Po co czytać książki podróżnicze i przygodowe?

Jest już późny wieczór. Rodzice każą iść spać; całują na dobranoc i gaszą światło w pokoju. Odczekujecie chwilę dla pewności, wyciągacie latarkę spod łóżka, otwieracie książkę i…

No właśnie i… I co się z nami dzieje w tym momencie? Przecież nadal leżymy w tym samym łóżku co przed sekundą. Pod  głową nadal czujemy tę samą miękką poduszkę. A przez okno nadal świecą te same gwiazdy i słychać ten sam szum wiatru. Pozornie nic się nie zmieniło. Nasze ciało znajduje się dalej w przytulnym ciemnym pokoju. Ale za to nasza dusza! Ha! Nasza dusza może znajdować  się wtedy w zupełnie innym miejscu. Gdzie? Tego nie wie nikt, poza nami. To zależy od książki, jaką trzymamy właśnie w rękach. Możemy tłuc się wozem po wyboistych drogach Dzikiego Zachodu z poszukiwaczami złota, gnać konno wśród mongolskich stepów z hodowcami reniferów albo płynąć po oceanie z bandą piratów.
„Jeśli to pamiętacie, to mieliście szczęśliwe dzieciństwo” – znacie to, prawda? Ale nie zamierzam się tu użalać nad stanem polskiej młodzieży, bo po pierwsze nie przeprowadziłem żadnych badań, a po drugie uważam, że wcale nie jest tak źle. (Odezwał się staruszek…)
Po co czytamy książki podróżnicze i przygodowe? Moim zdaniem chodzi o to, że mamy w sobie naturalną potrzebę poznawania nowych światów; żądzę przeżywania nowych przygód. Co może lepiej zainspirować niż doświadczenia i wspomnienia innych zawarte w książkach w formie swego rodzaju obietnicy? „Wystarczy, że ruszysz się ze swojej strefy komfortu – swojego cieplutkiego fotela, wyjdziesz za próg swojego domu, za płot i poczekasz. Nigdy nie wiadomo, dokąd poniosą Cię nogi. Zobaczysz, że przygody tylko czekają, by je przeżyć”! Oczywiście można całe życie przesiedzieć na tyłku, ograniczając się tylko do marzeń. Uważam jednak, że aby po latach móc sobie spojrzeć prosto w oczy i nie musieć żałować zmarnowanego czasu, trzeba ten tyłek ruszyć, a marzenia spełnić.
W dzieciństwie Rodzice czytali mi serię Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego. Pamiętam, że to uwielbiałem! Wyobrażałem sobie, jakby to było, gdybym to ja był głównym bohaterem; podróżował po świecie w poszukiwaniu dzikich zwierząt i przeżywał takie niesamowite, często niebezpieczne, przygody. Potem przyszedł czas na „Hobbita” Tolkiena i jego fantastyczną podróż w poszukiwaniu skarbu. Tak, wiem – marzenia dzieciaka. Ale czy jest w tym coś złego? Ileż lektura tych książek dostarczała mi ekscytacji, wrażeń, pomysłów i inspiracji! Książki podróżnicze i przygodowe dawały mi energię do działania. Pokazywały, że jest gdzieś zupełnie inny świat i tylko czeka, żeby go odkryć. Zaczynałem dostrzegać sens w tym, co na razie robię – czyli w edukacji szkolnej. Wierzyłem, że kiedyś to wszystko mi się przyda. Chciałem „móc kiedyś tak jak oni” – bohaterowi moich książek. Chciałem móc być z siebie dumnym. (Taka chyba właśnie jest wychowawcza rola autorytetu – chcieć go doścignąć i prześcignąć.)
Z czasem zacząłem sięgać po coraz poważniejszą literaturę. Były to już raczej historie oparte na faktach lub wprost reportaże z podróży. Czytałem (i czytam) m. in. książki Wojciecha Cejrowskiego. W moje ręce trafiały także historie XX-wiecznych odkrywców (np. „Pasja życia” Jacka Pałkiewicza – odkrywcy źródła Amazonki), zaginionych badaczy (np. „Zielone piekło” Raymonda Maufraisa – zaginionego w 1947 roku w dżungli podróżnika), tajemniczych naukowych ekspedycji w nieznane… Dlaczego lubiłem je czytać?
Bo nigdy nie chciałem być stereotypowym turystą. Nie odnajdywałem wystarczająco dużo satysfakcji i podniety w klasycznej wycieczce – autokar, hotel, plaża/basen, autokar. W tych książkach znajdywałem przepis na to, jak w podróży doświadczać więcej. Chciałem nauczyć się bardziej być, bardziej czuć, bardziej żyć. Chciałem umieć „bardziej”. Szukałem inspiracji. (Dobra, stop! Bo zaczynam wpadać w taki moralizatorski, przemądrzały ton.) Myślę, że głównie tego możemy oczekiwać od książek podróżniczych. Że popchną nas do realizowania własnych podróży, przygód. Że doprowadzą nas w końcu do stanu, że nie będziemy mogli dłużej wyleżeć w tym naszym łóżku. Wstaniemy, spakujemy do plecaka jakąś paskudną konserwę i namiot (wcześniej zmienimy piżamkę na normalne ciuchy, to bardzo ważne!) i wyruszymy w podróż po przygody.
A co, jeśli już wędrujemy i doświadczamy niesamowitych przeżyć? Czy wtedy, po powrocie do domu (albo i w trasie), nie warto czytać książek podróżniczo-przygodowych? Moim zdaniem – jest to wówczas tak samo wskazane. Czytanie pozwala na wiele rzeczy spojrzeć szerzej, z innej perspektywy. W podróży osobiście obserwuje i poznaje się nowych ludzi, nowe miejsca, nowe kultury. Ale dzięki czytaniu do czytelnika dociera w ogóle, że istnieją jeszcze inne sposoby patrzenia, rozumienia i postrzegania świata – wielu jego aspektów i problemów (#filozof).
Czytanie (książek podróżniczych i przygodowych) poszerza horyzonty. W momencie otwarcia książki znika łóżko, poduszka i ściany pokoju. Gwiazdy za oknem świecą coraz jaśniej, są coraz bliżej. Wiatr wieje coraz mocniej! Wszystko wokół nas zaczyna cudownie wirować! (I nie. To nie jest narkotykowa wizja.) To nowy świat – nowa książka – nowa przygoda.

Maciej Tomaszewski

 

PS. A co Wy myślicie o czytaniu książek przygodowo-podróżniczych? Jaki wpływ mają na Was? Co chcecie w nich odnaleźć? 😉

PSS. Zapraszam Was też do przeczytania mojego wywiadu (Wywiad z Niedźwiedziem) z panem Januszem Niedźwiedziem – alpinistą i autorem książki „Góry. W poszukiwaniu utraconego Piękna” 😉

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: