Polacy na Łotwie łapią Włochów do Estonii

— Autostopem do Finlandii —

Dzień 9

Gdy się idzie w słońcu przy autostradzie z ciężkimi plecakami, trochę się odechciewa. Ale gdy zatrzymują ci się dwaj Włosi, którzy mówią, że mogą podrzucić cię 300 km dalej – do Tallinna, bardzo się „zachciewa”.

Tym razem w zespole byłem z Maksem. Około południa wyjechaliśmy tramwajem na obrzeża Rygi i na stacji benzynowej zaczęliśmy łapać stopa. Łotysze – Ryżanie byli bardzo uprzejmi, ale niestety w większości nie jechali w stronę Estonii. Stąd przyszło nam spędzić trochę czasu (myślę, że ok. godziny) w tym punkcie, zanim złapaliśmy naszego stopa.
Była to bardzo miła para Łotyszy, na co dzień mieszkająca w Norwegii. Zgodzili się podwieźć nas kilka/naście kilometrów poza Rygę. Wysadzili nas na autostradzie, niedaleko zjazdu na Tallinn.
Dla bezpieczeństwa przeszliśmy przez barierki i zaczęliśmy drałować per pedes w stronę naszej drogi. Ta biegła lekko w górę – jak to często przy różnych rozjazdach na autostradach – ale na szczęście znaleźliśmy schodki i nie trzeba nam było wdrapywać się pod górę.
Trochę nie w smak nam była konieczność pieszego poruszania się taką trasą. Miałem jednak wrażenie, że obaj robimy dobrą minę do złej gry, ażeby nie obniżać morale tego drugiego i podtrzymać go na duchu. Takie momenty są oczywiście wpisane w autostop i nie ma co narzekać, ale można przecież za nimi nie przepadać. Ja na przykład nie przepadam. Na osłodę przyszli nam żołnierze! Gdy tylko stanęliśmy na autostradzie, nadjechała cała kolumna wojskowych pojazdów, a z nich uradowani machali do nas i uśmiechali się łotewscy żołnierze.
Przeszliśmy może kilometr, gdy trafiliśmy na mały przydrożny bar. Uratowani! Był… naprawdę mały i zatrzymywało się tam niewiele samochodów. A mówiąc „niewiele samochodów”, mam na myśli – żaden samochód. Od pani sprzedawczyni dostaliśmy karton i mazak. Wykonaliśmy napis „TALLINN” i stanęliśmy przy drodze. Staliśmy tak kwadrans, gdy pod bar zajechał samochód na włoskich blachach.
Uczyłem się kiedyś włoskiego, więc zebrawszy całą swoją – wtłaczaną mi cierpliwie do głowy przez lata przez moich nauczycieli – wiedzę i znajomość tego języka, podszedłem i zagadałem. Uwielbiam mówić do kogoś w jego języku i widzieć, jaką wówczas sprawia mu to przyjemność. Tym razem też tak było. Andrea i Davide zgodzili się nas podwieźć! Nie przeczuwałem jeszcze wtedy, że nasza wspólna podróż będzie tak ciekawa.

Przegadaliśmy całą drogę. Całe 300 km. Porozmawialiśmy o wszystkim. Szczególnie skupiliśmy się na życiowych rozterkach i rozkminkach. Chłopaki były w trakcie swojej kilkutygodniowej podróży z Italii do Finlandii (a potem chyba także Szwecji i Norwegii), w trakcie której – jak powiedzieli – „szukają odpowiedzi”. Mega pozytywni goście. Davide był do tego social media managerem i chętnie udzielił mi paru wskazówek odnośnie prowadzenia „Za płotem”. Oczywiście gadaliśmy po angielsku. Niestety aż tak dobrze nie znam włoskiego.

Późnym popołudniem byliśmy w Tallinnie. Jakieś pół godziny przed nami dotarli tam Zuza z Dominikiem, a dziesięć minut przed nami – Julka, Kalinka i Mikołaj. Plan był zatem taki: idziemy zrobić porządne zakupy, a potem wypieprzamy z Tallinna – w celu spania. Następnego dnia bowiem zamierzaliśmy rozpocząć trekking po Narodowym Parku Lahemaa – ok. 50 km od Tallinna.
Zrobiliśmy zatem potężne zakupy, które znacząco obciążyły nasze plecaki. Część tobołów chcieliśmy zostawić zatem w Tallinnie, żeby później – za kilka dni – po nie wrócić. Dowiedzieliśmy się, że przechowalnia bagażu znajduje się na przykład na lotnisku. Było już bardzo późno. Dotarliśmy na lotnisku (znajduje się ono na obrzeżach Tallinna). Wpakowaliśmy część naszych rzeczy do szafek, skorzystaliśmy z łazienki i… uznaliśmy, że – skoro i tak jest już wieczór – czemu by nie spędzić tu nocy? Miejsce wydawało się przytulne. Znajdowaliśmy się w raczej zacisznym „kącie” lotniska. Okazało się, że dwóch innych chłopaków (z Japonii) także zdecydowało się na noc w „lotniskowym hotelu”. Rozłożyliśmy karimaty, wyjęliśmy śpiwory i – niestety w pełnym świetle – położyliśmy się spać.

[foto: Dominik Krobski]

Zdecydowanie nie był to sen sprawiedliwego, a rano (hehehe…, ok. 5:00) byliśmy chyba bardziej zmęczeni niż wieczorem poprzedniego dnia. Ale przynajmniej było ciepło i względnie bezpiecznie.
Z racji, że po Tallinnie kręciliśmy się już dzień wcześniej, bez problemu znaleźliśmy tramwaj, którym podjechaliśmy pod dworzec autobusowy. Stamtąd zaś złapaliśmy autobus do Lahema National Park. Ale o tym opowiem w następnym odcinku. A czuję, że będzie ogień, więc gorąco zapraszam.

Podsumowanie 9 dnia (w wykonaniu Maksa i moim):

▪ kierowców – 2,
▪ kilometrów – 305,
▪ nocleg – lotnisko, 0 zł
▪ transport – autostop, 0 zł

Maciek Tomaszewski

Jestem także tutaj >>Facebook i tutaj >>Instagram, a także tutaj (ale na razie mało) >>YouTube

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: