Węgry zaczynają się na prowincji

— AUTOSTOPEM DO STAMBUŁU —
CZĘŚĆ II

Wystarczyło wyrwać się z Budapesztu, żeby doświadczyć zupełnie innych Węgier. Po angielsku nie mówił prawie nikt, ale za to prawie każdy okazywał nam życzliwość na tysiąc innych sposobów.

W hostelu w Budapeszcie spędziliśmy dwie noce. Dni zaś wykorzystaliśmy na długie spacery po starym mieście; wzdłuż i w poprzek Dunaju. Obejrzeliśmy budynek parlamentu węgierskiego w kilku odsłonach – popołudniowej, wieczornej i nocnej.

Wspięliśmy się pod najsłynniejszy na Węgrzech pomnik Turula (to taki mityczny święty ptak, który według legendy wskazał ludowi Madziarów obecne tereny Węgier jako odpowiednie do zasiedlenia.

Jest bardzo ważnym narodowym symbolem na Węgrzech, mi osobiście trochę przypomina kaczkę, a trochę orła) oraz na Wzgórze Zamkowe. Odwiedziliśmy też Plac Bohaterów, a z miejsc mniej patetycznych – m. in. znane targowisko – Nagy Vásárcsarnok (tak, wiem… ten język do niczego jest niepodobny) i kilka knajpek.

To jednak nie Budapeszt był naszym celem, więc po kilku dniach ruszyliśmy dalej. Czekała nas najpierw żmudna przeprawa przez miasto w kierunku wylotówki. Szara autostopowa codzienność… Kawał drogi przemierzyliśmy na piechotę, zaś pod stację benzynową, na której zamierzaliśmy łapać, kilka przystanków podjechaliśmy miejskim autobusem. Nie było tragicznie, ale nie było też najlepiej. Stacja nie znajdowała się bowiem przy samej autostradzie, więc nie była całkiem oczywista dla kierowców. Nie zrażając się, zaczęliśmy łapać. Dorwaliśmy wreszcie jednego pana, który zgodził się podrzucić nas kilkanaście kilometrów dalej – na jakąś inną stację. Ulżyło nam. Zawsze dobrze jest wyrwać się z dużego miasta, nawet na niewielką odległość (byle w dobrym kierunku) – wtedy stopowanie idzie już zwykle dużo łatwiej. Tak też się stało. Nie zabawiliśmy długo na kolejnej stacji (chociaż zdążyliśmy obczaić już teren pod potencjalny nocleg), bo wziął nas miło wyglądający dżentelmen o aparycji biznesmena, który pamięta jeszcze jak kiedyś sam nie miał za wiele pieniędzy. Podwiózł nas nawet kawałek dalej, niż zamierzał. Mniej więcej o zachodzie słońca wylądowaliśmy na niewielkim parkingu przy niewielkiej przydrożnej knajpie. Od biedy dalibyśmy radę gdzieś się tam zdrzemnąć, ale zdecydowaliśmy jeszcze jakiś czas zapolować. Od celu dzieliło nas kilkadziesiąt kilometrów, gdyż tego dnia chcieliśmy dotrzeć do Egeru. W pewnej chwili na parking zajechała ciężarówka na rumuńskich blachach. Od razu do niej uderzyliśmy. Kierowca zrobił przestraszoną minę, a zaraz potem szeroko się uśmiechnął i powiedział, że nie ma sprawy, że nas zabierze, że będzie przejeżdżał obok Egeru, że tylko zje kolację i możemy ruszać za 40 minut. Po tym czasie siedzieliśmy już wygodnie w kabinie ciężarówki, a nasz dobrodziej częstował nas wodą i czekoladą. Całą drogę przegadaliśmy (Marius mówił płynnie po angielsku, trochę po węgiersku, bardzo dobrze po włosku). Zaprosił nas nawet do siebie do Rumunii! Koło 22:00 wysiedliśmy na autostradzie/drodze szybkiego ruchu przy zjeździe na Eger. Noc. Przeskoczyliśmy od razu przez przydrożne barierki, wyjęliśmy latarki i ruszyliśmy na szagę w stronę drogi na Eger. Pokonaliśmy rów, schody i kolejne barierki i znaleźliśmy się na całkiem przytulnej choć zaniedbanej ścieżce rowerowej lub czymś w tym rodzaju. Od drogi dzielił nas gęsto zarośnięty pas zieleni. Wyczuwaliśmy potencjał na bezpieczny nocleg. Przeszliśmy tak może z kilkaset metrów, aż dotarliśmy do małej bocznej drogi. Przy niej znaleźliśmy idealne miejsce na rozbicie namiotów.

Po twardo przespanej nocy zwinęliśmy manatki i ruszyliśmy dalej. Niedaleko znaleźliśmy market. Wstąpiliśmy do niego na małe śniadanko. Ale oprócz jedzenia wynieśliśmy stamtąd także wskazówki odnośnie drogi od uczynnego pana ochroniarza. Mimo to dłuższą chwilę zajęło nam wyrwanie się z tej wioseczki. W końcu zatrzymała się nam jedna dziewczyna – samochodem z kierownicą z prawej strony. Och, jaka to była pozytywna dziewczyna! Uśmiechnięta i wesoła. Sylwia stwierdziła, że nie wyglądamy na morderców (w tym momencie któryś już raz w życiu usłyszałem taki komplement na swój temat i myślę, że gdyby nie autostop, to raczej nie dane mi by było doświadczyć tak oryginalnego pochlebstwa). Podrzuciła nas do samego Egeru. Poszliśmy najpierw coś wszamać na mieście, a później – na deser – na stację benzynową po wiadro prądu. Cały czas byliśmy w kontakcie z Zuzią i Dominikiem, którzy chwilę po nas wyruszyli z Polski. Zmierzali właśnie w stronę Egeru i wszystko wskazywało na to, że wieczorem do nas dołączą. Spotkaliśmy się kilka godzin później pod jakimś marketem. I zaczęły się nasze „egerskie” przygody…

Wybiliśmy za miasto – w stronę wzgórz z winnicami. Maurycy był już kiedyś w Egerze, więc znał troszkę okolicę. Była już noc, gdy odbiliśmy w jedną z dróżek prowadzących w głąb winnicy. Musieliśmy wejść naprawdę głęboko, zanim znaleźliśmy odpowiednie miejsce – idealną „polanę” między rzędami winogron. Kończyliśmy już rozbijać namioty, gdy w dostrzegliśmy – przypomnę: po środku winnicy – zbliżający się do nas samochód. Zamarliśmy na moment. Auto zatrzymało się przy nas po chwili, więc pchnęliśmy Maurycego, żeby postąpił krok naprzód. Panowie nawet nie wyszli z samochodu. Powiedzieli tylko, że możemy tu spokojnie spać i życzyli nam miłych snów. Usiedliśmy po chwili przy namiotach, zrobiliśmy sobie herbatę (Dominik zabrał butlę gazową i palnik), napiliśmy się także z Maurycym słynnej Kofoli, którą nasi współtowarzysze przywieźli nam specjalnie ze Słowacji i zjedliśmy kolację. Wymieniliśmy się nawzajem przygodami, jakie zdążyliśmy dotychczas przeżyć (Zuzia z Dominikiem udzielili np. wywiadu jakiejś słowackiej telewizji). Zmęczeni po całym dniu położyliśmy się spać. Zapiąłem dokładnie namiot, bo złośliwcy zaczęli mnie straszyć modliszką (na którą rzeczywiście można się natknąć na Węgrzech). Zasnęliśmy.

Rano dopiero dotarło do nas tak naprawdę, w jak pięknych okolicznościach przyrody przyszło nam spędzić noc. Wstaliśmy i poszliśmy się wykąpać. Poprzedniego wieczora najpierw na mapie, a potem w rzeczywistości odnaleźliśmy jezioro przylegające do winnicy, w której spaliśmy. Zostawiliśmy większość rzeczy w namiotach, wskoczyliśmy w kąpielówki i ruszyliśmy wziąć kąpiel. (Chcę tu podkreślić, że specjalnie przed wyjazdem kupiłem sobie szare naturalne mydło, żeby nie zanieczyszczać środowiska żadnymi świństwami.)

Czyściutcy i pachnący zwinęliśmy namioty i poszliśmy zwiedzać Eger. Miasteczko jest stosunkowo nieduże, więc szybko oblecieliśmy najważniejsze punkty (jak katedra, rynek…).

Spacerowaliśmy tak sobie, aż na jednej z popularniejszych „egerskich” uliczek-deptaków spotkaliśmy pewnego muzyka. Grał na jakichś dziwnych instrumentach (jeden to na pewno cytra, a drugi to – z góry przepraszam wszystkich muzyków, jeśli się mylę – chyba lutnia). Zagadnęliśmy go i, ku naszemu ogromnemu zdumieniu, okazało się, że pan mówi po polsku. Był Węgrem, ale okazało się, że spędził kiedyś sporo czasu w Polsce – studiował językoznawstwo i uprawiał wędrowne muzykowanie. Opowiedział nam sporo o sobie i strasznie się ucieszył, że podróżujemy stopem – tak jak kiedyś on. Na koniec obiecał nawet załatwić Maurycemu ręcznie wykonaną cytrę z Rumunii.

Usiedliśmy razem z nim, pogawędziliśmy trochę, zaśpiewaliśmy kilka polskich (!) piosenek, a nawet doszliśmy do tego, że mamy kilku prawie wspólnych znajomych w Polsce. Postanowił, że spróbuje załatwić nam nocleg u swojego gospodarza. Wynajmował chyba gdzieś jakieś pół kanciapy na strychu. Niestety nie udało mu się załatwić nam spania, ale nie zmartwiliśmy się tym wcale, gdyż naszym pierwotnym planem i tak był wypad na noc do wiochy pod Egerem (ok. 15 km) o nazwie „Szomolya” (czytaj: Samoja). Ale najpierw odwiedziliśmy najprawdziwszą turecką łaźnię.

Zgodnie uznaliśmy, że każdy dzień autostopu powinien kończyć się wizytą w takiej łaźni. Ooo…
Późnym wieczorem złapaliśmy ostatni autobus do Szomoly’i. Ale o przygodach w tej wiosce zabitej dechami opowiem w następnym wpisie.

[Tak w ogóle to autorką tych lepszych zdjęć jest oczywiście Zuzia,
która jest najlepszym fotografem na świecie i w kosmosie nawet też!]

Ciąg dalszy nastąpi 😀

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: