Park Narodowy Lahemaa – czyli Finlandia w Estonii

Nie mogliśmy sobie chyba wymarzyć lepszych warunków na trekking. Piękna, magiczna, estońska przyroda. Wpadający już lekko w skandynawski – klimat. I na koniec kąpiel w Zatoce Fińskiej. Mniam, mniam.

Do Parku Narodowego Lahemaa (est. Lahemaa rahvuspark, ang. Lahemaa National Park) – najstarszego i największego parku narodowego Estonii – dotarliśmy autobusem z Tallinna. Kosztowała nas ta przyjemność ok. 3 euro od osoby. 50 kilometrów. Wsiadaliśmy na głównym dworcu. Znajduje się on jakieś 25-30 minut pieszo od centrum lub też ok. 50 minut pieszo od lotniska. Nie było żadnego problemu z kupnem biletu. Kierowca okazał się być trochę nieuprzejmy, ale do zniesienia. Generalnie rzecz biorąc – normalne standardy.
(POŁOŻENIE. Jeśli kogoś zachęci ten artykulik do powtórzenia naszej trasy, to należy wysiąść na przystanku autobusowym znajdującym się w tym miejscu: 59.462174, 25.640080. Jest to mniej więcej na wysokości miejscowości Kolga, właściwie przy drodze odbijającej na nią– z autostrady Tallinn-Narva. Dokładnie tam zaczynaliśmy.)
Trasa, jaką obraliśmy, zaczyna się od absolutnie niesamowitego, bajecznego i przepięknego terenu mokradeł, rozlewisk, bagien i jezior. Najpierw trzeba zrobić kilka kroków, żeby przejść przez bajkowy las i zaraz potem się pojawiają. Przecina je kilkukilometrowa kładka, która wije się niczym wąż pomiędzy jeziorkami.

Idzie się trochę jak, jeśli ktoś czytał „Władcę pierścieni”, Frodo, Sam i Gollum przez moczary do Mordoru. Totalna magia… Ów efekt rozwiała nam jednak wycieczka niemieckich emerytów, która w pewnym momencie się z nami minęła. Być może ich język lekko przypomina język krainy Saurona, ale nie przesadzajmy. Spokojnie dawali radę dreptać sobie, kroczek po kroczku, ponieważ ścieżka w tym miejscu jest bardzo łatwa i bardzo „proturystyczna” – nawet dla wędrowników takich jak emeryci czy rodziny z dziećmi.

Szliśmy więc tak sobie przez bagna Lahemaa National Park i zachwycaliśmy się nim na każdym kroku. Dość gęsto przy szlaku umieszczone były tabliczki informacyjne na temat fauny i flory parku a także jego historii. Na jego terenie odnotowano aż 44 gatunki roślin chronionych. Ponadto występuje tam 307 gatunków mchów i 398 gatunków porostów. Jeśli zaś chodzi o zwierzęta, to zaobserwowano 222 gatunki ptaków i gatunków 50 ssaków¹ (po cichu liczyliśmy na spotkanie z łosiem). Tyle, jeśli chodzi o liczby.

Początkowo zatem trasa była bardzo łatwa. Niestety nie byliśmy wyspani, ponieważ poprzednią noc spędziliśmy na lotnisku w Tallinnie. (Jakby ktoś chciał przeczytać, to >>tutaj.) Dlatego, gdy dotarliśmy do miejsca, w którym mogliśmy chwilę odpocząć, zrobiliśmy to. Był to punkt, który nazwę miejscem ogniskowo-noclegowym. Przed wyjazdem czytaliśmy o tego typu „bazach” w Estonii (dalej – w Finlandii są chyba jeszcze bardziej popularne). Dla mnie był to totalny hit! Estończycy wiedzą, że ich parki narodowe są doskonałymi przestrzeniami do pieszych wędrówek. Dlatego stworzyli rozwiązanie, które łączy w sobie ochronę środowiska z potrzebą rozbijania obozowisk przez podróżników. Miejsca do tego przeznaczone znajdują się w odległości ok. 15-20 km od siebie. Są do tego bardzo dobrze wyposażone. Na jeden taki punkt składa się najczęściej: mała wiatka – zadaszenie, w której spać może: swobodnie – 5 osób, w lekkim ścisku – 6, stół z ławkami, (najczęściej) zadaszone miejsce na ognisko/grill (gdyż jest ruszt), latryna (ubikacja) i chyba najważniejsza rzecz i największe dla mnie zaskoczenie – drewutnia! Czasem większa, czasem mniejsza.

Znajduje się w niej porąbane suche drewno, z którego turyści mogą śmiało i do woli korzystać. Gdyby drewna im było mało lub gdyby jego kawałki były za duże, obok często znajduje się wbudowana w ziemię „siekierka”. Regularnie miejsca te odwiedzane są przez pracowników Lahemaa National Park lub przez leśniczych, którzy sprawdzają stan drewna w drewutni i w razie potrzeby dokładają nowego, wymieniają worki w koszach na śmieci itd. Sami byliśmy raz świadkami takiej sytuacji. Bardzo duży szacun, Estonia, bo jest to naprawdę świetnie zorganizowane. Do tego bardzo miłe jest to, że żaden taki punkt nie był zdewastowany ani w żaden sposób zniszczony. Super, że o to dbają.

Dotarliśmy zatem do pierwszego takiego punktu. Wyjęliśmy karimaty i walnęliśmy się do spania na dobre dwie godzinki – było jeszcze przed południem (naprawdę bardzo wcześnie wstaliśmy tego dnia). Po tej średniodługiej drzemce ruszyliśmy dalej. Weszliśmy w kolejną część lasu. Ta charakteryzowała się czymś, co trudno mi nazwać. Zresztą ta dziwna nieuchwytność estońskiej – już na wpół skandynawskiej – przyrody podobała mi się chyba najbardziej. Nie wiem, jak to powiedzieć, ale wydawało mi się, że drzewa rosną tam jednocześnie gęsto i rzadko. Że są jednocześnie wysokie i niskie. Że otacza mnie łagodna zieleń albo że cała ziemia zroszona jest jakby białymi porostami. Zdjęcia, które Wam tu prezentuję nie mogą tego w pełni oddać, a co dopiero moje nędzne słowa…

Słońce muskało nasze twarze delikatnym choć ostrym światłem. Jednocześnie ciepłym i zimnym. (A kilka razy złapał nas mały deszczyk, który znikał zwykle w momencie, kiedy zdecydowaliśmy się już ubraliśmy kurteczki albo pelerynki. Byliśmy tam w ogóle w połowie sierpnia, jakby kto pytał.)
Pierwszego dnia trekkingu przeszliśmy ok. 15 km. Zapasy kończyły się nam szybciej, niż przewidywaliśmy. Miejsce, w którym przyszło nam spędzić popołudnie, wieczór i noc było bardzo malowniczo położone – nad zakrętem rzeczki (co dało nam też możliwość umycia się). (Dokładne współrzędne tego miejsca to: 59.504395, 25.788254.) Cały park przecina zaś siedem rzek i kilka mniejszych strumieni.
Porąbaliśmy trochę drewna na mniejsze kawałeczki, zebraliśmy nieco igliwia na rozpałkę i… buchnął ogień. Przygotowaliśmy sobie ciepłą obiadokolację, herbatę i rozkoszowaliśmy się majestatem i pięknem estońskiej natury. Brakuje mi słów, żeby wyrazić nasz ówczesny stan ducha i ciała.
Za skarpą w dole znajdował się wspomniany strumień. Na szczęście prowadziły do niego kulturalne drewniane schodki, które nie tylko ułatwiały doń dojście, ale też zabezpieczały skarpę przed osuwaniem się ziemi. Na końcu zaś znajdował się malutki pomost.

Korzystając z okazji, wskoczyliśmy do wody, żeby się umyć po całym dniu wędrówki. Woda była: wg mnie – ohydnie lodowata, wg pozostałych – za zimna. To była północnoestońska rzeczka! Kąpaliśmy się oczywiście bez mydła, ale najwyraźniej wystarczająco długo, aby osiągnąć pożądany efekt. Ja myślę, że mój brud po prostu się przeziębił, wziął L4 i był mniej „aktywny”.
Wieczorem przy ognisku, z kubkiem gorącej herbaty w ręku i z piankami na patyku moglibyśmy odetchnąć – nie tylko po całym dniu marszu, ale też po 10 dniach podróży.
Obok nas rozbiła się para Niemców, a w innym miejscu – dziewczyna ze Szkocji.

Następnego dnia nie ruszyliśmy dalej. Postanowiliśmy gruntownie odpocząć. Bądź, co bądź, byliśmy na wakacjach. Spędziliśmy cały dzień w – znanym nam już – miejscu. Chyba każdemu z nas dobrze to zrobiło. Niektórzy z nas odsapnęli trochę w samotności, zdrzemnęli się w przyjemnym estońskim słońcu, wylegiwali się pod wiatką, rozwiązywali sudoku, spacerowali po okolicy (bez plecaków!), pitrasili coś smacznego nad ogniem albo gotowali herbatę. I tak na zmianę. Cudowna sielanka.

Tylko, że właśnie w końcu pojawił się problem z herbatą, bo niebezpiecznie zaczęła się nam kończyć woda. Na szczęście dość blisko naszego obozowiska znaleźliśmy stary wiadukt/akwedukt/inna dziwna duża betonowa konstrukcja. Okazało się, że jest tam pociągnięta długa rurka, która dostarcza wodę prosto ze źródła.

Napełniliśmy butelki po brzegi. Swoją drogą bardzo sympatyczny bajer. A totalnie schowany. Gdyby nie pomoc „lokalsów” (nieopodal nas znajdowały się ludzkie osady – w postaci dwóch domków), raczej byśmy nie trafili na ten „punkt poboru wody”.

Dnia trzeciego dotarliśmy do miejscowości Võsu. Jest to małe nadmorskie miasteczko – położone nad Zatoką Fińską. Ale zanim to… Po drodze nieustannie czuliśmy się jak w Narni albo jakimś elfickim lesie rodem z Tolkiena. Było pięknie! Estońska przyroda nie zawodziła. Na każdym kroku dostarczała nowych estetycznych wrażeń, zmieniając coś w sobie lub dodając kolejny element, jakby chciała nas ciągle zaskakiwać. Jak młoda zakochana dziewczyna albo chłopak, którzy stopniowo ujawniają kolejne swoje wdzięki. Doświadczyliśmy tyle różnych scenerii, że spokojnie mogliśmy czuć się jak w wielu różnych krainach. Jednocześnie przyroda z każdym krokiem stawała się, jak na nasz gust, coraz bardziej fińska.
Mijaliśmy także niewielkie wioski.

Nie było cały czas lasu. Estońskie dróżki i domki niejednokrotnie nas urzekały. Przed jednym z nich – przy płocie – stał baniak z wodą.

Przyczepiony do niego był malutki zeszycik z informacją, żeby wszyscy podróżnicy śmiało się częstowali, a w zamian podpisali się, skąd są. Przed nami nie było chyba żadnych polskich wpisów.

 

Pod Võsu czekał na nas nasz kolejny punkt ogniskowo-noclegowy. Był położony już bardzo blisko cywilizacji, przy bocznej dróżce. Stało tam nawet kilka samochodów, którymi przyjechali inni turyści. Drewutnia była zdecydowanie mniej okazała niż poprzednia, ponieważ była tylko wysokim na 1,5 metra daszkiem, pod którym leżało kilka kawałków drewna. Wystarczyło jednak bez problemu na zaspokojenie naszych potrzeb – i jeszcze zostało. Za to toaleta była wystrzelona w kosmos. Duży drewniany domek z dwoma osobnymi ubikacjami.

Część z nas zajęła się ogarnianiem obozu i ognia, a pozostali ruszyli do miasta – na zakupy. Szliśmy więc wzdłuż drogi około 40 minut, zanim dotarliśmy do zabudowań i wymarzonego marketu. (Nie róbcie zakupów, kiedy jesteście głodni…) Po wyjściu ze sklepu, korzystając z okazji, pobiegliśmy jeszcze na szybkie powitanie z Bałtykiem i wróciliśmy do obozu. Wówczas to zadzwoniła do mnie siostra – z Polski – i powiedziała, że jedzie właśnie samochodem i minęła przy drodze… dwa łosie. No, ratunku! Gdzie jest sprawiedliwość?! To ja pojechałem stopem do Estonii i jedyny łoś, którego mogłem sobie obejrzeć to ten w lustrze. A moja siostra śmiga gdzieś autem po Polsce i spotyka dwa. Aaa!
Po obfitej kolacji część z nas poszła spać, a część wróciła do miasta, bo wypatrzyliśmy – będąc tam wcześniej – na jednym z lokali plakat informujący o wieczornym koncercie/imprezie. Kupiliśmy sobie po „Koskenkorvie” (popularny w Finlandii i w Estonii napój alkoholowy – produkowany w Finlandii) – było jeszcze trochę czasu, więc usiedliśmy na plaży – i czekaliśmy na rozpoczęcie imprezy. Okazało się, że to trochę inna impreza, niż się spodziewaliśmy. Nie było tańców i bujania, lecz koncert jakiegoś estońskiego artysty. Staruszek prezentował swoją twórczość, a było nią dziwne, trochę psychodeliczne zawodzenie połączone ze śpiewem i melorecytacją… Nie powiem, żeby było to nieciekawe doświadczenie, ale nie dotrwaliśmy do końca.

Ostatniego dnia trekkingu czekała nas już tylko wizyta na plaży. Wakacje pełną gębą! Fajne jest docieranie do morza w podróży. Człowiek czuje wtedy, że rzeczywiście dokądś dotarł. Dalej już po prostu – chwilowo – nie może. Stoi na brzegu.

Było to mniej-więcej w połowie września, ale na szczęście woda była ciepła. Daleko w morze ciągnęła się przyjemna płycizna. Ach, jakże to było przyjemne – wskoczyć wówczas do wody! Przyjemnie było także pomyśleć, że to właściwie ta sama woda, w której kąpiemy się, będąc w Kołobrzegu. Całkiem kojąca myśl. Namiastka domu – w dalekiej Estonii.

Z Võsu do Tallinna jest 80 km. Za autobus zapłaciliśmy chyba ok. 8 euro od osoby.

Serdecznie polecamy trekking po Parku Narodowym Lahemaa. Cudowna przyroda. Świetna, że tak powiem, infrastruktura turystyczno-podróżnicza. Fiński klimat – w niższej cenie. (Wejście do parku jest darmowe.)

¹www.kaitsealad.ee

tekst: Maciek Tomaszewski
zdjęcia: Julka Bardziejewska

Wpis powstał w ramach wyprawy Autostopem do Finlandii 2019.

Jestem także tutaj >>Facebook i tutaj >>Instagram, a także tutaj (ale na razie mało) >>YouTube

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: