Magiczne Morze Czarne

— AUTOSTOPEM DO STAMBUŁU —
CZĘŚĆ VIII

Czuliśmy słodki smak zwycięstwa już gdzieś od połowy Rumunii. Magiczna była już sama podróż, ale gdy dotarliśmy wreszcie autostopem nad Morze Czarne – do Vama Veche, czuliśmy się jak zaczarowani.

Opuściliśmy błotne wulkany w Berce i zaczęliśmy łapać stopa nad Morze Czarne – do sławnej „hipisowskiej” rumuńskiej wioski Vama Veche. Nadal podróżowaliśmy parami. Z Maćkiem jako pierwsi tego dnia złapaliśmy stopa. Naszym kierowcą okazał się – miły starszy jegomość, a naszym środkiem transportu – miły starszy samochód. W ogóle się nie rozumieliśmy. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, w jaki sposób się w ogóle dogadaliśmy. Udało się nam jednak ustalić miejsce, w którym nasz dobrodziej nas wysadzi. Na mapie wyglądało ono całkiem obiecująco. W rzeczywistości jednak – godzinę później – okazało się, że wylądowaliśmy pośrodku niczego… No, może trochę przesadzam. Nie było aż tak źle. Wylądowaliśmy pośrodku jakiejś wiochy. Droga, przy której łapaliśmy, wg mapy była jedną z głównych dróg. Niestety ruch samochodowy zupełnie na to nie wskazywał. Mijały nas same auta z lokalnymi rejestracjami, a i te bardzo rzadko.

Salut! :DTrochę jeszcze nie wierzę w to, co się dzieje… Ale z drugiej strony spotkało mnie już tyle szczęścia w tej…

Gepostet von Za płotem am Dienstag, 18. September 2018

W sumie spędziliśmy tam chyba jakieś 2,5 godziny, tracąc powoli nadzieję. Trzy razy przejechał obok nas podejrzanie wyglądający pulchny Cygan; przyglądał się, zatrzymywał i pytał, ile mu zapłacimy za podwózkę do Constanty. Konsekwentnie jednak mu odmawialiśmy, tłumacząc, że nie mamy pieniędzy.
W pewnej chwili zatrzymał się wreszcie dość bogato i sportowo wyglądający samochód. Kierowca wyglądał sympatycznie. Mówił trochę po angielsku i powiedział, że może nas podrzucić do Slobozi’i (którą mieliśmy napisaną na kartonie). Wpakowaliśmy się więc do auta i podniesieni nieco na duchu ruszyliśmy. Zaczęliśmy rozmawiać i po chwili okazało się, że nasz kierowca – Wasili – jedzie docelowo do… Constanty! Nie mogliśmy w pierwszej chwili uwierzyć w to, co słyszymy. Zapytaliśmy nieśmiało, czy w takim razie, jest możliwość, żebyśmy podjechali z nim do końca. Natychmiast się zgodził. W ten sposób złapaliśmy stopa (prawie 200 km) nad Morze Czarne! Zaczęliśmy rozmawiać z naszym nowym znajomym. Zapytał, gdzie zamierzamy spędzić noc w Constancie. Odpowiedzieliśmy szczerze, że nie mamy jeszcze pojęcia, ale za pewne spróbujemy znaleźć jakieś miejsce na rozbicie namiotów. Na co nasz dobrodziej odparł, że nie ma mowy, żebyśmy po nocy szukali jakiegoś noclegu na dziko i, że zaprasza nas do siebie. Zaoferował nam… rozbicie namiotów na swoim podwórku! Zgodziliśmy się baaardzo chętnie! Dotarliśmy do celu późnym wieczorem. Naprawdę nie dowierzaliśmy w to, jakie mamy szczęście. Na miejscu Wasili postawił nam pyszną kolację i długo rozmawialiśmy, zanim poszliśmy spać.

A rano czekała na nas już kawa i śniadanko! Możecie uwierzyć?! Nie? To mam jeszcze wisienkę na torcie! Bo na koniec nasz gospodarz podarował nam buteleczkę domowej roboty nalewki i odwiózł nas na wylotówkę w stronę Vama Veche – nadmorskiej wioski, do której zmierzaliśmy! Dziękuję za uwagę. Ja nie mam słów.

Kolejne wydarzenia tego dnia miały doprowadzić nas do kolejnego darmowego posiłku. Po dziesięciu minutach łapania przy drodze szybkiego ruchu wsiadaliśmy już do następnego samochodu. Wzięło nas miłe, choć trochę nerwowe (jeśli chodzi o wątpliwe umiejętności pozostałych kierowców na drodze) małżeństwo. Gnaliśmy – zresztą nie pierwszy raz w tej podróży – 160 km/h, aż dotarliśmy do ostatniego większego miasteczka przed granicą z Bułgarią – do Mangalii. Tam też nasz dobrodziej zaprosił nas na obiad do lokalnej knajpy! Był strasznie sympatyczną gadułą i przez długi czas nie mogliśmy się od niego uwolnić. Potem pokazał nam, jak dojść nad morze. Udało się!

Do tej pory wszystko szło gładko. Trudności zaczęły się wraz z próbą wydostania się z miasta. Łapaliśmy chyba 2 godziny, zanim uznaliśmy, że ostatni etap drogi (jakieś 10 km) pokonamy na piechotę. Było cholernie gorąco. Przeszliśmy jakieś 8 km, gdy wyciągnęliśmy znów kciuka i karton. I natychmiast zatrzymał się nam szczęśliwy staruszek, który mówił tylko po rosyjsku i zawiózł nas dosłownie na samą plażę w Vama Veche (bo okazał się być właścicielem jednej z tutejszych restauracji)!

Wysiedliśmy z jego dostawczego samochodu dosłownie na piasek. Zanim dołączyli do nas Zuzia z Dominikiem (a byliśmy cały czas w kontakcie telefonicznym), zdążyliśmy nieco się rozejrzeć po plaży i najbliższej okolicy. Vama Veche to – w sezonie, który w Rumunii (i tak samo w Bułgarii) kończy się z końcem sierpnia, choć we wrześniu pogoda jest ciągle równie idealna – taki rumuński odpowiednik polskiego Woodstocku.

Cała plaża wysypana jest wówczas namiotami i odbywa się na niej niekończący się melanż. Niestety we wrześniu plaża jest raczej pusta (choć i tak naliczyliśmy kilkanaście albo i więcej namiotów i przyczep). O tej wiosce – a zwłaszcza plaży – mówi się, że jest to stolica hipisów, autostopowiczów, podróżników i wszelakiej maści outsiderów…

Po zjedzeniu i wypiciu czegoś w lokalnej knajpce, udaliśmy się spać. Odeszliśmy spory kawałek od centrum plaży – w stronę bułgarskiej granicy. Znaleźliśmy doskonałe miejsce na rozbicie namiotów. Jednak w pewnym momencie jakieś sto metrów od nas pojawił się samochód. Miał włączone światła, ale… nic się nie działo. Założyliśmy, że jest to prawdopodobnie jakaś parka, która – tak jak my – szukała i znalazła spokojne miejsce na spędzenie wieczoru. (Rano okazało się, że był to samochód bułgarskiej straży granicznej!) Rozbiliśmy namioty i przy genialnym widoku na morze, herbacie i wiśniowej nalewce od Wasiliego opowiadaliśmy sobie nawzajem we czwórkę nasze przygody z ostatnich dni. Nic nie zastąpi zasypiania wśród szumu morza… No chyba, że wschód słońca!

Następnego zaś dnia zrobiliśmy sobie „wakacje z prawdziwego zdarzenia”. Tylko my, słońce, morze i plaża! Pozdrawiam i do zobaczenia w następnym wpisie 😉

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: