Kraina, w której odwrotnie kiwa się głową

— AUTOSTOPEM DO STAMBUŁU —
CZĘŚĆ IX

Nie spodziewałem się, że w trakcie naszej outsiderskiej podróży, zawitam do jednego z bułgarskich nadmorskich kurortów, ani że podwiezie mnie znany bułgarski reżyser.

W Vama Veche w Rumunii (przy samej granicy z Bułgarią) spędziliśmy dwie noce. Jedną na dziko – z widokiem na morze, drugą w wynajętym pokoju (przy okazji zrobiliśmy wreszcie pranie).

Cały dzień spędziliśmy na plaży. Kąpaliśmy się w Morzu Czarnym przy genialnych dużych falach. A popołudniu zrobiliśmy sobie obiad w kuchni naszego gospodarza – pyszne spaghetti. Oczywiście pan, od którego wynajmowaliśmy pokój, nie omieszkał nas poczęstować kilkoma smacznymi kąskami z grilla, które przygotowywał na swój obiad. Oprócz tego pozwolił nam częstować się figami z drzewa. Rumuńska gościnność dała nam o sobie wyraźnie znać.

Następnego dnia wczesnym popołudniem zaczęliśmy łapać stopa na wylocie z wioski na Bułgarię. Postaliśmy przy drodze może pół godziny, chyba nawet mniej. Nikt nas nie zabrał. Auta mijały nas bardzo rzadko. Słońce grzało. Nie wyglądało to kolorowo. Ruszyliśmy w stronę granicy. Według GPS-u mieliśmy do niej kilkaset metrów. Dotarliśmy z Maćkiem do przejścia granicznego (Zuzia i Dominik prawdopodobnie łapali jeszcze wtedy w Vama Veche, ale potem też dotarli do granicy na piechotę). Wymieniliśmy jeszcze szybko w kantorze ostatnie rumuńskie pieniądze. Wyminęliśmy długą kolejkę samochodów (mogliśmy się wtedy dokładnie przyjrzeć wszystkim kierowcom, którzy dwadzieścia minut temu nas minęli, udając, że nas nie widzą… Ale nie zrobiliśmy tego, bo po pierwsze nie jesteśmy mściwi, po drugie złośliwi, po trzecie – nie chciało się nam i nie miałoby to sensu. A w ogóle to staraliśmy się podchodzić do naszego stopowania na luzie i bez spiny. Nie chcieli nas zabrać, to nie. Szanujemy.) i podeszliśmy do okienka strażniczego. Pani strażniczka przyjrzała się nam przez krótką chwilę z uprzejmym zaciekawieniem (nie to, co np. na granicy z Ukrainą… Tam pani chciała mnie chyba zabić wzrokiem…) i wypuściła nas z Rumunii.

Przeszliśmy  do bułgarskiej budki strażniczej, spodziewając się podobnej procedury. Panowie strażnicy jednak tylko machnęli na nas ręką. Machnęliśmy im też. Dotarliśmy do Bułgarii.
Zaraz za granicą stało trochę samochodów; był jakiś bar, jakiś sklep. Zgodził się nas podwieźć (jakieś 100 km) do Varny (tak, tej samej Varny, pod którą, jak pewnie niektórzy pamiętają z lekcji historii, w 1444 roku walczył i zginął Władysław III Warneńczyk – polski król) pierwszy kierowca, którego zagadnęliśmy. Był bardzo miły, chętnie się zgodził. Wrzuciliśmy więc plecaki na pakę, wpakowaliśmy się do kabiny i ruszyliśmy.

Nasz kierowca doskonale władał językiem angielskim, przez co dał nam nieco mylny obraz lingwistycznych umiejętności pozostałej części jego rodaków. Ale o tym za chwilkę… Wysadził nas na stacji benzynowej na obrzeżach Varny – tylko niestety z nie całkiem odpowiadającej nam strony tego miasta. Zdecydowaliśmy się jednak pokręcić chwilę na tej stacji. Zaczęliśmy zagadywać kierowców. Początkowo przeżyliśmy mały szok. Niektórzy z nich, na pytanie czy mówią po angielsku, rozkładali bezradnie ramiona, uśmiechali się krzywo i kiwali głową w górę i w dół…, po czym odchodzili, nie zamieniwszy z nami ani jednego słowa w języku, którego znajomość właśnie nam potwierdzili. Chwileczkę… Coś nam zaczęło świtać w głowach. Postanowiliśmy się jeszcze upewnić. Kolejne osoby (nie wszystkie) także „przytakiwały”, gdy pytaliśmy o język albo podwózkę. Dooobra! Wszystko stało się jasne! „Pogromcy mitów” zmierzyli się dziś z legendą, że w Bułgarii, inaczej niż w Polsce i wielu krajach, kiwa się odwrotnie głową. W górę i w dół – gdy chcemy zaprzeczyć – „nie”. I w boki – gdy chcemy przytaknąć – „tak”. Muszę powiedzieć, że z czasem zaczęło się to dla mnie stawać nieco frustrujące…
Ze stacji benzynowej nikt nas nie zabrał. Podjechaliśmy więc autobusem miejskim na drugą stronę miasta. Była akurat obiadowa pora, więc wstąpiliśmy coś zjeść do przytulnej włoskiej knajpeczki niedaleko warneńskiej katedry.

A potem poszliśmy łapać stopa. Musieliśmy kawałek przedreptać, ale się opłaciło. Dotarliśmy do niedużej stacji benzynowej przy drodze wylotowej. Chyba nawet nie zdążyliśmy zdjąć z siebie plecaków, gdy „dorwaliśmy” naszego kierowcę. Zabrał nas elegancki pan w średnim wieku, w koszuli i w marynarce, o wyglądzie biznesmena. Okazało się, że jest jakimś szefem portu w Varnie. Wracał właśnie z pracy do domu. Zgodnie z naszym życzeniem wysadził nas na stacji benzynowej. Maciek podszedł od razu do jednego kierowcy – młodego chłopaka, a on od razu zgodził się nas podwieźć. Był niewiele starszy od nas; gawędziło się nam bardzo przyjemnie. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, powiedział, że my – Polacy skopaliśmy dzisiaj ich – Bułgarów w siatkówkę (okazało się, że byliśmy w Varnie w dzień – a może nawet dokładnie w czasie – meczu Polska – Bułgaria! Czyli, z tego co sprawdziłem, to musiał być 18 września 2018.), ale następnym razem „my skopiemy was, okay?”. Zgodziliśmy się w imieniu polskich reprezentantów – siatkarzy.
Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę na poboczu drogi, bo nasz ziomek chciał nam koniecznie pokazać pewien piękny widok.

Z naszym nowym kolegą dotarliśmy do jednej z najbardziej turystycznych miejscowości na bułgarskim wybrzeżu Morza Czarnego, a mianowicie – do Słonecznego Brzegu. Muszę przyznać, że nie szaleję za tego typu miejscami, aczkolwiek zobaczyć coś takiego na żywo, doświadczyć wiecznie żyjącego centrum, świecącego neonami i brzmiącego ludzkim harmidrem (m. in. polskim językiem) – było całkiem interesującym przeżyciem. Było chyba ok. 19 albo 20, gdy nasz kolega wysadził nas w samym sercu Słonecznego Brzegu. Postanowiliśmy spędzić tam noc. Jeszcze raz podeszliśmy sobie do morza – na molo. I zaczęliśmy szukać miejsca na rozbicie namiotu. Znaleźliśmy stację benzynową przy głównej drodze przebiegającej przez miasto, a przy niej trochę trawy, jakieś krzaczory. Już prawie zdecydowaliśmy się rozbijać tam namiot, ale uznaliśmy, że można jeszcze najpierw dla pewności zerknąć do Internetu – za jakimś tanim hostelem. Znaleźliśmy taki za 5 euro za noc. Nie trzeba nas było więcej namawiać. Zdecydowaliśmy się spędzić noc w łóżku i z kołderką. Do hostelu mieliśmy jakieś 40 minut marszu. Na miejscu okazało się, że jesteśmy jedynymi klientami! Pan był nami kompletnie zaskoczony. (Mówiłem – w Rumunii i w Bułgarii we wrześniu już jest po sezonie.) Dostaliśmy więc łóżka w dziesięcioosobowym pokoju. Niezła wygoda.

Rano ruszyliśmy z powrotem w stronę głównej drogi i stacji benzynowej. Jeśli chodzi o stopowanie po Bułgarii, to w sumie muszę Bułgarów pochwalić. Szło nam naprawdę gładko, bez większych kryzysów i „susz”. (Natomiast za inne grzeszki rozliczę Bułgarię w którymś z kolejnych wpisów.) Tak też stało się tego ranka. Znów był to chyba pierwszy kierowca, którego „wyhaczyliśmy”. Sprawiał wrażenie otwartego i zainteresowanego nami. Powiedział, że najpierw musi ustalić z żoną (która poszła coś kupić) czy może nas podwieźć. Żona wróciła. Mógł. Byli bardzo sympatyczni. Gawędziliśmy sobie. My opowiedzieliśmy im trochę o naszej podróży, oni trochę nam o sobie. Zajmowali się produkcją filmów. Mąż był reżyserem. Zapisaliśmy sobie w telefonie kilka tytułów ich dzieł. Niestety zmierzali do Sofie, więc nie w naszym kierunku. Podwieźli nas do Burgas – dużego nadmorskiego miasta.

Wylądowaliśmy, jak nietrudno zgadnąć, na stacji benzynowej. Tam trochę „pokiblowaliśmy”. Wszystkie tankujące auta były na lokalnych blachach. Wielu kierowców w ogóle nie chciało z nami gadać. Z nudów zaczęliśmy wyszukiwać naszego kierowcę-reżysera. Ze zdumieniem odkryliśmy, że pół godziny temu jechaliśmy na stopa z jednym z bardziej znanych bułgarskich reżyserów filmowych! Gdyby ktoś był ciekawe, to nazywa się Tonislav Hristov i jest autorem m. in. takich filmów jak „Dobry listonosz” albo „Love & Engineering”. Niezły numer! Minęła może godzina na stacji. Trzeba było wrócić do stopowania. Wreszcie na stację zajechał jakiś samochód na obcych blachach. Podszedłem do faceta, wydawał się miły, wytłumaczyłem sytuację. Powiedział, że bardzo chętnie by nas podrzucił, ale niestety jedzie do Sofie… Wróciłem do Maćka. Rzuciliśmy okiem na mapę. Gdyby nas wziął ze sobą i zostawił w okolicy niejakiego Plowdiwu, to moglibyśmy się tam od biedy spróbować wbić na autostradę. Mapa mówiła, że będzie to możliwe. Odbilibyśmy wprawdzie w ten sposób od Stambułu, ale jednocześnie zapewnilibyśmy sobie prawdopodobnie dużo większy ruch samochodowy. Rozważaliśmy „za” i „przeciw”. Mieliśmy strasznie mało czasu, bo gość wyraźnie się spieszył, gdy z nim rozmawiałem, a teraz płacił już za paliwo na stacji. Podjęliśmy trudną decyzję. Wybraliśmy drogę na Sofie. Jeszcze raz podszedłem do ziomka. Zgodził się wysadzić nas w Plowdiwie.
Okazało się, że nasz dobrodziej jest rosyjskim biznesmenem, zamieszkałym w Austrii, władającym pięcioma językami. Przegadaliśmy całą drogę, podładowaliśmy telefony w jego (właściwie wynajętym) aucie. (Jechał do Sofie, skąd wynajął auto, żeby je oddać i udać się na samolot do Wiednia.) Specjalnie dla nas zjechał z autostrady i wysadził nas na jakiejś bocznej dróżce.

Do „przyautostradowej” stacji benzynowej mieliśmy kilkaset metrów. Polną, wyjeżdżoną przez traktory, drogą udaliśmy się w jej kierunku. Z pewnym niepokojem dostrzegliśmy w pewnym momencie płot okalający stację i parking. Było gorąco. Byliśmy już zmęczeni. Nie wiem, jak znieślibyśmy taki cios. Na szczęście w płocie była furtka. Udało się.
Znaleźliśmy się na ostatniej stacji przed rozjazdem. Jedna z dróg prowadziła do Burgas (nie zamierzaliśmy tam jednak wracać), druga do… Stambułu. Zostało nam do pokonania ostatnie pół tysiąca kilometrów. W obliczu całej wyprawy, wydawało się nam, że ich przemierzenie jest już naprawdę tylko drobną formalnością…
Mieliśmy ku temu jednak kilka poważnych przesłanek. Na stacji zaczęły się pojawiać samochody (nawet ciężarówki) na tureckich rejestracjach. Odszukaliśmy na mapie pośrednie miejscowości na trasie do Stambułu. Potem z pomocą pewnego uprzejmego kierowcy zorientowaliśmy się, jakich rejestracji musimy wypatrywać. Minęła może godzina. Na stację zajechał starszy pan na bułgarskich blachach (mam tu na myśli oczywiście, jak zwykle, jego samochód, a nie jego samego – on żadnych blach nie miał). Podszedłem i zagadałem do niego po angielsku. Nie rozumiał. Zacząłem pokazywać, o co mi chodzi. Zrozumiał! Mało tego, że zrozumiał, to jeszcze się zgodził! Obiecał wysadzić nas na stacji, przy autostradzie, 50 kilometrów przed granicą!!! Dlaczego tak bardzo mnie to cieszy? Bo naprawdę nie było łatwym tak szczegółowe dogadanie się bez znajomości wspólnego języka. Ale, używając gestów, kilku zasłyszanych bułgarskich słów; które spadają na ciebie jak olśnienie w ostatniej chwili („magistrala” to np. chyba autostrada) i dobrej woli z obu stron, udało się!

Ciąg dalszy nastąpi… 😀

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: