Przygody w Transylwanii

— AUTOSTOPEM DO STAMBUŁU —
CZĘŚĆ V

Postanowiliśmy na własnej skórze doświadczyć legendarnej Transylwanii. Jednak spodziewana atmosfera grozy szybko ustąpiła miejsca otwartej i przyjacielskiej postawie spotkanych tam osób. I zdecydowanie nie wykazywały one żadnych oznak wampiryzmu.

Zuzia z Dominikiem dotarli do Cluj-Napoki jakiś czas przed nami (Maurycym i mną). Znaleźli doskonały nocleg! Było to niewielkie mieszkanko w samym centrum miasta – tuż obok albo nawet na tyłach domu, w którym w 1443 roku urodził się sam Maciej Korwin – król Węgier! Pewien chłopak – Rumun wynajmował tam bardzo tanio kilka łóżek. Swoje główne źródło dochodów ulokował jednak w innym miejscu, więc z prowadzenia „hosteliku” liczył raczej na poznanie ciekawych ludzi niż na wielkie zyski. (Może to nie bardzo istotne w świetle całej wyprawy, ale muszę o tym wspomnieć, bo bardzo mnie to za zaintrygowało. Przestrzeń bowiem w owym mieszkanku była wykorzystana w stu procentach – i to w bardzo pomysłowy sposób. Do tego stopnia, że będąc wieczorem w kuchni, z ciekawości zechciałem odsłonić i sprawdzić, co znajduje się za drewnianą rozsuwaną ścianką. Spodziewałem się ujrzeć jakieś półki z jedzeniem, ale zamiast tego moim oczom ukazały się ludzkie nogi… Zasłoniłem szybko ściankę z powrotem. W pierwszej chwili przez głowę przebiegła mi straszna myśl, że może nasz gospodarz… Nie, nie, nie! Szybko przepędziłem tę myśl. Na wszelki jednak wypadek zacząłem nasłuchiwać. Gdy usłyszałem oddech, uspokoiłem się. Następnego dnia wszyscy obejrzeliśmy, jak w sprytny sposób za działową ścianką w kuchni – aż do sufitu – umieszczono jeszcze dwa miejsca do spania. Jedno znajdowało się wyżej i wchodziło się do niego po drabince, a drugie niżej. Byłem zachwycony! Było to typowe męskie kawalerskie mieszkanko!)

Następnego dnia – wypoczęci i umyci – od rana zaczęliśmy zwiedzać miasto. Wstaliśmy dosyć szybko, żeby do wyjazdu, który planowaliśmy na popołudnie, jak najwięcej zdążyć zobaczyć. Na śniadanie – w małej piekarni pięćdziesiąt metrów od naszego miejsca noclegu – kupiliśmy sobie jakieś apetycznie wyglądające placuszko-bułki z czymś w środku. Zjedliśmy je ze smakiem 3 minuty później, siedząc na ławeczce i podziwiając piękny kościół św. Michała.

Następnie, jak na studentów historii przystało (Dominik i ja), postanowiliśmy odwiedzić Narodowe Muzeum Historii. Niestety – jak wszystko wszędzie na Bałkanach w wakacje (aaa!) – było remontowane i nieczynne. Funkcjonowała jedynie niewielka darmowa wystawa. Z braku laku zadowoliliśmy się tym i poszliśmy dalej. Zamierzaliśmy obczaić jeszcze m. in. Muzeum Etnograficzne, ale gdy je znaleźliśmy, okazało się, że jest w re-mon-cie. Zamiast muzeów zobaczyliśmy kilka kościołów. Najbardziej imponujący – przynajmniej z zewnątrz – był chyba kościół św. Michała. Niestety nie mogliśmy obejrzeć go od środka, ponieważ był właśnie remontowany. Oprócz niego zajrzeliśmy do kościoła franciszkanów, kościoła unitarian (unitarianie to jeden z rumuńskich odłamów Kościoła protestanckiego) albo sobór Zaśnięcia Matki Bożej. Kluż zrobiło na nas chyba najlepsze wrażenie, jeśli chodzi o transylwańskie turystyczne miejscowości (może oprócz Sighisoary, ale o tym za chwilkę).

W kawiarni tuż obok domu Macieja Korwina usiedliśmy, żeby wypić kawę. Nadszedł także wówczas smuty moment, w którym Maurycy musiał się z nami pożegnać. Niestety musiał wracać do Polski wcześniej od nas. Odtąd mieliśmy podróżować we trójkę – Zuzia, Dominik i ja. Maurycy odprowadził nas na przystanek, z którego mieliśmy autobusem podjechać na obrzeża miasta. Mieliśmy do odjazdu kilka minut, a trzeba nam było jeszcze kupić bilety. Na szczęście obok przystanku znajdowało się coś w rodzaju „biura biletowego” (?). Wyglądało uroczo i komunistycznie. Niestety pani z okienka zaczęła protestować, gdy spostrzegła, że chcemy uwiecznić miejsce jej pracy na zdjęciu. Pożegnaliśmy się z Maurycym i wsiedliśmy do autobusu.
Wysiedliśmy z autobusu niedaleko stacji benzynowej. Zdjęliśmy plecaki, oparliśmy je o ścianę i zaczęliśmy łapać. Na jednym ze stanowisk tankowała akurat sympatycznie wyglądająca pani z autem na niemieckich blachach. Podeszliśmy do niej z pytaniem, czy jedzie może do Sighisoary (rodzinnego miasteczka legendarnego Draculi). Natychmiast odparła, że tak – a nawet to Brasova (do którego także planowaliśmy zawitać) i chętnie nas podwiezie. Była pierwszą osobą, którą zagadnęliśmy! Początkowo Zuzia prowadziła z nią konwersację po niemiecku – z racji rejestracji samochodowej, jednak okazało się, że nasza dobrodziejka nie jest Niemką, a Węgierką – wychowaną w Rumunii. Mówi zaś w sześciu językach: węgierskim, rumuńskim, niemieckim, angielskim, włoskim i… (no i nie mogę sobie przypomnieć szóstego). Miała na imię Adriana i była świetna! Całą drogę przegadaliśmy i „prześmialiśmy”. Była do tego stopnia miła, że zwalniała specjalnie, żebyśmy mogli sfotografować co bardziej interesujące nas widoki – od pejzaży po cyganki w tradycyjnych strojach w środku wsi.

W Sighisoarze znaleźliśmy się późnym popołudniem. Zaczęliśmy od krótkie przechadzki po uroczych uliczkach tego miasteczka, a potem skoczyliśmy na jakiś obiadek. Intensywnie rozglądaliśmy się przy tym po wzgórzach otaczających miasto za odpowiednim miejscem do spania. Z okna naszej restauracji wypatrzyliśmy coś w sam raz na rozbicie namiotów. Po obiedzie udaliśmy się w tamtym kierunku. Zdążyliśmy zrobić po drodze jeszcze drobne zakupy w Lidlu, zanim zrobiło się do reszty ciemno. Do przejścia mieliśmy kawałek.

Szliśmy krętą drogą pod górę, aż w końcu zdecydowaliśmy się odbić w las i iść „na szagę” (w gwarze wielkopolskiej: na przełaj, na skróty, na skos). Nagle pięć metrów przed nami poderwał się z ziemi jakiś ciemny kształt i zaczął na nas szczekać. Kształt jednak szybko uciekł, a my poszliśmy dalej. Przedzieraliśmy się przez jakieś wredne kłujące krzaczory w zupełnych ciemnościach, aż dotarliśmy do niewielkiej polanki, która przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Widok, jaki się przed nami rozpościerał, był onieśmielający. Z pięknym widokiem na Sighisoarę zjedliśmy skromną kolację – owoce kaktusa (kupione w Lidlu). Wypiliśmy do tego ciepłą herbatkę.

Nic więcej nie było nam potrzebne do szczęścia. Moglibyśmy tak chyba przesiedzieć całą noc i gapić się przed siebie. Zmęczenie wzięło jednak górę. Oprócz spadających przez całą noc z drzew żołędzi sprawiających podejrzany szmer co 5 sekund, grupy rumuńskich imprezowiczów i kilku dzikich psów nic nie zakłóciło nam spokoju. Spodziewałem się, że rano czeka nas co najmniej równie niesamowity widok jak w nocy, ale gdy się obudziłem, jeszcze zanim otworzyłem namiot, Dominik powiedział  mi, że ktoś ukradł widok…

Na szczęście nie na długo!

Od rana zaczęliśmy uskuteczniać „zwiedzanko”. Zwiedziliśmy stare miasto, widzieliśmy m. in. dom rodzinny niesławnego transylwańskiego arystokraty – hrabiego Draculi. Wypiliśmy pyszną normalną (!) kawę i zjedliśmy kawałek normalnego ciasta w świetnej malutkiej bardzo domowej knajpeczce – w bardzo normalnej cenie (#Wielkopolska). Następnie zdecydowaliśmy się przejść podejrzanym tunelem ciągnącym się daleko pod górę. Dziwnie szło się tym „korytarzem”. Miałem wrażenie, jakbym naginał jakoś czasoprzestrzeń albo przechodził do równoległego świata. Okazało się, że po drugiej stronie czeka nas stary kościół i cmentarz. Ale to nie wszystko… Z kościoła dobiegły nas po chwili dźwięki organów! Wśród nich weszliśmy na cmentarz. I wtedy z jednego z grobów zerwała się, kracząc, czarna – jak wczorajsza noc – wrona. Ooo! Nie spodziewaliśmy się tego. Nic lepszego nie mogło nas chyba tego dnia spotkać!

Popołudniu wyszliśmy za miasto łapać stopa. Czekaliśmy niecały kwadrans, aż zatrzymał się bardzo uprzejmy pan – Rumun i zgodził się podrzucić nas do Brasova, do którego zmierzaliśmy. Hmm… Łatwo poszło. W Brasovie z łatwością odszukaliśmy nasz hostel. Czekał nas odpoczynek. Dotychczas podróżowaliśmy bardzo intensywnie. Stuknęły nam wówczas właśnie dwa tygodnie w podróży. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy przerwy i wytchnienia. W hostelu wzięliśmy prysznic i poszliśmy spać. Cały następny dzień spędziliśmy w łóżkach. Dzień zasłużonego chilloutu. A wieczorem wybraliśmy się na lokalny „brasovski” October Fest. Poznaliśmy z resztą już w hostelu kilka fajnych osób – Adiego z Indii, Huana z Hiszpanii, Clema z Francji, Mathiasa z Argentyny, Ivana z Meksyku, Maćka z Polski…

Następnego dnia czekała nas wyprawa w góry. Ale o tym – w kolejnym wpisie! Zapraszam! 😀

[Autorką większości tych cudownych zdjęć jest Zuzia! A Zuzia jest najlepsza!]

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: