Koniec sezonu nie istnieje – czyli autostopowy chillout w dobrym towarzystwie

Nie spodziewałem się, że będzie tak fajnie. A tymczasem na zlocie poznałem totalnie pozytywnych, otwartych i kochanych ludzi.

Zlot (X Ogólnopolski Zlot Autostopowiczów, organizowany przez Stowarzyszenie Autostopowiczów Polskich) nie trwał długo. I dobrze. Bo, moim zdaniem, niedosyt, który pozostawił – po 2 dniach – sprawił właśnie, że smakował tak wyśmienicie. Impreza miała bardzo kameralny charakter. I to był jeden z jej największych plusów. Uczestników było chyba około 200. A i tak wystarczyło, żeby byli to ludzie naprawdę z całej Polski (i nie tylko, bo mieliśmy wśród nas jednego Norwega! Pozdrawiamy Himka!). Nie przypuszczałem, że w tak krótkim czasie między ludźmi może powstać tak silna więź. Co prawda, na różnych festiwalach można spotkać wielu fajnych ludzi i fajnie się pobawić, ale tutaj to było coś więcej. Może ze względu na stosunkowo niewielką liczbę ludzi. Trudno opisać słowami wrażenie, jakie robi na człowieku spotkanie z drugim człowiekiem i poczucie, że nawzajem się rozumieją. Fantastyczna sprawa! Ale po kolei…
Na „zlot autostopowiczów” dotarłem… BlaBlaCarem (nie, to nie jest reklama). Myślałem, że trochę wstyd, ale potem okazało się, że większość z nas dotarła tam… swoimi samochodami albo pociągami. Na szczęście znalazło się też kilku bohaterów, którzy uratowali nasz honor i, jak Pan Bóg przykazał, na zlot przyjechali jedynym słusznym środkiem transportu – czyli stopem.
Wydarzenie miało miejsce niedaleko Bydgoszczy – w ośrodku kempingowo-namiotowym zaraz nad rzeką Brdą. Pożegnałem się z Piotrkiem – moim kierowcą i zostałem sam przy podejrzenie staro wyglądającej furtce prowadzącej na jakieś działki. Padał deszcz. A ja byłem najgorzej spakowanym mną w historii moich wyjazdów. Nie wziąłem kurtki przeciwdeszczowej i picia. TRAGEDIA! Pchnąłem furtkę. Dało się ją otworzyć. Znalazłem się na terenie czegoś w rodzaju ogródków-domków działkowych. Nie były w najlepszym stanie. Szczerze mówiąc, wyglądały niemal na opuszczone. Przy jednym z nich stał rower, a w środku – w kominku – płonął ogień. Chciałem zapytać o drogę, ale nikt mi nie otworzył. Z wolnostojącej kanapy zeskoczył czarny kocur i zniknął za rogiem. Nagle poczułem zapach dymu. Z dużego płaskiego budynku, który minąłem na początku i który wyglądał jak jakaś zrujnowana świetlica, wydobywała się szara stróżka z komina. „Dzień dobry!” – krzyknąłem, zapukawszy i otwarłszy drzwi. Po chwili w korytarzyku ukazał się starszy pan w podkoszulku. Zbliżył się, obrzucił mnie spojrzeniem i powiedział: „Autostop? Musi pan wyjść przed bramę i ścieżką w lewo”.
W ten sposób 5 minut później siedziałem w namiocie-recepcji i meldowałem swoją obecność na zlocie.

Zlot organizowany jest co roku – prawie zawsze w innym miejscu Polski. To był mój pierwszy raz, kiedy w nim uczestniczyłem. Jak dotąd tak naprawdę nie angażowałem się głębiej w integrację ze środowiskiem stricte ludzi autostopu. Od teraz jednak totalnie zamierzam to robić. Może trochę się rozczulam, ale tam naprawdę niemal w powietrzu było czuć, że przyjechało się do swojej autostopowej rodzinki.

Atmosfera luzu, ciepła i pozytywnej energii. Niesamowicie piękni ludzie. Ale jakoś inaczej niż na przykład na Woodstocku. Może to po prostu kwestia skali. (Autostopowe misie, jeśli ktoś z Was to czyta, to napiszcie mi później, czy nie robię nam za bardzo wazeliny.)

Dziewczyny z „recepcji” od razu zaproponowały, że mogę spać u nich w domku. Możliwości noclegu były zasadniczo trzy: na łóżku, na podłodze, w namiocie. (W sumie jeszcze ewentualnie hamak wchodził w grę.) W udziale przypadła mi podłoga. Wrzuciłem plecak do domku, otworzyłem piwko i ruszyłem w teren.
Udałem się na prelekcje. To było super, że prelegentami byliśmy my sami – tzn. niektórzy z nas – uczestników zlotu. Nie nikt obcy i daleki. To było takie bardzo rodzinne, proste i przytulne.

Olek opowiadał na przykład o swoim stopowaniu po Rosji. Ania – o podróży po kraju tacos i tequili – czyli Meksyku. W tzw. międzyczasie poznawałem bliżej pierwszych „ziomeczków”. Właściwie poznawałem ich na każdym kroku.
Wieczorem zaś – jak to wieczorem – impreza! Jak na autostopowiczów przystało – przy mocno bałkańskich rytmach. Aż do rana.

Noc (a raczej jej końcówkę) spędziłem uroczo. W czteroosobowym domku spaliśmy w 12 albo 13 osób. Wykorzystaliśmy każdy możliwy skrawek przestrzeni. To dopiero – zbliża – ludzi.

Kolejny dzień zlotu przyniósł nową dawkę cudownych ludzi, muzyki i dobrych wibracji. Piękna okolica także robiła swoje. Spaliśmy nad samym brzegiem Brdy. Jesień delikatnie dawała już o sobie znać. Pogodę mieliśmy w sumie wymarzoną. Wprawdzie wieczorami padał deszcz, ale od czego jest dach.

Różne prelekcje (np. o tym, jak wejść na Mont Blanc, o 2 latach podróży po Azji…), warsztaty (np. malowania ciała henną, handpoke…), zabawy, tańce, występy (koncert autostopowej orkiestry z absolutnie hitowymi numerami) i rozmowy.

Zwróciłem uwagę, że stosunkowo mało rozmawiało się o autostopie. A przynajmniej nie wprost. To też mi się paradoksalnie podobało. Rozmawiało się o filozofii podróży, o życiu, o miłości… A wieczorem wspólnie przy rytmach muzyki przekazywało się to samo tańcem.
Widziałem, że wiele osób, które tam poznałem wie już trochę, o co chodzi w życiu. A przynajmniej wie, gdzie szukać. Dziękuję Wam bardzo za ten czas. Dziękuję Wam za Was!

Maciek Tomaszewski

[zdjęcia: Piotrek Thier – dzięki, Piotrek!]
Jestem także tutaj >>Facebook i tutaj >>Instagram, a także tutaj (ale na razie mało) >>YouTube

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: