Pociągiem w Chorwacji. Omiš wita

Po nocy pełnej wrażeń (m. in. przepychanki w barze i włamanie na dworzec) czekał nas naprawdę długi dzień w pociągu. I naprawdę dobry dzień.

Siedzieliśmy sobie we czwórkę (Dawid i ja oraz nasi nowo poznani znajomi: Dominika i Tomek) w przydworcowym barze w Budapeszcie, popijając piwo. Był już wieczór. Bar powoli pustoszał, ale najtwardsi zawodnicy bawili się jeszcze w najlepsze. Przy jednym ze stolików siedział Węgier i dwóch Anglików, których zaprosił do wspólnego picia. W pewnym momencie zaczął mu jednak przeszkadzać fakt, że Anglicy mówią do niego… po angielsku. Zaczął się awanturować, a nawet niezbyt pojednawczo machać rękami. Sytuacja nie wyglądała na szczęście bardzo groźnie. Po pierwsze Węgier miał już wypite. A po drugie barman i kilka osób obecnych jeszcze w barze (w tym my) dość uważnie przyglądało się całej scenie, będąc w stanie w każdej chwili interweniować.
Oprócz antyangielskiego, nieco agresywnego Węgra w knajpie siedział jeszcze m. in. ekstrawagancki, długowłosy, nieogolony artysta. Był pod dużym wrażeniem, gdy dowiedział się, dokąd zmierzamy. Jeszcze większe uznanie wzbudził w nim fakt, skąd zmierzamy. Stwierdził, że Polska jest bardzo dobrym krajem. Kulturalnie podziękowaliśmy i kurtuazyjnie odwdzięczyliśmy się podobnym komplementem na temat Węgier. Nasz nowy znajomy pokręcił tylko bez przekonania głową. Stąd wniosek, że chyba wszędzie narzeka się na swój własny kraj.
Spróbowaliśmy się nieco zdrzemnąć w barze. Po kilku godzinach uznaliśmy, że nadużywamy już troszkę gościnności barmana i postanowiliśmy przenieść się na ścisły dworzec. Tam jednak okazało się, że wejście nań jest zamknięte i zablokowane metalowymi barierkami. Poświęciłem się i poszedłem na zwiad, żeby móc dokładnie określić naszą sytuację. Zrobiłem mały obchód dookoła i uznałem, że nikt się nie pogniewa, jeśli nagniemy lekko przepisy (i barierki) i wemkniemy się na dworzec. Tak zrobiliśmy, a 2,5 minuty później byliśmy wyprowadzani przez miłego, acz stanowczego ochroniarza, który wytłumaczył nam, że dworzec otwierany jest dopiero o 3 nad ranem. Włamanie na dworzec kolejowy w Budapeszcie – zaliczone!

Na szczęście czas do otwarcia szybko zleciał. Na dworcu ułożyliśmy się wygodnie na niewygodnych ławkach i oczekiwaliśmy na nasz pociąg do Zagrzebia, który odejść miał o 6:35. Wraz z nami koczowały tylko budapesztańskie gołębie…

Pociągiem do Zagrzebia
O 6:00 otworzyło się okienko z międzynarodowymi biletami. Dominika i Tomek kupili bilety dla siebie. Zaraz potem skoczyliśmy jeszcze szybko do pobliskiego sklepiku (czynnego całą dobę) i kupiliśmy trochę jedzenia i picia na drogę. W stolicy Chorwacji mieliśmy być ok. południa.

Pociąg był wygodny, choć niezbyt nowoczesny. Bardzo przypominał nie najmłodsze pociągi z Polski. Mieliśmy jednak na tyle komfortu, że siedzieliśmy sami w przedziale. Zaś w pociągowej ciasnej toalecie udało się nam umyć zęby, głowy, a nawet stopy. Niestety siedzieliśmy osobno – to znaczy parami, nie w czwórkę.
Na śniadanie zjedliśmy węgierskie rogaliki. Zasłoniliśmy okno, złożyliśmy oparcia od foteli i każdy z nas ułożył się wygodnie do zasłużonego snu. Początkowo staraliśmy się spać na zmianę, ale zmęczenie wzięło górę. Naprawdę nie pamiętam, kiedy tak przyjemnie mi się ostatnio spało jak w tym pociągu relacji Budapeszt – Zagrzeb. Bajka!
Nie ominęły nas jednak takie widoki jak np. jezioro Balaton! Bardzo, bardzo ładne!
W pewnym momencie pociąg się zatrzymał. Jak wiadomo pociągom się to zdarza. W związku z tym nie wzbudziło w nas to początkowo żadnych podejrzeń. Postój jednak podejrzanie długo się przeciągał. „Kurde, Dawcio – a może już jesteśmy na granicy!”. W tym momencie drzwi do naszego przedziału otworzył chorwacki policjant i poprosił o dokumenty (paszporty). Podaliśmy mu nasze dowody osobiste. Najpierw spojrzał na mnie, poprosił, żebym zdjął okulary (przeciwsłoneczne), przyjrzał mi się uważnie. Potem szybki rzut oka na plecaki nad naszymi głowami. Do krótkofalówki, z tego co zrozumiałem, zaczął literować moje imię i nazwisko. Wszystko się zgadzało. Oddał mi dowód. Podobną procedurę przeszedł dowód Dawcia. Położyliśmy się dalej spać. Ale zaraz weszła pani policjant z Węgier (tak, wiem – też spodziewałbym się raczej odwrotnej kolejności, a tu proszę!). Wstaliśmy. Sprawdziła dowodziki. Położyliśmy się dalej spać.
Nazwy miejscowości w Chorwacji wyglądały już bardziej swojsko niż na Węgrzech. Dlaczego? Wiem ze studiów: chorwacki wywodzi się bowiem z tej samej rodziny językowej co polski. Zaś język węgierski, ciekawostka, wywodzi się z rodziny ugro-fińskiej (stąd Węgrzy mówią podobnie do Finów). „Za płotem” bawi i uczy!
Dojechaliśmy do Zagrzebia. Bardzo mi się spodobał. Urzekła mnie zarówno jego architektura jak i jego „klimat”. Mam wrażenie, że Zagrzeb jest już miastem południowym, jeśli wiecie, co mam na myśli. Przypomina mi trochę biedną dzielnicę amerykańskiego miasta (z tego co widziałem w filmach). Trochę brudny, trochę stary. Jakieś graffiti na murach, jakieś walające się gdzieniegdzie kartony i reklamówki. Zagrzeb to miasto, które bardzo zgrabnie (!) łączy w sobie naprzemiennie piękne stare budynki dworca czy poczty z obrzydliwymi blokami, które wyglądają jak tania scenografia do sitcomu, a na ich balkonach suszą się stare gacie.

Stolica Chorwacji, choć długo w niej nie zabawiłem, urzekła mnie nie tylko wyglądem. Miałem wrażenie, że czuję tam pewnego rodzaju unoszący się niemal w powietrzu luz. W czym się ów objawiał? Spieszę z wyjaśnieniem.
Przyszliśmy na dworzec autobusowy. Podszedłem do pani z okienka zapytać o cenę biletu do Splitu (ok. 20 km od miejsca docelowego) i bogatszy o tę wiedzę wróciłem do moich kompanów czekających obok. W okienku była także możliwość wymiany waluty. Podszedłem więc do okienka raz jeszcze (akcja dzieje się ok. 1,5 minuty po pierwszym podejściu) i spytałem, czy mógłbym wymienić pieniądze. Na co, swoją drogą urokliwa , Chorwatka podniosła głowę znad talerza, który dopiero co musiał się przed nią pojawić i odparła, że: „nie teraz”! Czyż to nie jest cudowne!? Po prostu mnie nie obsłużyła, bo jadła obiad! Byłem zachwycony!

Pociągiem do Splitu
Biletu na autobus ostatecznie nie kupiliśmy. Nie było już miejsc. Jak się miało okazać – na nasze szczęście! Wróciliśmy na dworzec kolejowy i kupiliśmy bilety do Splitu. (Ciekawostka! Okazało się że w Chorwacji i na Węgrzech nie ma biletów studenckich czy uczniowskich. Ani na pociąg, ani na metro, ani na autobus. Za to na Słowacji studenci mają darmowe przejazdy pociągami!)
Do odjazdu mieliśmy jeszcze godzinkę. W brzuszkach zaczynało burczeć. Dobrze się składało, gdyż na dworcu kolejowym w Zagrzebiu, odkryliśmy i polecamy, jest bardzo sympatyczna i smaczna piekarnia. Dominika, Tomek i Dawcio kupili sobie chyba po kawałku pizzy (po kilku dniach na konserwach i chlebie tostowym smakowała na pewno jak najbardziej wykwintne danie), a ja zdecydowałem się na jakąś dziwną odmianę tradycyjnej chorwackiej przekąski, która nazywa się „burek”. Jest to taka placko-bułka z nadzieniem z mięsa mielonego, szpinaku i białego sera. Pyszne! Ale oprócz strawy cielesnej mogliśmy też dostąpić nieco strawy duchowej. W jednej z wnęk na dworcu znajdowała się urocza kapliczka, a napis na ścianie głosił, że odwiedził to miejsce „Papa” w 1994 roku (czyli musiał być to polski „Papa”).

Odnaleźliśmy nasz pociąg. Tym razem dostały się nam miejsca w wagonie bezprzedziałowym. Pociąg ruszył. Wkrótce mieliśmy przeżyć mały szok i niespodziankę. Zaraz za Zagrzebiem, w miejscowości Karlovac, wsiadło bowiem do pociągu chyba z 30 albo 40 innych autostopowiczów z naszego Wyścigu! Nie muszę zatem dodawać, że podróż była bardzo wesoła. Muszę jednak wspomnieć, że widoki za oknami zapierały dech w piersiach.
Były absolutnie genialne! Od ośnieżonych na szczytach gór, przez bajkowo błękitne rzeczki, po szerokie doliny, na których pasły się owce. Nie mogłem wyjść z zachwytu! Czułem się, jakbym jechał do Hogwartu. Każdy kolejny pejzaż całkowicie mnie wypełniał. Kocham Chorwację! Ale dość już tej poezji! Polecam gorąco śmigać na południe Chorwacji pociągiem!
Późnym wieczorem dotarliśmy do Splitu. To miasto żyło. Spokojnie, ale żyło. Pełne świateł i pełne ludzi. Właściwie chyba wraz z nocą dopiero się budziło. Śliczne nadmorskie miasto. Nie nazwę go kurortem. W ogóle odkąd wjechałem do Chorwacji, towarzyszyło mi wrażenie, że jestem w normalnym kraju. Owszem turystycznym, ale w zdrowy i nieprzesadny sposób. Nie czułem na sobie wygłodniałych spojrzeń lokalnych mieszkańców, dla których jestem tylko kolejnym źródłem pieniędzy. Właśnie to było najlepsze, że wcale nie czułem na sobie tych spojrzeń – po prostu żadnych. Wydaje mi się, że Chorwaci traktowali mnie po prostu jak człowieka. I to było fajne.
Podmiejskim autobusem, wypełnionym po brzegi (i nie przesadzam) autostopowiczami, dojechaliśmy do Omiš. Było przed północą, gdy dotarliśmy do naszego pola namiotowego. Impreza trwała w najlepsze. Zanim weszliśmy zameldować się do recepcji, wyrzucić kartony z nazwami miast i napić czegoś dobrego i zasłużonego, przywitało się z nami gorąco i serdecznie pełno osób. Roztańczeni, rozśpiewani i totalnie pozytywni! W tym momencie poczuliśmy, że nie chcielibyśmy być nigdzie indziej! Byliśmy zmęczeni, ale cholernie szczęśliwi. Ale na opowieść o imprezie na mecie przyjdzie jeszcze czas!

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: