chudy. Nie zdążyliśmy wytłumaczyć, o co nam chodzi, bo „chudy” poinformował nas, że nawet „gdyby jechali na dół, to by nas nie podwieźli”, a „gruby” dorzucił, że „przyjechaliśmy tu chodzić po górach, a nie jeździć samochodem”. Poczuliśmy wtedy taką prawdziwą pogardę (w tym wypadku karkonoskiego) lokalsa do turysty. Duży minus odnotowany.

Dalsza droga była raczej prosta – i mało kręta i łatwa. Choć nam po całodziennym wysiłku bardzo się dłużyła. W świetle coraz niżej znajdującego się słońca przemierzaliśmy ostatnie kilometry. W pewnym momencie pojawił się drogowskaz. Napis. Byliśmy coraz bliżej. Coraz bliżej. Już prawie mogliśmy odczytać napis na drogowskazie. „Szrenica 15 min”! Tak!
W tym miejscu znajdowały się jednak jeszcze dwa drogowskazy z bardzo podobnymi napisami – każdy z nich głosił: „Szrenica 30 min” i różnił się tylko kolorem szlaku: zielony i czerwony. Wybraliśmy środkową ścieżkę, którą do szczytu i schroniska mieliśmy dotrzeć w kwadrans. Dopiero później zaprzyjaźniony w ciągu dnia na szlaku Niemiec powiedział nam, że to czarny szlak. Nie wiem, czy tego nie zauważyliśmy czy może kolor był zamazany… Tak czy owak, ostatnie podejście przebiegło najtrudniejszym szlakiem.
Do schroniska weszliśmy po godzinie 20:00. Odebraliśmy klucz do 16-osobowego pokoju. Kupiliśmy sobie coś słodkiego, wodę, piwo i poszliśmy się ogarnąć. Każde z nas wzięło cudowny prysznic, odpoczęliśmy nieco i czekało nas już tylko chyba najprzyjemniejsze zakończenie tego dnia, jakie mogliśmy sobie wymarzyć. Już po drodze mówiliśmy sobie z Dominiką, że byłoby świetnie, gdyby przy naszym schronisku znalazł się jakiś murek, z którego, popijając coś chłodnego, można by oglądać zachód słońca. Wszystko się spełniło.

Usiedliśmy sobie, świeżo umyci i ciepło ubrani. Gadaliśmy i zachwycaliśmy się widokiem – najpierw na góry i miasteczka w zachodzącym słońcu, potem na gwiaździste niebo i rozświetlone w nocy miasteczka. Tamta chwila zostanie ze mną na długo. Gdy zmrużę oczy, to wciąż tam jestem. I naprawdę nie spuszczam się bez powodu. Widok był przedni. Ale to nie tylko widok; kolorowe niebo, nieprzenikniona czerń, gęste lasy… To też chłód wieczoru. To wiatr. To zapach. To magia chwili. Całodniowe zmęczenie zwieńczone zasłużonym odpoczynkiem. Karkonosze, bardzo proszę.

Dominika, jesteś super, bardzo Ci dziękuję!

Maciej Tomaszewski

 

Zapraszam Was też do przeczytania relacji z pierwszego dnia wyprawy
we wpisie pt. Karkonosze. Na czarnym szlaku 😉

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: