Lwów okiem autostopowicza. Powrót do domu

Ukraina – autostopem 2018
CZĘŚĆ V

Zachwycałem się wschodnią urodą, przegrałem 5 złotych ze starym Ukraińcem w szachy i oglądałem dzikie psy na ulicach. I doszedłem do wniosku, że muszę wrócić jeszcze do Lwowa…

Wydaje mi się, że 2-3 dni na porządne zwiedzenie, poznanie i poczucie Lwowa to zdecydowanie za mało czasu. Po spędzeniu nocy w lesie – jakieś 40 km „za miastem” złapaliśmy stopa z powrotem do miasta. Zatrzymał się nam Siergiej – kierowca ciężarówki w średnim wieku (a jechał, zdaje się, gdzieś za Kijów – więc miał przed sobą jeszcze ok. 1000 km). Wysadził nas na obrzeżach Lwowa. Znów do centrum podjechaliśmy autobusem za 5 hrywien. Był to nasz ostatni dzień na Ukrainie, więc chcieliśmy powłóczyć się jeszcze trochę po lwowskiej starówce. Głód jednak zrobił swoje. Wysiedliśmy przy pięknym kościele św. Elżbiety i zaczęliśmy poszukiwania jakiegoś marketu. Najpierw znaleźliśmy „marszrutkę” kursującą do Auchan (Ukraińcy wymawiają to jako „Asza”).

Dotarliśmy tam i zrobiliśmy porządne zakupy. Kupiliśmy chlebek – właściwie połączone w kształt kwiatu 7 bułeczek z koperkiem, 2 wody 1,5-litrowe, napój „Bajkał” z szyszkami na etykiecie (smakował trochę jak cola z syropem, bardzo smaczny!), garść ogóreczków na wagę, garść grzybków marynowanych na wagę (w obu garściach się zakochałem), napój o smaku jabłko-cytryna, napój o smaku śliwka, 2 wędzone serki, 2 wafelki, 4 cukierki, czipsy serowe i wielki kawał tortu. Oczywiście nie mogliśmy tego wszystkiego później zjeść (na szczęście zabraliśmy to ze sobą i na kolację było, jak znalazł!). Ale chodzi o to, że zapłaciliśmy za tę wyżerkę tylko – w przeliczeniu – 35 złotych. Usiedliśmy sobie tradycyjnie pod drzewem i rozkoszowaliśmy się błogą chwilą. Wbrew pozorom taka obserwacja zwykłej codziennej rzeczywistości i ludzi, ich zachowań może być bardzo pouczająca. Nie tylko za granicą. W każdym miejscu. Ruszyliśmy wreszcie nasze tyłeczki i poszliśmy na przystanek, z którego podjechaliśmy znów do centrum Lwowa. Wysiedliśmy na znanym nam już Prospekcie Swobody. Tam poszliśmy prosto do McDonalda. Bardzo nam zależało na tym, żeby obejrzeć łazienkę…
Mieliśmy jeszcze kilka godzin na to, żeby „poszlajać” się spokojnie po Lwowie. „Na luziku fiku-miku fą fą”. Podziwialiśmy i kontemplowaliśmy oczywiście głównie architekturę – niegdyś polskiego – miasta, ale przede wszystkim ludzi (i zwierzęta) i samochody (!). Postanowiliśmy po prostu trochę pochodzić po Lwowie. Zajrzeliśmy w różne uliczki, weszliśmy w różne bramy, a nawet do paru kamienic. Obeszliśmy uroczy rynek (trwały chyba jeszcze jakieś obchody wczorajszego ukraińskiego Dnia Niepodległości). Trafiliśmy nawet do pewnego kościoła, w którym odbywała się właśnie modlitwa. Kapłan stał przed ołtarzem, lekko się kołysząc i co jakiś czas robiąc znak krzyża. Posłuchaliśmy chwilę i poszliśmy dalej.

Naprawdę było co podziwiać (a i tak nie zdążyliśmy zobaczyć wszystkich najważniejszych punktów). Jeśli zaś chodzi o ludzi, to np. na ławeczkach ustawionych wzdłuż Prospektu Swobody siedziało kilku starszych panów – każdy ze swoją szachownicą (jeden miał warcaby), a niektórzy mieli nawet profesjonalne czasomierze! Zapraszali przechodniów do gry albo po prostu czekali, aż ktoś się dosiądzie. Dosiadłem się ja. Pan był bardzo zadowolony i wyciągnął dziesięć polskich złotych. Okazało się, że chce ze mną grać na pieniądze. Zaprotestowałem. Powiedziałem, że mogę postawić najwyżej piątkę.

Zagraliśmy więc o dwa razy 5 złotych. (Mogę się tutaj pochwalić, że chodziłem kiedyś na kółko szachowe, a nawet zdobyłem kategorię szachową.) Przegrałem. Ale, moim skromnym zdaniem, walczyłem dzielnie. Umówiliśmy się na rewanż przy następnej wizycie we Lwowie.

Jeśli zaś chodzi o zwierzęta, to mam tu na myśli bezpańskie psy. O ile nie dziwiła nas bardzo obecność dzikich czworonogów gdzieś na wioskach dookoła Lwowa (chociaż przecież przy głównej drodze), to takie obrazki w samym mieście początkowo były dla nas czymś nowym. Dla Ukraińców zaś było to zupełnie normalne. Piesi nie zwracali na nie uwagi. Kierowcy hamowali, wymijali (czasem zatrąbili, ale też bez wielkich nerwów) i jechali dalej. A pies zadowolony przechodził przez środek skrzyżowania na drugą stronę drogi.

Musieliśmy w końcu wyjechać ze Lwowa. Zanim dotarliśmy na wylotówkę, złapał nas (nie pierwszy podczas tej podróży) deszcz. Na szczęście szybko minął, więc przeczekawszy go pod kawałkiem jakiegoś daszku, ruszyliśmy w kierunku drogi wyjazdowej na granicę ukraińsko-polską. W malutkiej cukierni przy ostatnim przystanku zdobyliśmy kawałek kartonu, na którym napisaliśmy cyrylicą nazwę przygranicznej miejscowości. Stanęliśmy zaraz za wspominanym już nieraz w poprzednich wpisach rondem i złapaliśmy chyba pierwsze albo drugie mijające nas auto. Nie czekaliśmy 3 minut. Andriej i Oksana podwieźli nas jakieś 30 km. Minęliśmy niewielkie koślawe rondo, na którym pasł się koń i łapaliśmy dalej. Okolica była bardzo malownicza, słońce zbliżało się ku zachodowi. Tam staliśmy około kwadransa, zanim zabrał nas taksówkarz! Powiedział, że ktoś po niego zadzwonił z Zaxidfestu, więc może nas tam podrzucić. Wylądowaliśmy więc na powrót w znanym nam już miejscu. Był już wieczór. Wstąpiliśmy jeszcze pożegnać się z kochanymi paniami Ukrainkami (tymi od arbuzów), które od razu nas poznały, życzyły szczęśliwej drogi i powiedziały, że koniecznie musimy przyjechać znów za rok. Na dworze było już szaro, gdy stanęliśmy znowu przy drodze. Pierwszy samochód zatrzymał się nam zaś, gdy było już ciemno, a my oświetlaliśmy karton z nazwą miasta latarką. Niestety pan jechał w innym kierunku, tzn. odbijał z głównej trasy 2 kilometry dalej. Nie zdecydowaliśmy się z nim jechać. (W razie gdyby nie udało się nic złapać, wiedzieliśmy przynajmniej gdzie spokojnie możemy rozbić namiot. Były to już znane nam rewiry.) Zamiast tego połapaliśmy jeszcze jakąś godzinkę w ciemności, aż zatrzymała się – pewnie jedna z ostatnich – marszrutka jadąca do granicy. Zapłaciliśmy 30 hrywien. Byliśmy na granicy.

A granica żyła. Otwarte kantory, kolejki autobusów… Mnóstwo osób. Było nam trochę żal, że nasza wizyta na Ukrainie minęła tak szybko. Z żalem opuszczaliśmy tę wschodnią krainę. Oddychaliśmy ostatnie minuty ukraińskim powietrzem. Dotarliśmy do przejścia. Z ukraińskiej strony nie mogliśmy oczekiwać żadnych przywilejów (jak z polskiej strony dla obywateli UE), więc grzecznie czekaliśmy ze wszystkimi w kolejce. Piękna pani strażniczka nie odwzajemniła wprawdzie ani trochę uśmiechu, ale przybiła mi w paszporcie pieczątkę, a to było dla mnie ważniejsze. Spodziewaliśmy się, że za chwilę – u polskiego celnika – czeka nas porządne trzepanie plecaków (obaj czytaliśmy o tym przed wyjazdem na jakichś forach). Nic takiego jednak nie miało miejsca. Podszedłem, powiedziałem „dzień dobry”. Celnik miał niemal równie nietęgą minę jak ukraińska strażniczka 10 minut wcześniej. „Co pan zgłasza?” zapytał. Nie zrozumiałem. „Alkohol, papierosy?” (Ciekawostka: bez oclenia można obecnie przewieźć przez granicę 2 paczki papierosów i pół litra wódki.) Odpowiedziałem, że nie mam nic takiego. Kazał mi otworzyć plecak, musnął go lekko palcem i… byłem po kontroli celnej. Byliśmy w Polsce. Jeszcze chwilę wcześniej było mi przykro, że opuszczam już Ukrainę, ale jest chyba coś takiego, że w ojczyźnie inaczej się oddycha. Byłem szczęśliwy, że jestem już w Polsce. Usiedliśmy oparci o jakieś betonowe płyty i zjedliśmy ukraiński tort na kolację.
Było już chyba po północy (albo godzinę wcześniej, bo musieliśmy na powrót przestawić zegarki…). Potrzebowaliśmy w miarę spokojnego miejsca na nocleg. Ruszyliśmy więc pieszo w stronę Przemyśla, wystawiając czasem kciuk, gdy z ciemności wyłaniał się jakiś samochód – jednak bez większych nadziei i bezskutecznie. Cały czas szliśmy wzdłuż potężnego korka, który ciągnął się aż od granicy. Dotarliśmy wreszcie na skraj Medyki. Znajdowała się tam opuszczona stacja benzynowa, a obok niej zorganizowano płatny parking. W blaszanej budce siedziała zaspana pani, która rozbawiona pozwoliła nam rozbić namiot gdzieś na trawie. Trawniczek był idealny, znalazły się też, o dziwo, drzewka na hamak Adriana. Mówił, że to był najlepszy rozstaw drzew podczas naszej wyprawy. Obóz rozbiliśmy za jakimś starym budynkiem. Znaleźliśmy tam nawet stare plastikowe krzesła, na których posiedzieliśmy jeszcze chwilę przed snem jak ludzie i napiliśmy się wody. Wiedzieliśmy, że to nasz ostatni wspólny (podczas tej wyprawy oczywiście) obóz.

Wstaliśmy chyba około 9:00. Dopiero rano zobaczyliśmy, w jakim urokliwym miejscu się rozbiliśmy. Otaczały nas piękne zielone pagórki, przy ziemi unosiły się jeszcze resztki porannej mgiełki. Zwinęliśmy obóz. Złapaliśmy stopa do Przemyśla. Na stacji benzynowej podładowaliśmy telefony. Tam też się rozdzieliliśmy. Adrian jechał na kilka dni w Bieszczady. A ja do Babci. Obaj nadal autostopem. Dzięki, przyjacielu, za wspaniałą przygodę! Dziękuję Wam za uwagę. Pozdrawiam serdecznie 😉

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: