Spałem w ciężarówce

AUTOSTOPEM DO CHORWACJI 2017
część 2

Wszyscy Polacy to jedna rodzina

Noc minęła spokojnie. Obudziłem się wcześnie, bo już przed 6:00. W namiocie i w towarzystwie kilku szczypawic. (Tak się kończy niedopinanie namiotu na noc.) Na dworze było już jasno, na trawie rosa i samochody na stacji. Ubrałem się, spakowałem wszystko do plecaka (oprócz szczypawic) i poszedłem na stację – „wziąć prysznic”.

Po porannej toalecie udałem się prosto na drogę. Sto metrów od miejsca mojego nocowania znajdowała się bardzo elegancka i wygodna zatoczka. Kluczem do sukcesu w łapaniu stopa za granicą okazała się polska chorągiewka – kupiona za złotówkę na allegro. Na mojego kolejnego dobrodzieja czekałem może koło kwadransa. Zatrzymał się, bo dostrzegł biało-czerwony symbol w mojej ręce. Gdy wsiadałem, jeszcze upewniał się co do mojej polskości i pytał, czy na pewno nie jestem „przebierańcem”. Następnie podwiózł mnie jakieś 70 kilometrów na duży parking pod miejscowością przygraniczną – Šahy.

Zrobiłem tam tradycyjną „rundkę”, jaką zwykle w takich miejscach wykonuje autostopowicz, czyli obszedłem wszystkie ciężarówki z pytaniem o ewentualny transport. Nie uzyskawszy satysfakcjonującej odpowiedzi, usadowiłem się na wyjeździe z parkingu i… czekałem. Polską chorągiewkę cały czas miałem widocznie wyeksponowaną.

Zatrzymał mi się Kuba – świeżo upieczony kierowca ciężarówki. Jechał na wyładunek do Budapesztu, a następnie do miejscowości – Szombathely (niedaleko austriackiej granicy). Z Kubą spędziłem sporo czasu, bo nie tylko na węgierskiej autostradzie, ale też w czasie rozładunku towaru… Zanim się nami zajęli, a potem zanim skończyli, minęły chyba niecałe dwie godziny!

 

Ukraiński autostop

Do węgierskiego Szombathely trochę jechaliśmy. Wysiadłem przy drodze wylotowej w jakiejś zatoczce. Jednak sytuacja zdawała się nie wyglądać za wesoło. Był już wieczór. Obok zamiast stacji benzynowej trawnik i Praktiker… Wtedy nie zdążyłem się nad tym dobrze zastanowić i pomartwić, bo po jakichś pięciu minutach zatrzymała się ciężarówka na polskich blachach (czyli z polską rejestracją).
– Co pan tu robi?! – zapytał wesoło kierowca z wyraźnie wschodnim akcentem.
– A na wakacje się wybrałem – odparłem, pakując się już do kabiny.
Mój kierowca okazał się Ukraińcem. Miał na imię Andrzej. I jechał do Zagrzebia! Powiedział, że jakby to było, jakby się polski samochód nie zatrzymał Polakowi! 🙂 Bardzo słusznie!

Jechaliśmy i właściwie całą drogę rozmawialiśmy. Po polsku. Tak się złożyło, że podczas tej podróży z kierowcami używałem tylko języka polskiego. Andrzej mieszka w „Polszy” i pracuje jako kierowca w polskiej firmie.
Po 1,5 godzinie jazdy musieliśmy się zatrzymać, bo Andrzej musiał „kręcić pauzę” 45 minut. Byliśmy już bardzo blisko granicy z Chorwacją.

 

Kontrola na granicy

Dojechaliśmy tam raczej bez komplikacji. Niespodzianka! Kontrola graniczna! Zajęły się nami dwie nerwowe Węgierki. (Tak to chyba jest, że jak człowiek poczuje troszkę władzy, to mu zaczyna odbijać…)
– Motor sztop! Motor sztop! – jedna z nich bardzo zniecierpliwiona kazała Andrzejowi zgasić silnik. Wzięła od niego dokumenty i zdenerwowana sekundą opóźnienia zawołała też o moje. Podałem jej dowód. Rzuciła mu badawcze spojrzenie, następnie nieufnie mi się przyjrzała i oddała mi dokument. Z papierami Andrzeja dłużej się bawiła, natomiast druga zażądała ode mnie jeszcze raz dowodu. Na szczęście nie znalazły koksu i broni, które przewoziliśmy pod ubraniem! Przejechaliśmy dalej. Minęliśmy rzekę Murę – wyznaczającą granicę i znów zatrzymaliśmy się do kontroli – tym razem chorwackiej. Facet był trochę bardziej uprzejmy, za to w naszych dokumentach szperał też trochę dłużej. Zabrał je do komputera i pewnie sprawdzał, czy nie ciąży na nas europejski nakaz aresztowania 🙂 DOJECHAŁEM AUTOSTOPEM DO CHORWACJI! 🙂

W Zagrzebiu padał deszcz. Andrzej stwierdził, że mogę się przespać u niego w ciężarówce – zaprosił obcego człowieka do siebie na noc! – tak też postanowiłem zrobić. Następnego dnia chciałem ruszyć dalej – nad Adriatyk.

Po rozładunku zaparkowaliśmy samochód na parkingu na obrzeżach miasta. Mój ukraiński kierowca musiał odstać 45 godzin przed powrotem do Polski. Andrzej był niesamowicie gościnnym i przyjaznym człowiekiem. Zjedliśmy razem kolację, rozmawialiśmy długo o Polsce i Ukrainie i poszliśmy spać. Nie wiedziałem jeszcze, że spędzę u niego dużo więcej czasu niż jedna noc…

 

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: