Klient po turecku

Wbrew pozorom nie chodzi o przepis ze stambulskiej książki kucharskiej. Chodzi o to, że dopiero w Turcji zrozumiałem, co to naprawdę znaczy „być klientem”.

Odkąd wróciłem do domu, przeżywam permanentny mały szok kulturowy. Niestety ciągle jeszcze zdarzają mi się tu różne przykre przygody w relacji ja (klient) – usługodawca. (Chociaż muszę przyznać, że z dużą radością, satysfakcją i dumą odnotowuję coraz częstsze przejawy pełnego profesjonalizmu w obsłudze klienta u przeróżnych „ciał” w naszej ojczyźnie.) Niemniej jednak nigdzie jeszcze nie czułem się tak szanowany – będąc klientem – jak w Turcji. Oni tam mają po prostu hmm… inną (poprawną!) filozofię rozumienia obsługi i konsumenta.

Szczerze mówiąc, początkowo czułem się nieco onieśmielony, a nawet speszony tym, jak bardzo w Stambule dmucha się na mnie i chucha. Działo się to właściwie na każdym kroku. Jednocześnie za każdym razem było naturalnym i niewymuszonym zachowaniem. Oni po prostu traktują jako oczywistość, że należy zrobić wszystko, aby klient był zadowolony; czuł się komfortowo i swobodnie. (Nie wspominając, że w niektórych miejscach działają wręcz „anty-napiwki”. Kilkukrotnie zdarzyło się, że zapłaciliśmy za herbatę, a kelner, ponieważ nie miał drobnych, żeby wydać nam odpowiednią resztę, oddawał nam nieco więcej. A oprócz tego czasami można stargować trochę ceny. Swoją drogą sprawia im to wyraźną przyjemność.) I nie jest to zachowanie zarezerwowane tylko dla turystów z zagranicy. Klient to klient. Wobec rodzimych mieszkańców Turcji wszelacy usługodawcy są tak samo uprzejmi. Czym to się objawia?

Po pierwsze uśmiechem (czy bardzo ugrzecznionym czy nie, to już inna sprawa. Płacę mu m. in. za to, żeby się do mnie uśmiechał, więc się uśmiecha. Zdarzają się oczywiście odstępstwa od normy. Jak tak teraz się zastanawiam, to są one nawet częste. W niczym jednak nie umniejsza to szacunku do klienta. Powiedziałbym, że nawet sprawiają wrażenie większej szczerości i bezpośredniości. Raz obsługiwał nas może 12-letni chłopiec. Zgadywaliśmy, że był pewnie synem, bratem albo kuzynem właściciela knajpy. Miał śmiertelnie poważną minę, co wyglądało nawet trochę komicznie. Usiedliśmy przy stole. Nasz kelner zgarnął z niego szybko okruchy ręką, po czym równie zamaszystym kopniakiem pozbył się kapsla leżącego pod spodem. Wyjął kajecik, ołówek i z wyrazem twarzy zdecydowanie doświadczonego, a nawet troszkę znużonego życiem człowieka, cierpliwie zanotował potrawy, które wskazaliśmy w menu. Zanim podał nam nasze zamówienie, zdążył jeszcze dwa razy skoczyć gdzieś rowerem, zawożąc chyba dokądś obiad na wynos. Cudowne!). Ważne jest to, że ów uśmiech nie jest wymuszony. Najszczerszy zaś, z jakim się chyba spotkaliśmy, pojawił się na twarzy kelnera w pewnej knajpie – w zupełnie nieturystycznej dzielnicy Stambułu. Dzielnica była do tego stopnia nieturystyczna, że mieliśmy wrażenie, iż jesteśmy pierwszymi nie-Turkami w historii tego lokalu. Poprosiliśmy o menu (nikt w knajpie nie mówił po angielsku). Zaczęliśmy przeglądać dania. Dwóch kelnerów stało wówczas przy nas i „chamsko” z odległości dwudziestu centymetrów przyglądało się nam z najszczerszymi uśmiechami, ogromnym zainteresowaniem i nieskrywanym podnieceniem. Sytuacja była wręcz komiczna. Dominik wskazał na jedną z pozycji w menu, pytając co to jest. Chwila błyskawicznego głębokiego zastanowienia… „Food!” – odparł dumny z siebie (gdyż przypomniał sobie angielskie słowo) Turek. Mimo wszystko postanowiliśmy zjeść tam obiad. Największe zaskoczenie miało nas dopiero spotkać. Byliśmy już pod koniec posiłku, gdy podszedł do nas jakiś mężczyzna. Położył nam na stole swoją wizytówkę, jakiś skrawek papieru i powiedział – po angielsku – że w razie jakichkolwiek i kiedykolwiek problemów w Turcji, możemy do niego zadzwonić. Byliśmy totalnie zaskoczeni. Mężczyzna okazał się być jednym z klientów (bo zaraz potem wyszedł). Podziękowaliśmy, dokończyliśmy obiad i poprosiliśmy kelnera o rachunek. Ów – najwyraźniej zdezorientowany – zaczął protestować. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Kilka stolików dalej siedziała chyba właścicielka knajpy, która po chwili wpisała w  coś w „tłumacza” i na ekranie pojawiło się „PAID”. Okazało się, że nasz dobrodziej zapłacił za nasz obiad! Byliśmy w szoku!

Nasz klient – nasz pan
O odsuwaniu i podsuwaniu krzesełek nie warto nawet wspominać. To niemal wliczone w cenę (oczywiście zdarzają się odstępstwa od normy). Zdarzyło się nam jednak w pewnej małej knajpce w jednej z ciasnych stambulskich uliczek… wypić herbatę. Zauważyliśmy, że przy jednym ze stolików kilkoro osób gra w „Rummikub” (swoją drogą bardzo polecam tę grę, a kilka innych możecie znaleźć tutaj). Coraz bardziej rozpieszczani i przyzwyczajani do tureckich standardów zapragnęliśmy zagrać w karty. Przywołaliśmy więc spojrzeniem kelnera (oni naprawdę dbają o to, żeby klientowi niczego nie zabrakło. Gdy tylko dostrzegą jego wzrok, podchodzą.) Zapytaliśmy, czy mógłby nam zorganizować karty do gry. Dwie minuty później tasowaliśmy talię. Zachcianki i fanaberie klientów nie są w Turcji niczym dziwnym. Gdy karty się nam już znudziły, postanowiliśmy zagrać we wspomniany „Rummikub”. Usłużni kelnerzy natychmiast dostarczyli nam grę. Okazało się jednak, że nasz stolik jest na nią trochę za mały. Nasi garsoni natychmiast pomogli przenieść się nam do większego stolika. Wzięli grę, szklaneczki i sziszę i błyskawicznie pomogli nam zmienić miejsce. Następnie koniecznie chcieli nam wytłumaczyć zasady gry (mimo, że ja je znałem, ale chyba zbyt nieśmiało protestowałem). Stali przy nas długo i bardzo gorliwie tłumaczyli nam zasady (rozmawialiśmy chyba łamanym angielsko-rosyjsko-włoskim). To było naprawdę urocze!

Z tego typu przejawami uczynności spotykaliśmy się w zasadzie w każdym lokalu. W inny dzień na obiedzie wylądowaliśmy w niewielkiej knajpce – raczej na obrzeżach centrum. Obsługiwał nas chyba sam właściciel. (Co samo w sobie od razu podnosi rangę.) Niestety nie mówił po angielsku. Udało się nam jednak wszystko wytłumaczyć (nawet to, że chcielibyśmy skorzystać z pracowniczej łazienki i umyć ręce oraz, że w jednej z „pide” nie chcemy sera)! W trakcie posiłku chcieliśmy zrobić sobie zdjęcie. Widząc to, nasz uprzejmy gospodarz zaoferował pomoc, czego dowód możecie zobaczyć poniżej. Na zdjęciu Zuzia, Asma (fantastyczna dziewczyna, którą poznaliśmy w jednym z naszych hosteli, pochodzi z Algierii), Dominik, Maciek i ja.

Podobna uprzejmość panowała także na bazarach, które odwiedziliśmy (także w słynnym The Grand Bazaar, o którym więcej już wkrótce – tutaj). Sprzedaje się na nich właściwie wszystko; od przypraw i herbat, poprzez słodycze (mmm…), po torebki i dywany. Z bardzo wielu „straganów” sprzedawcy zapraszają do (oczywiście darmowego) spróbowania ich wyrobów. Wystarczy wskazać palcem, którym łakociem jest się zainteresowanym. Sprzedawca natychmiast go wyciąga i odkrawa kawałek.

Dziesięć sekund później częstuje już innym przysmakiem. Może to trwać naprawdę długo (nawet jeśli ostatecznie niczego się nie kupi) i rzadko kiedy z tego typu bazarów wychodzi się głodnym.

Nawet w drodze powrotnej zdążyliśmy doświadczyć jeszcze raz tureckiej kurtuazji. Jechaliśmy pociągiem ze Stambułu do Sofii (w Bułgarii). Był to nocny pociąg i mieliśmy przedział z kuszetkami (rozkładanymi ze ścian łóżkami). Zanim ruszyliśmy turecki konduktor z tureckim wąsem przyniósł nam – wodę, soczek wiśniowy, paczkę krakersów i batonik – dla każdego. I oczywiście pościel, kołdrę i poduszkę. Jak to się mówi: „full wypas”.

Na koniec chcę powiedzieć, że przed wizytą w Stambule i w ogóle w Turcji – w ogóle „nie wiedziałem, że tak można”. Jednakże przyzwyczaiłem się dość szybko do takiego traktowania, bo jest to szalenie miłe i tak powinno być wszędzie. W Stambule nabrałem takiego przeświadczenia i dotarło do mnie, że takie zachowanie wobec klienta jest naturalne, pożądane i zdrowe – myślę, że dla obu stron tej relacji. Szacunek okazywano mi właściwie wszędzie (w sklepie, w hostelu, w muzeum, w budce z kukurydzą i małżami na ulicy…). Jeśli ktoś zatem zamierza być klientem, to – moim zdaniem – najlepiej w Turcji.

 

[Autorami zdjęć są Zuzia i Maciek. Dziękuję!]
Zapraszam Was także na Noc w sercu Stambułu 😉

Stambulskie bazary – czyli tam, gdzie sprzedawcy śpiewają o mandarynkach

Maciek Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: