Szomolya – szczęśliwa wiocha zabita dechami

— AUTOSTOPEM DO STAMBUŁU —
CZĘŚĆ III

Jakaś węgierska magia zaczęła działać natychmiast, gdy tylko postawiliśmy nogę w Szomoly’i. Ze zdziwienia i zachwytu nie mogłem wyjść do ostatniej chwili pobytu w tej węgierskiej wiosce.

Wypoczęci i szczęśliwi wyszliśmy z łaźni tureckiej w Egerze – jako ostatni klienci tego dnia. Był już późny wieczór. Chcieliśmy zdążyć na ostatni autobus do pobliskiej wsi (oddalonej o ok. 15 km) – o nazwie „Szomolya” (czytaj: Samoja). Zdążyliśmy. Dworzec autobusowy znajdował się tuż za egerską katedrą. Odczekaliśmy chyba godzinkę i wpakowaliśmy się do naszego autobusu. (Przyzwyczaiłem się w końcu do węgierskiej waluty i do tego, że za autobus płacę kilkaset forintów.) Byliśmy naprawdę bardzo zmęczeni, ale na szczęście nie przegapiliśmy naszego przystanku. Na wszelki jednak wypadek przy wysiadania zapytaliśmy jedną panią, czy to aby już na pewno Szomolya. I to wystarczyło! Stało się to genialnym przyczynkiem do dyskusji. Miła pani natychmiast rozpoczęła z nami ochoczo prowadzić przyjacielską pogawędkę (oczywiście za pośrednictwem Maurycego). Ruszyliśmy więc razem środkiem drogi, po której nie jechały już żadne samochody; pośrodku węgierskiej wioski i w środku nocy. Pani, jak się okazało, była z mężem. Wrócili właśnie chyba z jakiejś małej uroczystości w Egerze i byli w dobrych nastrojach. Zaproponowali nam nocleg na swoim podwórku! Po krótkiej chwili nie wiadomo skąd, dołączyła do nas kolejna dziewczyna, a za 10 metrów zatrzymało nas jakieś małżeństwo i dołączyło się do rozmowy. Wszystko działo się bardzo szybko. Za moment zrobiła się z nas już 12-osobowa grupka. Staliśmy przy wjeździe na podwórko jednej z par. Właściciel przyniósł zaraz z domu kieliszki, domowej roboty wino i poczęstował wszystkich. Wino było pyszne! Następnie przyniósł kolejne kieliszki i nalał nam do nich domowej roboty „palinki” (takiej tradycyjnej owocowej węgierskiej „wódki”) – lokalnego przysmaku. Chłopak jednej z dziewczyn skoczył do siebie naprzeciwko i przyniósł również swoją „palinkę”, żebyśmy mogli spróbować dwóch różnych rodzajów. Wszystko było pyszne (tzn. wino)! A od uprzejmości i gościnności Węgrów kręciło się nam w głowie na pewno bardziej niż od alkoholu. Wszyscy byli bardzo zaciekawieni naszą podróżą, uśmiechali się do nas, zadawali mnóstwo pytań. Dwie dziewczyny próbowały rozmawiać z nami po angielsku, ale bardziej prawdopodobne było raczej, że to my zaczniemy mówić po węgiersku – po jeszcze jednym kieliszku wina. Ostatecznie nasi nowi znajomi odprowadzili nas do miejsca idealnego na rozbicie namiotów.

Noc spędziliśmy na wzgórzu z pięknym widokiem na całą wioskę. Rano obudziła nas grupka cygańskich chłopców, traktor i pasący się nieopodal osioł. Głównymi atrakcjami Szomoly’i są skałki, w których swoją obecność zaznaczyli niegdyś Celtowie oraz stare, ale oczywiście dużo późniejsze (gdzieś z początków XX wieku) mieszkania w skałach.
Wstaliśmy rano i zeszliśmy do wioski, żeby kupić w sklepie jakieś rzeczy na śniadanie. Sklep wyglądał świetnie! Wyglądał właśnie tak, jak wyobrażam sobie sklep w późnym PRL-u. Kilka półek, mały wybór, pulchna ekspedientka. Ale, co nas bardzo zaskoczyło, można było płacić kartą! Kupiliśmy trochę chlebka, serka i coś do picia.

Zaraz po śniadaniu udaliśmy się obejrzeć celtyckie skałki.

Następnie postanowiliśmy udać się do wcześniej wspomnianych mieszkań wydrążonych w skale. Znajdowały się po drugiej stronie wioski. Po drodze minęliśmy sporo cygańskich dzieci i pewną starszą panią, którą zapytaliśmy o drogę, a która wypatrywała na ulicę ze swojej werandy. Niestety okazało się, że najbardziej znane w okolicy i najbardziej zadbane skalne mieszkanka są dziś nieczynne, gdyż – jak informowała wypisana ręcznie kartka powieszona na płocie – właściciel musiał wyjechać na jakiś pogrzeb.

Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze rozszyfrować informacji tam zamieszczonej, gdy zobaczyliśmy, że przydreptała za nami starsza pani, którą kilkanaście minut wcześniej pytaliśmy o drogę. Okazało się, że jest właścicielką jednego z takich „domów” i chętnie nam go pokaże. Byliśmy zaskoczeni, ale chętnie się zgodziliśmy. Jej dawny dom znajdował się kilkadziesiąt metrów dalej. Oprowadziła nas po nim, opowiedziała, jak się w nim żyło, mieszkało; gdzie stały łóżka, szafy, piec…W pewnym momencie nawet się wzruszyła.

Jeszcze tego wieczora chcieliśmy wrócić do Egeru. Wstąpiliśmy szybko do lokalnej knajpki, w której, dzięki uprzejmości pani barmanki, zostawiliśmy wcześniej większość bagaży na czas zwiedzania i kupiliśmy sobie po szprycerze (białe wino zmieszane z wodą sodową – zwykle w proporcjach 1:1, bardzo popularne na Węgrzech). Mieliśmy jeszcze kilkanaście minut do autobusu. Gdy dopijaliśmy właśnie nasze napoje, zobaczyliśmy przez okno przejeżdżający autobus. Tak… Okazało się, że to był nasz autobus i uciekł nam – przed czasem! Zarzuciliśmy błyskawicznie plecaki na plecy i ruszyliśmy w stronę przystanku w nadziei, że był to może jakiś wcześniejszy kurs. Nic z tego. Do tego zaczął padać deszcz. Postanowiliśmy łapać stopa.

 

Właściwie od razu zatrzymał się pewien bardzo miły Węgier (pierwszy raz w życiu złapałem stopa w 4 osoby!), który wysadził nas gdzieś w połowie drogi i… zaczął szperać w bagażniku. Podarował nam domowej roboty wino! 10 minut później złapałem stopa w 4 osoby drugi raz w życiu! Naprawdę nie mogłem uwierzyć w to, co się dzieje!

Ciąg dalszy nastąpi 😀

 

[Autorką tych cudownych zdjęć jest oczywiście Zuzia! Bardzo Ci za nie dziękuję!]

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: