Noc w sercu Stambułu

Nocny Stambuł zdecydowanie nas porwał. Porwał nas wrzawą, różnorodnością i otwartością.

Po prawie miesięcznej podróży autostopem dotarliśmy do Stambułu. Wzięliśmy porządną kąpiel, zostawiliśmy plecaki w hostelu i już pierwszego wieczoru bardzo podekscytowani ruszyliśmy w to legendarne miasto. (Historia Stambułu sięga nawet kilkuset lat przed Chrystusem. Poważną rolę miasto zaczęło odgrywać jednak w 330 roku, gdy zostało przebudowane przez rzymskiego cesarza Konstantyna Wielkiego, a jego nazwa zmieniona z Bizancjum na Konstantynopol. W 1453 roku zostało podbite przez Turków i stało się Stambułem. Nie ma to jak opowiedzieć ponad tysiącletnią historię w trzech zdaniach.)
Okazało się, że nocny Stambuł nie budzi się do życia tak wcześnie, jak się spodziewaliśmy. Budzi się jednak bardzo gwałtownie i niespodziewanie. Wczesnym wieczorem jest jeszcze stosunkowo cichy i spokojny. Pozory jednak mylą… Miałem wrażenie, że całe miasto tylko czeka – w ogromnym napięciu i skupieniu, aż zapadnie zmrok – żeby móc pokazać swoje prawdziwe nocne oblicze. Wówczas dotychczasowy spokój znika – niemal z minuty na minutę. W Stambule włącza się opcja „noc”. Jest to fantastyczny moment.

Zachwycaliśmy się Stambułem na każdym kroku i to pod każdym względem. (Na jego zabytkowy – sensu stricto – wymiar zwrócę uwagę później i bardziej szczegółowo omówię.)

Turecki kebab
Zaczęliśmy od zachwycania się kebabem. W ciasnych wysokich uliczkach jego zapach unosi się wszędzie. Zaś budę z nim można znaleźć dosłownie na każdym rogu. Wieczorem każdy w Stambule ma ochotę na kebaba. Wybraliśmy przypadkową knajpę, zamówiliśmy po jednym (kosztował chyba 9 lir – czyli wg kursu z września 2018 – ok. 6,35 zł) i usiedliśmy przy stoliku na chodniku. (Podczas naszego pobytu w Turcji i Stambule nie mogliśmy się powstrzymać i codziennie jedliśmy co najmniej jednego.) Myślę, że obalę w tym miejscu pewien mały mit, „że turecki kebab to jedyny prawilny kebab”! Obalam: turecki kebab jest naprawdę dość podobny do tego, który możemy zjeść w Polsce. Chociaż „podobny” nie znaczy oczywiście „taki sam”. Na pewno jest on wyjątkowo smaczny (właściwie w każdym lokalu). Wydaje mi się też, że jest ostrzejszy niż w Polsce, a dzięki temu – bardziej wyrazisty. Podniebienie muska nieco inna gama przypraw, a mięso (oczywiście dostępne w różnych rodzajach) – mimo jednoznacznego smaku – jest bardziej delikatne. Dodatkowo podawany jest zawsze w tortilli, nigdy w bułce. Przyznaję, że być może na moje kulinarne odczucia wpłynął fakt, że w ów kebab wgryzałem się, będąc w samym środku Stambułu. Niemniej jednak wiele bym dał, żeby znów móc poczuć jego smak. Być może byliśmy tego pierwszego wieczoru wyjątkowo głodni. Żeby się jednak najeść, musieliśmy kupić jeszcze jednego. Nie są największe. [Więcej o naszych stambulskich gastronomiczny przeżyciach już wkrótce – tutaj.]

Z pełnymi brzuszkami ruszyliśmy dalej. Nocny harmider w centrum starego miasta trwał już na dobre. Na ulice zdążyło wyjść mnóstwo ludzi, żeby miło spędzić wieczór. Z mojej obserwacji wynika, że ten moment ma miejsce około godziny 21:00 – „miasto budzi się”.

Zasypia zaś dość szybko, bo już około 1:00 w nocy. Mieszkańcy Stambułu są pod tym względem raczej grzeczni. Na to też jest wytłumaczenie. Mimo, iż Turcja jest – jak na muzułmański kraj – bardzo świecka i nowoczesna (swoją drogą bardzo się tym szczycą. Szczególną miłością pałają do wielkiego reformatora ich państwa – Mustafy Kemala Atatürka, działającego w pierwszej połowie XX wieku. Można chyba powiedzieć, że jest to taki „turecki Jan Paweł II”. Mam na myśli, że jego rodacy darzą go podobnej skali szacunkiem, jak Polacy – Karola Wojtyłę.) to jednak religia odgrywa tam ważną rolę w życiu ludzi. Z racji, że w islamie istnieje zakaz picia alkoholu, na ulicach nie uświadczy się wielu osób będących pod wpływem wyżej wymienionego. Nie znaczy to jednak, że nie potrafią być głośni, roześmiani i szczęśliwi. Jak zatem spędzają wieczory i noce mieszkańcy Stambułu?
Piją herbatę… Naprawdę! To nie żart. Herbata jest jedną z popularniejszych w Turcji „używek”.

(I szisza! Wieczorami i w nocy palą ją wszyscy i wszędzie. Wariantów smaków jest multum, zaś usłużni kelnerzy co jakiś czas wymieniają węgielki na nowe – gorące. Zazwyczaj z jednej porcji korzysta kilka osób. Każda z nich ma wówczas swój ustnik, który umieszcza w rurce podczas swojej kolejki zaciągania.

Palenie sziszy pewnie także wpływa na dość spokojne spędzanie wieczorów… oraz jest jednym z symboli nocnego Stambułu.) Ale – podobnie jak kebab – różni się od herbaty, jaką najczęściej pija się w naszym kraju. Smakiem, ale przede wszystkim sposobem podawania. Z resztą to może właśnie w nim tkwi tajemnica jej specyfiki.

ZAWSZE podaje się ją w malutkiej szklance z bardzo cienkiego szkła (na oko jakieś 100 ml) – z „talią” pośrodku i rozszerzającą się minimalnie u góry. My także postanowiliśmy napić się herbaty. Ruszyliśmy jednym z popularniejszych w „starym mieście” turystycznych deptaków. [Więcej o herbacie już wkrótce tutaj.]
Spacerowaliśmy krętymi i mimo, że nocnymi, to w większości bardzo oświetlonymi, uliczkami Stambułu. Wspinaliśmy się pod górę, schodziliśmy w dół. I prawie cały czas przeciskaliśmy się między ludźmi. W tłumie ludzie nawzajem się dotykali, czasem trzeba się było odsunąć, bo 10 centymetrów od ciebie próbował przejechać chłopak na motorynce. Za chwilę jakiś facet ciągnął ciężki załadowany po 2 metry wózek. A tuż za nim bezdomny pies dojadał resztki, które rzucił mu uprzejmy śmieciarz zgarniający worki z odpadkami wystawiane przez każdy lokal na ulicę.

Mijaliśmy kolorowe sklepy i sklepiki; z jedzeniem i z ciuchami – ze wszystkim. Przed każdą większą knajpą stał człowiek, który zachęcał nas gorąco do skorzystania z ich usług. Jeśli człowieka akurat nie było, to momentalnie się pojawiał, gdy tylko zatrzymało się wzrok na jego lokalu dłużej niż dwie sekundy.
Co się jeszcze rzuca w oczy, to totalna koegzystencja totalnych przeciwieństw. Bardzo często mijały nas m. in. pary koleżanek: jedna w niemal pełnej burce (czyli tylko z otworem na oczy), a druga w spódniczce mini. Nie wspominając o przedstawicielach wszystkich kolorów i ras. W Stambule można uświadczyć wiele różnych przeciwieństw. Choć właściwie w tym momencie powinno się chyba przestać mówić o „przeciwieństwach”. Razem żyją chrześcijanie i muzułmanie. Obok siebie stoją kościoły i meczety. Pod tym względem Stambuł tworzy zdecydowanie wyjątkową (niewybuchową) mieszankę. Ludzie są bardzo pozytywnie nastawieni do siebie, uśmiechają się.

I nieustannie ma się wrażenie, że nocne miasto po prostu tętni życiem, a cały Stambuł jest jednym wielkim organizmem. Tłumy przemieszczają się uliczkami niczym krew płynąca w żyłach. Ale… Tylko do 1:00 w nocy. Wówczas knajpy dość szybko pustoszeją, po ulicach przechadzają się ostatni turyści, lodziarze zamykają swoje kramy. Wszystko powoli ucicha. Po to tylko, by od samego rana rozbrzmieć na nowo pełnią „miejskiego gardła”.

Zakochałem się w Stambule
Maciej Tomaszewski

[Autorami zdjęć są oczywiście Zuzia i Maciek! Najlepsi fotografowie, jakich znam! Naprawdę!]

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: