Litewska prowincja – tam, gdzie trawa jest bardziej zielona

— Autostopem do Finlandii —

Dzień 5 i 6

Zamierzaliśmy zobaczyć trochę niewileńskiej Litwy. W tym celu nieco okrężną drogą zaczęliśmy kierować się autostopem w stronę Rygi.

Uwielbiam jeździć stopem w takich warunkach; nigdzie się nie spieszę, drogi są spokojne, miasta małe – nic, tylko łapać stopa. Tego dnia (piątego dnia podróży) łapałem w parze z Mikołajem. W sumie przejechaliśmy niecałe 70 km.
Na trasę wyszliśmy późno. Stanęliśmy przy drodze prowadzącej z Wilna do Uteny i wystawiliśmy kciuki. Pogoda tego popołudnia dopisywała. Nie było zbyt upalnie. Nie padał deszcz. Miejsce niestety nie było najwyborniejsze. Staliśmy na jakimś zakręcie. Nie znajdowaliśmy się jeszcze nawet na obrzeżach Wilna, ile raczej na obrzeżach jego centrum. Daliśmy sobie chyba godzinkę, po upłynięciu której zamierzaliśmy ruszyć wzdłuż drogi w poszukiwaniu lepszego miejsca do stopowania.
Na szczęście to nie było konieczne. Wprawdzie trochę czekaliśmy, ale w końcu zatrzymał się przy nas samochód. Chociaż w sumie wcale nie przy nas, tylko spory kawałek za nami – tak, że go nie zauważyliśmy. Kierowca musiał wysiąść z auta, ruszyć w naszą stronę i krzyczeć, żebyśmy się zorientowali, że właśnie złapaliśmy stopa. Przywołał nas ruchem ręki. Zarzuciliśmy plecaki na plecy i biegiem rzuciliśmy się w jego stronę. Był to młody Litwin, z którym swobodnie mogliśmy rozmawiać po angielsku, ale jak na złość… znał też polski. Nauczył się go zresztą, jak zapewniał, oglądając w dzieciństwie polskie bajki!
Nasz dobrodziej powiedział, że jesteśmy na dobrej drodze do Moletai, ale on wywiezie nas na totalne obrzeża Wilna. Musieliśmy tylko chwilę wcześniej wstąpić po jego koleżankę z pracy, z którą razem zmierzali tego – już – wieczoru na jakąś firmową imprezę pod Wilnem. Swoją drogą dziewczyna miała uroczo zaskoczoną minę, gdy zamiast swojego kolegi zobaczyła w aucie jeszcze dwóch gości z potężnymi plecakami, którzy błyskawicznie wyskakują, mówią „hello, how are you?”, przekładają plecaki do bagażnika i ustępują jej miejsca z przodu.
W momencie gdy nas wysadzili, życzyli szczęśliwej podróży (a my im – udanej imprezy) i doszliśmy sobie z Mikołajem te trzysta metrów do stacji benzynowej, byliśmy „w domu”. Znajdowaliśmy się na obrzeżach miasta, na całkiem ruchliwej stacji benzynowej, przy dobrej drodze. Bardzo miłe uczucie – znane pewnie wielu autostopowiczom. Było już tylko kwestią czasu, aż złapiemy stopa. No, bajka.
Zaczęliśmy zagadywać więc do kierowców. Zdecydowana większość z nich była w stanie porozumieć się z nami po angielsku. Może to kwestia stolicy, nie wiem.

Nie ukrywam, że jest coś takiego (przynajmniej ja tak mam), że „im bogatsze auto, tym mniejszą masz nadzieję na to, że jego kierowca będzie chciał cię podwieźć”. Oczywiście i tak podchodzi się do takich samochodów. I, wbrew pozorom, często można spotkać się z pozytywną reakcją. Jest to wówczas tym bardziej miłe, ponieważ nie do końca tego się spodziewałeś. Jestem może trochę uprzedzony, bo zdarza się niestety czasami tak, że kierowcy tych ekskluzywnych aut w ogóle nie chcą otworzyć okna ani drzwi, żeby zapytać o co chodzi. To taki mało miły aspekt autostopu, kiedy możesz poczuć się potraktowany jak żul.

I oto jesteśmy nadal na stacji benzynowej na obrzeżach Wilna, gdzie ja – we własnej osobie – podchodzę do faceta z wyglądem biznesmena i bogatym samochodem. Spojrzał na mnie lekko badawczym wzrokiem, wysłuchał, co mam do powiedzenia i… wykorzystał szansę wyłamania się z mojego stereotypu! Zgodził się nas podwieźć. Jechał zresztą do samego celu naszej podróży na ten dzień – do Moletai. Przeprowadziliśmy z nim bardzo ciekawą i inteligentną rozmowę – na różne tematy; różnic między Polską i Litwą, naszej wspólnej – nawet bardzo odległej – historii, napięć pomiędzy Litwinami a polską mniejszością, a także Netflixowych seriali.
Gdy dojeżdżaliśmy do Moletai, zaczynał padać deszcz. Wysadził nas przy małym i uroczym dworcu autobusowym w tejże miejscowości. Zapytał na koniec, czy może sobie z nami zrobić zdjęcie – z plecakami, żeby pokazać synom, bo na pewno mu nie uwierzą.

Dotarliśmy do Moletai jako pierwsi z naszej ekipy. O pozostałych wiedzieliśmy, że udało im się dostać na obrzeża Wilna, więc było dobrze. Usiedliśmy sobie z Mikołajem na dworcu. Przeczekaliśmy deszcz. I postanowiliśmy rozejrzeć się trochę po okolicy. Zaczęliśmy od sklepu. Z zewnątrz wyglądał, jakby sprzedawano w nim tylko znicze i środki czystości, ale na szczęście do kupienia w nim była także żywność. Wody mieliśmy jeszcze pod dostatkiem. Pięćset metrów dalej znajdował się kościół. Skoro więc zaspokoiliśmy potrzeby cielesne, przyszła pora na potrzeby duchowe. Zapragnęliśmy obejrzeć tę świątynię. Obeszliśmy ją niemal całą i prawie już weszliśmy do środka, ale w ostatniej chwili, gdy wyszliśmy zza rogu, zdaliśmy sobie sprawę, że w środku właśnie odbywa się ślub. Postanowiliśmy obejść się smakiem i nie przeszkadzać. (Swoją drogą to mogłoby być naprawdę śmieszne, gdyby dwóch typków z plecakami weszło do kościoła akurat, gdy ksiądz mówi: „Jeśli jest ktoś tu dzisiaj, kto sądzi, że tych dwoje nie powinno zostać połączonych na całą wieczność, niech przemówi teraz albo zamilknie na wieki”…)

Po pewnym czasie dołączyli do nas Julka, Dominik i Maks. Wspólnie zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Zgodnie z planem wylądowaliśmy w miejscu bogatym w jeziora. Zamierzaliśmy rozbić obóz nad jednym z nich. Zależało nam, żeby dało się tam w spokoju, nie wadząc nikomu, rozpalić ognisko i pograć na gitarze.

Wybraliśmy w końcu konkretny punkt na mapie i daliśmy się poprowadzić telefonowi. Kazał nam przedzierać się przez chaszcze, bagna i lasy, aż – po jakichś dwudziestu minutach – dotarliśmy do wybranej przez nas polanki. Przeszła nieco nasze oczekiwania. A to dlatego, że znajdowała się na niej drewniana wiata – całkiem sporych rozmiarów zadaszenie. Przypomnę – w środku lasu, nad jeziorem. Nikomu z nas nie przyszło nawet do głowy, żeby iść dalej. Zrzuciliśmy z siebie plecaki i zaczęliśmy szykować ognisko.

[W międzyczasie rozstawiliśmy namioty.]

Nazbieraliśmy trochę chrustu. Trochę „suchego” wzięliśmy spod dachu. Udało się zrobić ogień. Szef kuchni polecał tego wieczoru leczo i podpłomyki.

[znaleźliśmy kawał blachy]

Ktoś z nas kroił warzywa i w pewnej chwili powiedział: „Dobrze, że jest ten karton. Jest na czym kroić”. Na co Mikołaj przyjrzał się uważnie kartonowi i po chwili stwierdził z grobową miną: „Wziąłem go z kubła na śmieci”. Pysznie!

Wieczorem dołączyły do nas Kalinka z Werką, które najpóźniej wyjechały z Wilna. Kalina wiozła ze sobą gitarę (!). Ognisko płonęło już w najlepsze. Wyjęliśmy śpiewnik.

[film: Dominik Krobski, piosenka pt. ‚Majka’ w moim wykonaniu]

Było pięknie. Litewski dzień zbliżał się ku końcowi. Ostatnie promienie słońca delikatnie łaskotały nas po twarzach, gdy w tej litewskiej kniei, gdzieś pośrodku niczego, wpatrzeni w ognisko, śpiewaliśmy o naszych marzeniach i tęsknotach. Ogień tańczył, ogrzewając ciała i dusze. Ogarniał nasze harcerskie umysły. A pieśń kołysała nas do snu i biegła w las… Był to jeden z przyjemniejszych wieczorów w tej podróży.

Następny dzień zaczęliśmy od kąpieli. To znaczy prawie. Bo najpierw zwinęliśmy obóz i przeszliśmy na drugą stronę jeziora – jakieś 3-4 km – w poszukiwaniu dogodnego dojścia do wody.

Po takim marszu kąpiel była nam już naprawdę potrzebna. Nasza „plaża” (a raczej pomost) znajdowała się w pobliżu czegoś, co nazwałbym, osiedlem ogródków działkowych. Czuliśmy się tam trochę jak w Hobbitonie. Znaleźliśmy nawet sklepik. Miał raczej sezonowy charakter, mieścił się w garażu i był uroczo mikroskopijny.
Plaża zaś wyposażona była w pomost. A pomost w drabinkę prowadzącą na podwyższenie – służące zapewne do wykonywania skoków do wody z wysokości. Namydliliśmy się więc cali i oddaliśmy przepiękne susy do jeziora. Na deser – ząbki. I byliśmy gotowi do drogi. Pokrzepieni orzeźwieniem ruszyliśmy na trasę.

Tym razem znów łapałem w trzyosobowym zestawie: Julka, Dominik i ja. Przy drodze stanęliśmy późno. Nie spieszyło się nam. Tego dnia przejechaliśmy niecałe 60 km. [Zgodnie z zaleceniami doświadczonych autostopowiczów w czasach PRL, była to (50 km*) maksymalna odległość pokonywana w ciągu dnia na stopa, która pozwalała odpowiednio smakować ten sport.] Podwiozły nas trzy osoby: wędkarz, który z Moletai zabrał nas za Utenę (przejechaliśmy z nim ok. 40 km). Potem – kilka kilometrów – chłopak, który przyznał się nam, że był kiedyś złodziejem samochodów we Francji. I na koniec pani, która jechała odebrać synka od babci. Wylądowaliśmy w bardzo urokliwym miejscu. Litewska prowincja do kwadratu, naprawdę.

[na zdjęciu: Domino i ja, foto: Julka Bardziejewska]

Mapka mówiła, że jesteśmy nieopodal jeziora. Sprawa była jasna. Odbiliśmy w boczną, prawie polną, uliczkę. Szliśmy długo wzdłuż ślicznych litewskich domków. W końcu domki się skończyły, zaczęły się drzewka i łączki. Aż dotarliśmy do naszego miejsca. Odbiliśmy sporo w bok, żeby nikt nas nie widział. Zamierzaliśmy zrobić małe ognisko. Otworzyliśmy ostatnie litewskie piwo. Od granicy z Łotwą dzieliło nas trochę ponad 30 km. Naznosiliśmy mnóstwo suchego chrustu. Rozpaliliśmy ognisko. I zrobiliśmy sobie pyszny obiadek. Do późna siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Aż w końcu zmógł nas sen…

[foto: Maks Kaczmarek]

Podsumowanie 5 i 6 dnia (w moim wykonaniu):

▪ kierowców – 5 (2 + 3),
▪ kilometrów – 122 (68 + 54),
▪ nocleg – w namiotach pod Moletai (0 zł), w namiotach prawie pod granicą litewsko-łotewską (0 zł)
▪ transport – autostop, 0 zł

Maciek Tomaszewski

/Ciąg dalszy nastąpi. Wpis powstał w ramach wyprawy Autostopem do Finlandii 2019./

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: