Moje przygody z prawem jazdy

Tym razem pozwolę sobie na trochę prywaty… Kilka miesięcy temu moja kolejna wyprawa do Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego zakończyła się wreszcie sukcesem w postaci zdanego prawa jazdy kategorii B.

Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia… Domyślam się, że dopisek na kartce w toalecie WORD-u pochodzi od jakiejś rozgoryczonej kolejnym niezdanym egzaminem osoby… 🙂
Dopisek brzmi: „Już to widzę jak każdy, odtyka kibel, po swoim Gównie ŻAL”

 

[To całe prawo jazdy to jest temat na osobny artykuł, który mam zamiar napisać (po uprzednim przeprowadzeniu dziennikarskiego śledztwa)!]

Wyszedłem uradowany z ośrodka WORD z papierkiem potwierdzającym, że zdałem. Zadzwoniłem od razu do mojej mamy, a ona od razu zadzwoniła do taty, brata, cioci i innej cioci!
Z racji, że nie była to moja pierwsza wizyta w tym ośrodku, miałem opracowaną trasę, którą musiałem pokonać, żeby dostać się na wylotówkę. Zbierało się na burzę. Powolutku… Droga, którą pokonywałem kolejny (i ostatni) raz, była prosta, ale dość długa. Kawałek przed miejscem, w którym zawsze zaczynałem łapać stopa, skręciłem jak zwykle w ustronne i przyjemne „krzaczory”, żeby się wysikać. Taka moja mała tradycja: egzamin – spacer – toaleta – autostop. Skończyłem; kap, kap, kap. Ustawiłem się w moim miejscu, wyjąłem z plecaka kawałek kartonika z nazwą mojego miasta wypisaną flamastrem i… kap, kap, kap! I trochę więcej „kapkapkap-ów”! Zaczęło padać… Sto metrów dalej znajdował się przystanek. Zanim do niego dobiegłem, ulewa zaczęła się na dobre. (Z racji dobrej pogody panującej rano miałem na sobie tylko bluzę. Na szczęście mama zasugerowała, żebym wziął ze sobą pelerynkę przeciwdeszczową i takową posiadałem w plecaku. Trzeba słuchać Mamy!)

Przystanek

Na niewielkim przystanku za miastem otoczonym wysoką trawą czekały na autobus trzy osoby: dziewczyna w mini; jej sporo starszy chłopak, od którego mocno było czuć piwem, a kiedy się odzywał, język mu się lekko plątał i starszy nieogolony pan, który jako jedyny poczęstował się ode mnie ciastkiem. Spędziliśmy razem miłe dwadzieścia minut. Kiedy odjechali, czekałem jeszcze około kwadransa, aż przestanie padać.

Ustawiłem się na powrót do łapania stopa – z mokrą głową, w szerokiej pelerynce przypominającej może trochę worek na śmieci i z kartonikiem. Nie czekałem pięciu minut, gdy zatrzymała się elegancka Dacia. Kierowca okazał się uprzejmą, ale nieco cichą osobą. Sprawiał lekko wrażenie, jakby nie do końca chciał mnie podwieźć. Średniego wzrostu, szczupły, łysawy, z brodą. Na pierwszy rzut oka wyglądał na biznesmena albo pracownika jakiejś korporacji. Kątem oka zauważyłem powieszony z tyłu samochodu garnitur.

 

Niespodzianka

Zamieniliśmy parę słów, pogratulował mi zdania prawa jazdy. Nie jechał do mojego miasta, ale stwierdził, że może mnie podrzuci. Zapytałem w końcu, czym się zajmuje.
-Jestem księdzem.
-Nieee… Żartuje pan sobie?
-Nie. Dlaczego? Za chudy jestem? Za łysy?
Odwróciłem się do tyłu i „garnitur” okazał się… sutanną.
-Faktycznie… A nie spodziewałem się.
Ksiądz (nazwijmy go Pawłem) rzeczywiście był bardzo spokojną osobą – taki typ. Ale bardzo sympatyczny, całkiem rozmowny. Uznał, że odbije kawałek ze swojej trasy i zawiezie mnie pod sam dom, bo trzeba „jednak robić te dobre uczynki” 🙂

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: