Przystojniacy na Słowacji. Autostopem

— WYŚCIG AUTOSTOPEM 2018 —
CZĘŚĆ II

Autostopem przez Słowację jechało się fantastycznie! Wprawdzie dosyć powoli, ale za to z cudownymi ludźmi. Kochamy Słowaków!

Obudziliśmy się tam, gdzie się położyliśmy wczoraj – czyli w namiocie rozbitym przy stacji benzynowej pod Krakowem. Zwinęliśmy nasz przenośny dom i przenieśliśmy się pod łazienkę. Jak wiadomo, higiena podczas podróży jest bardzo ważna, dlatego w zlewie umyliśmy wszystko, co możliwe…
Po porannej toalecie przyszła pora na śniadanie. Ze stacji benzynowej wzięliśmy wrzątek do zalania zupek chińskich. Przy tej okazji pierwszy raz w życiu (i chyba ostatni, chociaż „nigdy nie mów nigdy”) zdarzyło mi się pożyczyć na stacji benzynowej łyżkę. W międzyczasie rozwiesiliśmy ręcznik na drzwiach do toalety, usiedliśmy na chodniku i zaczęliśmy wcinać. Słońce już zaczynało dawać się we znaki. Wysmarowaliśmy się filtrem i zaczęliśmy łapać stopa.

Dość szybko ze stacji zabrała nas bardzo uczynna parka, która jechała gdzieś w stronę Zakopanego na weekend. Na kolejnej stacji dosiedliśmy się do innej równie uprzejmej parki, która wysadziła nas na rozwidleniu dróg na Zakopane i Chyżne – czyli przejście graniczne. Szło nieźle. Pokonywaliśmy wprawdzie krótkie fragmenty i tylko osobowymi samochodami, ale konsekwentnie zbliżaliśmy się do naszego chorwackiego celu – Omiš.
Trzeci tego dnia kierowca miał zabrać nas do granicy. Chcieliśmy przekroczyć ją w miejscowości – Chyżne. I rzeczywiście zabrał nas do granicy. Tylko przez jego zwariowanego GPS-a jazda do tego punktu trwała jakieś 1,5 godziny, prowadziła przez jakieś wiejskie górskie serpentyny i w ogóle na koniec zamiast w Chyżnem wylądowaliśmy na jakimś mało uczęszczanym przejściu granicznym.
Kawał opuszczonej budy, jakiś walające się deski, resztki mebli, drzwi zabite… Przynajmniej mieliśmy cień. Wystawiliśmy dzielnie kciuki i kartony z napisami, ale nikt się nie zatrzymywał.

Początek przygód na Słowacji
Wreszcie zatrzymał się nam samochód dostawczy na słowackich blachach, a w nim Vladek – Słowak. Powiedział, że może nas podrzucić kawałek w głąb Słowacji – do Námestova. Rozmawialiśmy łamaną polszczyzną. A może nawet nie tak bardzo łamaną. Nasze języki są naprawdę mocno podobne. Bardzo się zainteresował naszym wyścigiem (jak większość naszych zagranicznych kierowców). Wysadził nas  we wspomnianym „Namiestowie”. Był właścicielem jakichś automatów z przekąskami i napojami, więc na koniec dał każdemu z nas po dwa wafelki z samochodu, dorzucił karton i odjechał.
Na horyzoncie widać było burzowe chmury, zaczynał wiać silny wiatr. A ze stacji nikt nas nie chciał zabrać. Wykorzystaliśmy ten czas na podładowanie telefonu. Minęła może godzinka, gdy na parkingu zatrzymał się samochód z polską rejestracją. A w nim dużo bagaży i bardzo kochana para, która sama niemal zaprosiła nas do samochodu – Karolina i Łukasz. (Pozdrawiamy!) Dostaliśmy się z nimi do Dolnego Kubína. Tam również do dyspozycji mieliśmy stację oraz parking przy centrum handlowym.

Jedno z pierwszych aut jakie się nam rzuciło w oczy miało węgierską rejestrację! Podszedłem do pani i przedstawiłem naszą prośbę po polsko-angielsko-czymś-rosyjsku (zaznaczam, że rosyjskiego nie znam wcale, a znalazł się w tej wyliczance tylko ze względu na akcent, który, nieudolnie naśladując, starałem się przemycić w naszej rozmowie). Węgierka nic nie zrozumiała, odpowiedziała mi coś, czego ja nie zrozumiałem. I ta zabawa mogłaby jeszcze trwać w najlepsze, ale wreszcie udało mi się jej wyjaśnić, że jesteśmy Polakami. Trzeba było widzieć jej reakcję! Twarz rozjaśnił jej najszczerszy na świecie uśmiech i jednocześnie głęboki żal. Powiedziałem, że chcemy na Węgry, a ona, że właśnie jadą do Polski… Głaskała mnie po ramieniu, było jej strasznie smutno. A mi,  mimo wszystko, zrobiło się strasznie miło i ciepło na serduszku.
Podczas gdy ja robiłem obchód po parkingu, zagadując do kierowców aut głównie z nielokalnymi rejestracjami, Dawid czatował na stacji. Nagle podeszła do niego nasza znajoma Węgierka i podała dwa świeżo dla nas kupione na stacji „Kinder bueno”!
Niestety niewiele więcej takich dobrych niespodzianek spotkało nas na tej stacji. Uznaliśmy, że lepszym rozwiązaniem będzie przeniesienie się na wylotówkę. W pobliskim Lidlu kupiliśmy 2,5 litra Mirindy i powędrowaliśmy, chyba niezbyt legalnie, na drogę wylotową, w poszukiwaniu dobrego miejsca do łapania. O, dziwo – szybko udało się takowe znaleźć.

Minęło chyba jakieś 1,5 godziny zanim zatrzymał się kosmicznie niemożliwie wesoły starszy Słowak. Elegancko ubrany, w starym stylu, w okularach. Z nim musieliśmy się porozumiewać na zasadzie – każdy w swoim języku, ale udało się. Przejechaliśmy z nim jakieś 20 km. Wysadził nas w bardzo dobrym miejscu, z resztą nadrobił dla nas kawałek drogi. Po chwili łapania w tym miejscu minęła nas kolejna autostopowa para. To były bardzo miłe momenty, gdy spotykaliśmy się na trasie razem z naszymi ziomkami z wyścigu.

Kochamy Słowaków
Teraz zaczynam wyliczankę wszystkich cudownych słowackich kierowców, którzy nas podrzucili. Każdy kolejny to osobna fantastyczna historia.
Staliśmy tak sobie pięknym, jeszcze kwietniowym, popołudniem na słowackiej ziemi i nic nie wskazywało na to, że za chwilę spotka nas coś tak pięknego. Mianowicie: anioł! Zatrzymała się, gdy tylko nas zobaczyła. Wyskoczyła do nas uśmiechnięta, na bosaka. Miała rude włosy, idealnie (z tego co się znam) zrobiony makijaż, cała ubrana na zielono. Na rękach miała jakieś bransoletki, na szyi jakiś wisiorek. Okazało się, że słucha celtyckiej muzyki. Taka „pani Wiosna”! Zakochałem się! Miała na imię Liviana. Próbowaliśmy początkowo rozmawiać po „słowiańsku”, ale o niebo wygodniej było – po angielsku.

Jechaliśmy z nią malowniczą krętą drogą wśród gór, dużo nam opowiadała. Zabrała nas do Zwolenia. Pod koniec naszej wspólnej podróży trochę padał deszcz, więc wypytywała nas czy mamy kurtki przeciwdeszczowe, czy może kupić nam coś do jedzenia albo do picia! Wysadziła nas w miejscu idealnym do łapania stopa (już raz w życiu łapałem w tym miejscu stopa, zapraszam tutaj).
Ułożyliśmy plecaki na kawałku suchego chodnika pod kawałkiem jakiegoś daszku. Dawcio zaczął przygotowywać karton z napisem, a ja stopowałem. Zatrzymałem kilka samochodów pod rząd. Aż nie mogłem w to uwierzyć. Niestety ich kierowcy nie jechali daleko. Jakby cudownych Słowaków było mało, niemal natychmiast zatrzymał się kolejny samochód. Kierował Słowak – Robert, a na miejscu pasażera siedział Francuz – Kamil. Świetni goście; fantastyczne chłopaki! Chłopaki… – byki po 40-sce. To był jeden z naszych najweselszych stopów. Całą drogę się śmialiśmy, zaprosili nas nawet na imprezę, na którą jechali! Z żalem serca musieliśmy odmówić… Wyścig to wyścig. To był chyba jedyny minus wyścigu – omijały nas takie potencjalne przeżycia.

Robert i Kamil wysadzili nas na stacji benzynowej. Znaleźliśmy tam elegancki drewniany stoliczek, ławeczki. Dookoła było zielono od różnych krzaczorów. Za nami rozciągało się pole, na polu siedział kot. W oddali było widać i słychać burzę. Było już prawie ciemno. Zjedliśmy kawałek chlebka, jakąś konserwę (resztki dostały się kotu z pola) i siedzieliśmy, ciesząc się wolnością.
Właściwie nie wiem, jaki mieliśmy plan na ten wieczór. Zamierzaliśmy chyba połapać stopa jeszcze z godzinkę lub dwie, a potem, w razie niepowodzenia, rozbić namiot. Dla podniesienia morale wyjęliśmy z plecaka specjalny rozweselacz – jeszcze z Polski – i, popijając resztką Mirindy – ze Słowacji – rozkoszowaliśmy się pięknym wieczorem.
Na stację wjechał samochód z dwoma młodymi Słowakami. Jeden poszedł na stację, a ja w tym czasie zagadnąłem drugiego, który został przy samochodzie, czy nie podwieźliby nas w stronę granicy słowacko-węgierskiej. Chyba nie całkiem się dogadaliśmy, ale dał mi do zrozumienia, że nie wybierają się w tamtą stronę. Z luzem w gaciach usadowiliśmy się z powrotem przy naszym stoliczku, gdy chłopaki zawołały nas do siebie i oznajmiły, że jednak nas podrzucą!
Wrzuciliśmy bagaże do samochodu, wsiedliśmy i ruszyliśmy jak błyskawica. Powiedzieli nam, że specjalnie dla nas pojadą pod granicę. Całą drogę przegadaliśmy, po angielsku. W pewnej chwili zapytali, czy chcemy piwo. Spojrzeliśmy po sobie i odparliśmy, że „jasne, że tak – jesteśmy z Polski”. Zatrzymaliśmy się przy jakimś sklepie i jeden z nich wyskoczył z auta i zaraz wrócił z piwkiem. Otworzyliśmy je i we trójkę (bo bez kierowcy) wypiliśmy zdrowie Słowaków i Polaków. Genialni goście! Wysadzili nas na parkingu w miejscowości Sahy. Kazali nam zabrać ze sobą z tylnego siedzenia dwie paczki jakichś orzeszków, paluszki. Pożegnaliśmy się i pojechali z powrotem!
Na stacji, w wyśmienitych nastrojach, próbowaliśmy łapać stopa. Było to już trudne. Po zmroku kierowcy zazwyczaj mniej chętnie „biorą”. Nie przejmowaliśmy się tym. Dzień minął nam pełen wrażeń. Stopniowo od strony granicy zaczęły się zbliżać do nas autostopowe pary. Jedna z nich była z naszego wyścigu – Agnieszka i Michał – (pozdrawiamy!) totalnie pozytywni i uśmiechnięci ludzie. Łapaliśmy jeszcze chwilę razem (dziewczynom zawsze łatwiej), ale gdy sytuacja się nie zmieniała, rozbiliśmy nasze namioty na trawniku za stacją. Usiedliśmy na karimatach i wyjęliśmy, co mieliśmy. Michał pobiegł na stację po coś do tego i… spędziliśmy bardzo miły wieczór. Dzięki Wam za niego gorąco!

To koniec naszych przygód na Słowacji. Następnego dnia czekały nas trudne chwile na Węgrzech… Ale na razie spaliśmy sobie smacznie na Słowacji! Słowacja, 3 x TAK!

 

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: