Prawdziwie lwowskie przeżycia

— UKRAINA AUTOSTOPEM 2018 —
CZĘŚĆ III

Lwów od początku zaczął nas zaskakiwać. Wczesnym popołudniem dojechaliśmy do niego na stopa. Panowało chyba minimalnie większe poruszenie niż zazwyczaj, bo następnego dnia (24 sierpnia) Ukraina obchodziła Dzień Niepodległości.

Stanęliśmy na przystanku i czekaliśmy na jakiś autobus. Znajdowaliśmy się na samym początku Lwowa. Oprócz nas stało tam jeszcze kilkanaście osób, więc gdy przyjechał autobus, zapytaliśmy jednego z wsiadających, czy dojedziemy nim (tym autobusem oczywiście) do centrum. Okazało się, że dojedziemy.

Poprosiłem kierowcę o dwa bilety. Zapłaciłem po 5 hrywien (ukraińska waluta) od łebka – czyli jakieś niecałe 70 groszy na głowę. Jechaliśmy dosyć długo. Rozglądaliśmy się więc uważnie dookoła; zarówno przez okno – na otaczające nas miasto, jak i wewnątrz autobusu – na otaczających nas ludzi. W pewnym momencie poczułem, że ktoś mnie trąca w ramię. Zza siedzenia za mną wysuwała się ręka z banknotem. Jakaś dziewczynka podawała mi pieniądze. Nie załapałem w pierwszej chwili, ale wziąłem je do ręki i zrozumiałem, że mam podać dalej – do kierowcy. Kolejna osoba wzięła banknot ode mnie i ten, przewędrowawszy jeszcze przez kilka dłoni, wylądował na tacy z przodu autobusu. Sytuacja powtarzała się za każdym razem, gdy autobus zatrzymywał się na przystanku i wsiadali nowi pasażerowie. Każdy uczciwie i zupełnie odruchowo, nawet bez słowa, podawał pieniądze pasażerowi, który stał bliżej kierowcy i pieniądze wędrowały na przód autobusu. Czasem ktoś płacił za dwa bilety, czasem tą samą drogą wracała jeszcze reszta! Jakaś starsza pani znowu podała mi pieniądze, nie zwracając ani trochę uwagi na mój plecak ani, być może, lekko nietutejszy wygląd. Cieszyliśmy się z Adrianem jak dzieci. Uderzyła nas ta normalność i całkowicie ludzkie podejście Ukraińców do siebie nawzajem. No, naprawdę nie mogliśmy się nadziwić i nazachwycać. I każdy płacił!
Rozglądaliśmy się w dalszym ciągu uważnie. Wjechaliśmy do centrum. Wszystko zaczęło wyglądać jak na lwowską starówkę przystało. Wysiedliśmy przy samym Uniwersytecie Lwowskim. Byliśmy już trochę głodni i zmęczeni, ale uznaliśmy, że mimo to zaczniemy zwiedzanie Lwowa właśnie od tej zacnej uczelni. Z początku przeciwnego zdania okazał się być portier – starszy jegomość, którego spotkaliśmy zaraz przy wejściu. Na ścianie zobaczyliśmy znak z przekreślonym kapeluszem, więc posłusznie zdjęliśmy czapki z głów. Staruszek ze złotymi zębami podszedł do nas, gdy kierowaliśmy się już do ścisłego środka i zaczął nas wyganiać, mówiąc, że na uniwersytecie jest jeszcze rektor i nie wolno mu przeszkadzać. No dobra, nie wolno – to nie wolno. I wyszliśmy. Naiwni, co my wtedy wiedzieliśmy… Stary portier wyszedł razem z nami. Okazało się, że jeśli damy mu parę hrywien na lody i piwo, to nas wpuści. Cały czas nas, niedoświadczonych, uciszał i starał się jak najdyskretniej wziąć od nas pieniądze. Daliśmy więc po raz pierwszy w życiu łapówkę. Dostał w łapę 20 hrywien (czyli niecałe 3 złote) i wpuścił nas na Uniwersytet. Jakie wrażenie na mnie wywarł? Czułem się tam trochę jak w opuszczonym mieście zniszczonym przez wojnę, do którego powoli wraca życie (skojarzyło mi się z serialem „Czas honoru”). Ale najpierw trafiliśmy do muzeum historii Uniwersytetu – dużej sali, w której zaprezentowane były różne dokumenty, zdjęcia i inne eksponaty związane ze lwowską uczelnią. Weszliśmy do środka. Przywitało nas dwóch miłych panów, którzy od razu, nie wiem jakim cudem, rozpoznali w nas Polaków. Jeden z nich oprowadził nas po całym muzeum, opowiadając bardzo szczegółowo i bardzo ciekawie historię Uniwersytetu, prezentując także różne interpretacje jego dziejów przez Ukraińców i Polaków. Był bardzo uprzejmy i serdeczny i poświęcił nam chyba jakieś 2,5 godziny. Przy tym cały czas mówił do nas w polskim języku. Poczuliśmy się naprawdę ugoszczeni – tak jak to potrafią na Wschodzie. (Ciekawostka! Uniwersytet Lwowski wykształcił wielu wybitnych ludzi, m. in. Stanisława Lema.)

Po tym niezwykle interesującym „wykładzie” powałęsaliśmy się jeszcze trochę na własną rękę po uniwersyteckich korytarzach, zaglądając to tu, to tam.
Usiedliśmy sobie pod drzewkiem w parku naprzeciwko Uniwersytetu. Wpadliśmy na dwa pomysły.
Pierwszy pomysł, że coś by warto zjeść, „głód to do siebie ma”… Rozpoczęliśmy poszukiwania sklepu. Pytani przez nas o drogę Ukraińcy nie zawsze radzili sobie z angielskim, ale już z łamaną „polszczyzno-ukraińszczyzną” znakomicie. Znaleźliśmy dość szybko jakiś mini-market przy samym Prospekcie Swobody (czyli na nasze: Plac Wolności). Kupiliśmy coś na kolację. Adrian miał resztę chleba, więc kupiliśmy tylko jakieś dodatki; serek do posmarowania, po pomidorku i coś do picia.
Drugi pomysł: kupić starter jakiejś ukraińskiej sieci telefonicznej, żeby nie wydawać kosmicznie dużych sum na dzwonienie, smsy i Internet. Potrzebny był nam zwłaszcza ten ostatni. Bez problemu znaleźliśmy miejsce, w którym mogliśmy kupić ukraińską kartę do telefonu, a raczej to ono znalazło nas. Niewielka grupka ukraińskich nastolatków stała na chodniku zaopatrzona w przenośny blat i startery sieci Kyivstar i zapraszała ludzi do ich kupienia (tych starterów).
Z ukraińskim jedzeniem i ukraińskim numerem telefonu usiedliśmy pod drzewem, mając przed sobą widok na słynną Operę Lwowską i zaczęliśmy kolację.

Zauważyłem wtedy któryś raz w życiu, że najbardziej smakujące mi i najlepiej przeze mnie wspominane posiłki (nie licząc różnych rodzinnych czy przyjacielskich spotkań) odbywały się właśnie w okolicznościach taniego podróżowania, na trawie czy krawężniku, nie zaś w wykwintnych restauracjach. Potwierdza to tylko przysłowie, że głód jest najlepszym kucharzem. Był to nasz drugi posiłek tego dnia. Posmarowaliśmy chlebek serkiem, a do ręki – na przygryzkę wzięliśmy pomidorka. Po skończonym posiłku rzuciliśmy okiem na mapę w Internecie (w telefonie!) i znaleźliśmy jeziorko – oddalone od nas jakieś 30 km. Uznaliśmy, że dobrym pomysłem będzie wybranie się tam; spędzenie nocy, zażycie porannej kąpieli i powrót do Lwowa. Już prawie się zebraliśmy i ruszaliśmy w stronę jakiegoś przystanku, gdy zawołało nas kilku Ukraińców siedzących na trawie nieopodal nas. Przykucnęliśmy na moment, żeby opowiedzieć skąd jesteśmy i co tu robimy, ale po pięciu minutach obiecująco rozwijającej się rozmowy siedzieliśmy już z powrotem wygodnie na trawce.

(Zdjęcie robiła właśnie Ania, pozdrawiamy 😉 )

Okazało się, że Ania, Alex, Andriej i Dima pochodzą z Kijowa i przyjechali do Lwowa, bo od następnego dnia we wsi oddalonej stamtąd o 40 km trwać miał Zaxidfest – czyli ukraiński festiwal muzyki rockowej. Zaczęliśmy rozmawiać o muzyce, o Ukrainie (i Polsce), o autostopie i o wszystkim. Fantastyczni pozytywni ludzie. Wymieniliśmy się numerami. Opowiedzieli nam trochę więcej o festiwalu i tegorocznych gościach. Zaxidfest tym razem odbywał się po raz dziesiąty i jako jubileuszowy odbywać się miał z dużą pompą. Dodatkowo nasi nowi przyjaciele powiedzieli nam, że pierwszy dzień koncertów jest darmowy i każdy może wziąć w nich udział. Nie trzeba było nas długo namawiać. Popatrzyliśmy krótko po sobie i wiedzieliśmy już, jak spędzimy jutrzejszy dzień.

Ciąg dalszy nastąpi…

Maciej Tomaszewski

PS. Zapraszam serdecznie na poprzednie wpisy o autostopowej wyprawie na Ukrainę:
Nie da się złapać stopa (1) oraz Autostopem na Ukrainę (2)

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: