Najlepsze przygody 2018. Moje podróżnicze podsumowanie roku

Jakby nie patrzeć, to był dla mnie świetny rok! Pełen wrażeń, emocji, przygód, a przede wszystkim – ludzi. I właśnie od nich zacznę: ludzie, dziękuję Wam 😀

Poznałem w tym roku wiele świetnych osób – jedne znałem już wcześniej, ale dopiero teraz je… „poznałem”. Innych zaś spotkałem na mojej drodze pewnie jeden jedyny raz w życiu. Jestem bardzo szczęśliwy, że miałem okazję dzielić z Wami wszystkimi chwile w moim życiu. Mam nadzieję, że kiedyś „wszyscy razem spotkamy się”.
Niemniej serdecznie dziękuję wszystkim, którzy czytają mojego bloga i mi kibicują. To bardzo miłe. Wy także jesteście moją przygodą w 2018 roku 😀

▫▫▫

Wyścig Autostopem i Pani Wiosna na Słowacji
Z moim dobrym kolegą Dawidem braliśmy (już drugi raz) udział w Wyścigu Autostopem z Poznania – w czasie tegorocznej majówki.

Staliśmy tak sobie pięknym, jeszcze kwietniowym, popołudniem na słowackiej ziemi i nic nie wskazywało na to, że za chwilę spotka nas coś tak pięknego. Mianowicie: anioł! Zatrzymała się, gdy tylko nas zobaczyła. Wyskoczyła do nas uśmiechnięta, na bosaka. Miała rude włosy, idealnie (z tego co się znam) zrobiony makijaż, cała ubrana na zielono. Na rękach miała jakieś bransoletki, na szyi jakiś wisiorek. Okazało się, że słucha celtyckiej muzyki. Taka „pani Wiosna”! Zakochałem się! Miała na imię Liviana.
Pod koniec naszej wspólnej podróży trochę padał deszcz, więc wypytywała nas czy aby na pewno mamy kurtki przeciwdeszczowe, czy może kupić nam coś do jedzenia albo do picia! Chyba obu nam wtedy dobrze zrobiła taka cudowna kobieca troska.

 

Litwa. Cmentarz na Rossie
W czerwcu – w ramach wyjazdu naukowego – razem ze znajomymi ze studiów odwiedziłem Litwę i Wilno.

Duże wrażenie zrobił na mnie tzw. „cmentarz na Rossie” – zarządzany przez litewską Polonię, na którym pochowanych jest wielu naszych wybitnych rodaków (m. in. Joachim Lelewel, Tadeusz Wróblewski albo ojciec Juliusza Słowackiego). Oprócz cmentarza „cywilnego” znajduje się tam również cmentarz wojskowy gdzie pochowana jest m. in. matka Józefa Piłsudskiego – Maria oraz serce jej syna – samego Marszałka Piłsudskiego. Na Rossie spoczywają polscy malarze, fizycy, lekarze, historycy, poeci, prawnicy i wielu innych zasłużonych dla naszej ojczyzny ludzi. Trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce za granicą kraju, by wzbudzić w sobie patriotyczne uczucia albo nawet wzruszenie. Cmentarz jest niestety w coraz gorszym stanie – bardzo zaniedbany i zniszczony, zaś Polaków na Litwie jest coraz mniej.

 

Ukraiński arbuz
Podczas autostopowego wypadu do Lwowa poznałem Adriana. Tak się zdarzyło, że wylądowaliśmy na ukraińskim festiwalu muzyki rockowej – Zaxidfest.

Z okazji festiwalu przy drodze rozstawione były różne budki z różnym jedzeniem. Postanowiliśmy kupić sobie arbuza. Nie obeszło się bez przeuroczej pogawędki z paniami Ukrainkami, które, dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski, były zachwycone, zaczęły wypytywać, jak się nam podoba Ukraina, wybrały nam najlepszego arbuza, uśmiechały się szeroko i były cudowne! Usadowiliśmy się na przy drodze, usiedliśmy na trawce (pod tyłeczki wsunęliśmy kartony ze Lwowem w dwóch językach), oparliśmy się o jakiś murek i zaczęliśmy jeść drugie śniadanie. Arbuz był przepyszny. Kruchy, krystaliczny, słodziutki, soczysty, ukraiński!

 

Degustacja win na Węgrzech
Żadna degustacja win, tylko jedna z najsympatyczniejszych sytuacji, jakie mi się przydarzyły w podróży.

Wylądowaliśmy w środku nocy pośrodku węgierskiej wiochy zabitej dechami o nazwie „Szomolya”. Dotarliśmy tam podmiejskim autobusem. Byliśmy naprawdę bardzo zmęczeni, ale na szczęście nie przegapiliśmy naszego przystanku. Na wszelki jednak wypadek przy wysiadania zapytaliśmy jedną z pasażerek, czy to aby już na pewno Szomolya. I to wystarczyło! Stało się to genialnym przyczynkiem do dyskusji. Miła pani natychmiast rozpoczęła z nami ochoczo prowadzić przyjacielską pogawędkę (za pośrednictwem naszego kolegi – Maurycego, który zna język węgierski!). Pani, jak się okazało, była z mężem. Wrócili właśnie chyba z jakiejś małej uroczystości i byli w dobrych nastrojach. Zaproponowali nam nocleg na swoim podwórku! Po krótkiej chwili nie wiadomo skąd, dołączyła do nas kolejna dziewczyna, a za 10 metrów zatrzymało nas jakieś małżeństwo i dołączyło się do rozmowy. Wszystko działo się bardzo szybko. Za moment zrobiła się z nas już 12-osobowa grupka. Staliśmy przy wjeździe na podwórko jednej z par. Właściciel przyniósł zaraz z domu kieliszki, domowej roboty wino i poczęstował wszystkich. Wino było pyszne! Następnie przyniósł kolejne kieliszki i nalał nam do nich domowej roboty „palinki” (takiej tradycyjnej owocowej węgierskiej „wódki”) – lokalnego przysmaku. Chłopak jednej z dziewczyn skoczył do siebie naprzeciwko i przyniósł również swoją „palinkę”, żebyśmy mogli spróbować dwóch różnych rodzajów. Wszystko było pyszne (tzn. wino)! A od uprzejmości i gościnności Węgrów kręciło się nam w głowie na pewno bardziej niż od alkoholu. Wszyscy byli bardzo zaciekawieni naszą podróżą, uśmiechali się do nas, zadawali mnóstwo pytań. Dwie dziewczyny próbowały rozmawiać z nami po angielsku, ale bardziej prawdopodobne było raczej, że to my zaczniemy mówić po węgiersku – po jeszcze jednym kieliszku wina. To było dla mnie coś naprawdę wyjątkowego. Będąc prawie 1000 km od domu, poczułem się trochę jak u siebie.

 

Rumuńska życzliwość nie zna granic
Tak się zdarzyło, że łapaliśmy z Maćkiem stopa pośrodku niczego w Rumunii.

W pewnej chwili zatrzymał się wreszcie dość bogato i sportowo wyglądający samochód. Kierowca wyglądał sympatycznie. Mówił trochę po angielsku i powiedział, że może nas podrzucić do miejscowości, którą mieliśmy napisaną na kartonie, a do której było pewnie kilkadziesiąt kilometrów. Wpakowaliśmy się więc do auta i podniesieni nieco na duchu ruszyliśmy. Zaczęliśmy rozmawiać i po chwili okazało się, że nasz kierowca – Wasili – jedzie docelowo do… Constanty! Nie mogliśmy w pierwszej chwili uwierzyć w to, co słyszymy. Zapytaliśmy nieśmiało, czy w takim razie, jest możliwość, żebyśmy podjechali z nim do końca. Natychmiast się zgodził. W ten sposób złapaliśmy stopa (prawie 200 km) nad Morze Czarne! Zaczęliśmy rozmawiać z naszym nowym znajomym. Zapytał, gdzie zamierzamy spędzić noc w Constancie. Odpowiedzieliśmy szczerze, że nie mamy jeszcze pojęcia, ale za pewnie spróbujemy znaleźć jakieś miejsce na rozbicie namiotów. Na co nasz dobrodziej odparł, że nie ma mowy, żebyśmy po nocy szukali jakiegoś noclegu na dziko i, że zaprasza nas do siebie. Zaoferował nam… rozbicie namiotów na swoim podwórku! Zgodziliśmy się baaardzo chętnie! Dotarliśmy do celu późnym wieczorem. Naprawdę nie dowierzaliśmy w to, jakie mamy szczęście. Na miejscu Wasili udostępnił nam swoją łazienkę, przyniósł świeże ręczniki, a potem postawił nam pyszną kolację i długo rozmawialiśmy, zanim poszliśmy spać. A rano czekała na nas już kawa i śniadanko! Jakby tego było mało – na koniec podarował nam buteleczkę domowej roboty nalewki i odwiózł na wylotówkę.

 

Tureckie psy
To jedna z nielicznych sytuacji w podróży, w których, jak dotąd, odczuwałem autentyczny strach. (Przygoda miała miejsce podczas wyprawy Autostopem z Poznania do Stambułu.)

Nagle usłyszeliśmy szczekanie. Dobiegało zza naszych pleców. Odwróciliśmy się i jakieś sto metrów od nas – za płotem – zobaczyliśmy dwa duże białe psy. Wyglądały na szczeniaki, ale były naprawdę sporych rozmiarów. Ujadały na nas wściekle i darły się naprawdę wniebogłosy. Na szczęście były za płotem. Nic nam nie groziło. Uznaliśmy, że, jeśli znikniemy im z oczu, przestaną szczekać. Niestety nie zdążyliśmy tego sprawdzić, bo po paru sekundach do naszych uszu zaczęło docierać dwa razy głośniejsze i potężniejsze ujadanie. Odwróciliśmy się. Pędziły do nas dwa potężne psiska. (Ale nie te zza płotu, tylko inne – dużo większe. Te zza płotu to musiały być szczeniaki…) Gnały; były maksymalnie rozpędzone, a z ich pysków wydobywały się niskie, basowe odgłosy. „Wściekła” piana toczyła im się z pysków. Szczerzyły kły. Nie miałem ze sobą gazu pieprzowego. Poczułem, że zaczyna mi się robić miękko w kolanach. Momentalnie zrobiło mi się sucho w ustach. Miałem pustkę w głowie. Pędziły na mnie dwa potężne cielaki. Nie przesadzam, nie koloryzuję, nie wyolbrzymiam. Mógłbym wtedy przysiąc, że widzę dwa „psy Baskerville’ów”. Jestem pewien, że gdyby się na nas rzuciły, to mogłyby nas wtedy zagryźć. Zaczęliśmy się powoli wycofywać w kierunku parkingu. Podnieśliśmy szybko z ziemi po kamieniu. Psy nadal groźnie warczały, ale pod wpływem naszych zdecydowanych głosów i ostrzegawczych ruchów w ich stronę, zwolniły. Nadal się do nas zbliżały, ale coraz wolniej, coraz wolniej… Aż w końcu diabły się zatrzymały. Odeszliśmy wreszcie na bezpieczną odległość. Serca nadal nam waliły. W Maćku do tego stopnia pulsowała jeszcze krew, że w pierwszym odruchu ulgi, chciał wrócić do tych bydlaków, żeby rzucić dzierżonym jeszcze w dłoni kamieniem. Nic dziwnego. Znaleźliśmy się w sytuacji zagrożenia życia. Mieliśmy się dopiero przekonać, że bezdomne psy w Turcji są normą.

▫▫▫

Muszę przyznać, że nigdy nie przepadałem jakoś bardzo za „podsumowywaniem” sobie roku… Wiecie, o co chodzi. Jakoś tak mi się snobistycznie i chyba zbyt „couchingowo” kojarzyło. Uznałem jednak, że nie musi być w tym nic złego. Wręcz przeciwnie. Myślę, że taki rzut oka na miniony rok – na sam jego koniec – pozwala dostrzec i docenić to, co się wydarzyło, ile się wydarzyło i KTO się wydarzył. Chciałbym podziękować każdemu z Was osobiście. Uśmiecham się, gdy przypominam sobie Wasze twarze. Dziękuję Wam.

Pozdrawiam Was wszystkich bardzo gorąco i serdecznie. Łączę życzenia wszystkiego dobrego w 2019 roku – przede wszystkim radości i miłości. Myślę, że będzie super. Trzymajmy się i do następnego 😀

Maciek Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: