Przedostatni etap podróży – przez morze. Prom z Estonii do Finlandii

[foto: Zuza Krasnopolska]

Byliśmy już bardzo blisko finału naszej dwutygodniowej podróży. Wsiedliśmy na prom, którym chcieliśmy pokonać Zatokę Fińską. I wkrótce naszym oczom ukazał się upragniony ląd – Skandynawia…

W Tallinnie spędziliśmy kolejną noc. Pozwiedzaliśmy trochę starówkę, która w stolicy Estonii jest naprawdę piękna. Czuliśmy się jak wyjęci z naszych czasów i wsadzeni do średniowiecznego miasta. Albo lepiej – do baśniowego świata.

[foto: Zuza Krasnopolska]

Odwiedziliśmy na przykład gospodę, w której cała obsługa przebrana była w stroje z epoki, a wnętrze stylizowane na średniowieczne. Barmanka zaś – celowo – wdawała się w pogawędki, a nawet polemiki, z klientami (np. gdy ci chcieli kupić małe piwo, zamiast dużego!). Dania i napoje były oczywiście podawane w naczyniach – rodem z ciemnych wieków. Specjalnością zakładu była zupa z łosia. (Nie jadłem. Podobno bardzo smaczna.)

W hostelu, korzystając z obecności Wi-Fi, kupiliśmy sobie bilety na samolot – z Finlandii do Polski. Niestety nie wszyscy, ponieważ chłopcy – Maks i Mikołaj musieli wracać do domu wcześniej niż pozostali. Dlatego też Tallinn był miejscem naszego pożegnania. Z racji, że ich środkiem transportu był autobus, mieli trochę większe możliwości manewru, jeśli chodzi o bagaż. Zabrali więc część niepotrzebnych nam już rzeczy, żeby łatwiej nam było później zmieścić się do samolotu.

W Tallinnie mieszkaliśmy w samiuteńkim centrum starego miasta. Jednocześnie było to dość blisko portu, do którego – wg nawigacji – pieszo mieliśmy iść ok. 20 minut. Mimo to wyszliśmy rano z hostelu z godzinnym zapasem czasu. I dobrze, bo – zanim się ogarnęliśmy, zanim zorientowaliśmy się, który statek jest nasz, minęło pięćdziesiąt kilka minut. Mieliśmy startować o godzinie 7:00 rano. Wybraliśmy ów rejs, ponieważ był najtańszy (ok. 7 euro). Późniejsze kosztowały między 10 a 20 euro.
Spodziewaliśmy się zastać w porcie przytulny prom. Tymczasem, dotarłszy tam, poczuliśmy się niemal jak na lotnisku.

[foto: Maciek Tomaszewski]

Bardzo duża przestrzeń. Normalny terminal. Wbiegliśmy do środka. Schodami na górę. Do bramek. Okazało się, że nie wystarczy mieć biletu w telefonie. Najpierw należało udać się do okienka lub do maszyny (zostało nam 5 minut) i pokazać/aktywować bilet z telefonu. Zbiegliśmy na dół. Maszyna nie ogarniała. Podeszliśmy do okienka. Okazało się, że potrzeby jest też paszport. Pani wydrukowała nam „karty pokładowe” (?). Znów schodami na górę. W ostatniej chwili zdążyliśmy przejść przez bramki i wejść na pokład. Zwycięstwo! Tak to jest, dzieci, gdy człowiek za późno wychodzi z hostelu.

[foto: Maciek Tomaszewski, *tak – zaraz po powrocie obciąłem paznokcie]

Płynęliśmy „Viking Line”, gdyby ktoś pytał. Polecam. Czysto, dużo miejsca. Zakamarki, w których można (i wiele osób to robiło) spokojnie się zdrzemnąć na wykładzinie. Oprócz tego – mnóstwo sklepów – jak w galerii, restauracje, markety, automaty do gier… Naprawdę wielkie to było. Płynie się ok. 2 godzin.

Siedzieliśmy początkowo w środku. Słońce jednak tak przyjemnie świeciło, że przenieśliśmy się na zewnątrz, żeby czuć jego promienie na policzkach i wiatr we włosach.

[foto: Zuza Krasnopolska]

Nie wiem, skąd się tam wzięli, ale było na tym promie pełno Polaków. Po prawie dwóch tygodniach podróży przez kraje bałtyckie – języka polskiego mogliśmy usłyszeć mniej więcej tyle, co używaliśmy między sobą. A tutaj nagle, na morskiej trasie Tallinn-Helsinki, uderzenie potężną dawką ojczystego języka. Mały, przyjemny szok.

[foto: Zuza Krasnopolska]

Obserwowałem, jak długo mogłem, brzeg Estonii. Zastanawiałem się, czy będziemy mogli widzieć jednocześnie brzeg Finlandii. Nie mogliśmy. Pojawiła się jednak dosłownie kilka minut po tym, jak zniknęła nam z oczu Estonia. Nasz upragniony cel wreszcie zaczął rysować się na horyzoncie.

Mogliśmy do woli poprzyglądać się wysepkom rozsianym u wybrzeży Finlandii.

[foto: Zuza Krasnopolska]

Same Helsinki zrobiły na nas duże wrażenie. Prom dobił wreszcie do brzegu i postawiliśmy nasze nogi na fińskiej ziemi. Ruszyliśmy przed siebie. Czekała na nas stolica Finlandii.

[foto: Zuza Krasnopolska]

Ciąg dalszy nastąpi…

Maciek Tomaszewski

Jestem także tutaj >>Facebook i tutaj >>Instagram, a także tutaj (ale na razie mało) >>YouTube

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: