Wilno. Mieszanka polsko-litewska

Co zaskakuje w Wilnie?

Do Wilna, wraz z grupą znajomych ze studiów oraz naszą cudowną Panią Doktor, zawitaliśmy wcześnie rano – ok. 6:00 (czasu lokalnego). Pożegnaliśmy się z naszym estońskim przewoźnikiem i wysiedliśmy na głównym dworcu autobusowym w stolicy Litwy.
Od początku Wilno zaczęło mnie zaskakiwać. Prawie wcale nie czułem, że znajduję się w stolicy europejskiego państwa. Co ciekawe, chyba nie do końca zdawałem sobie także sprawę, że jestem poza granicami Polski.
Czas leci tam trochę inaczej – dosłownie i w przenośni. Dosłownie, bo Litwa znajduje się w innej strefie czasowej niż Polska (godzina różnicy). W przenośni, bo zwiedzając starówkę Wilna, miałem wrażenie, że oglądam niemal to samo co Adam Mickiewicz.
Bardzo dobrze się z tym czułem. Podobało mi się też to, że są tam dość ściśle określone dwie części miasta: stare miasto i widoczne w oddali współczesne centrum z nowoczesnymi wieżowcami. Tego drugiego nie zwiedziłem, więc Wilno będę pamiętał tylko jako zabytkowe, pomnikowe i… przytulne.
Naprawdę! Wszystko, co ważne jest tam bardzo blisko siebie. (I fakt, że przeszliśmy na piechotę w Wilnie w ciągu 3 dni ok. 50 km wcale temu nie przeczy, tylko właśnie to potwierdza!) Oprócz licznych kościołów (zapraszam na mini przewodnik po wileńskich kościołach), które można spotkać za każdym rogiem, jest Katedra, jest Ostra Brama, jest baszta Giedymina, jest Pałac Prezydencki, jest Uniwersytet… A wszystko łączą ze sobą klimatyczne uliczki  i ulice (np. klimatyczna ulica Zamkowa), po których jeżdżą stare trolejbusy.

Dlaczego warto chodzić po Wilnie pieszo?
            Bo najlepiej, najdokładniej i od każdej strony poznaje się miasto, łażąc po nim na piechotę. Można wtedy bardziej doświadczyć normalnego życia mieszkańców, zasmakować w kontaktach z lokalną społecznością, zajrzeć w ukryte uliczki – jednym słowem poznać prawdziwą twarz miasta.
W Wilnie jest to dodatkowo bardzo wygodne. Wszystkie najważniejsze i najbardziej warte zobaczenia obiekty są, można powiedzieć, skondensowane w jednym miejscu. (No dobra! Nie wszystkie! Przesadziłem. Ale mimo to Wilno zwiedza się stosunkowo praktycznie na własnych nóżkach.)
Z poruszaniem się za pomocą wileńskiej komunikacji miejskiej wiąże się kilka „problemów”. Po pierwsze litewskie „kanary” są bardzo restrykcyjne. Na przykład przekroczenie czasu na bilecie o 2-3 minuty oznacza u nich mandat w wysokości nawet 300 euro. Ryzyko, jak widać, jest spore. Wiem, choć na szczęście nie z autopsji, tylko z opowieści naszej cudownej Pani Doktor, jak wygląda taka kontrola biletów. Otóż grupa ośmiu kontrolerów biletów robi „nalot”. Są ubrani bardzo… hmmm… poważnie. Mają na sobie coś na kształt bluz mundurowych, szerokie spodnie i wojskowe wysokie buty. Nie ma możliwości ucieczki. Osoby bez ważnych biletów są siłą (i domyślam się, że jak na standardy, do których przyzwyczajony jest statystyczny Europejczyk, nawet dość brutalnie) wyciągane z pojazdu i zaprowadzane do „kanarowego” samochodu. Tam procedura wystawiania mandatu jest kontynuowana po zakończeniu kontroli. Odradzam więc zdecydowanie jazdę na gapę oraz roztargnienie. A o to nietrudno!
Nietrudno, bo widoki za oknem skutecznie przyciągają wzrok. A poza tym na pewno trzęsie w tych trolejbusach (na starym mieście widziałem tylko trolejbusy i trochę autobusów), nie można odczytać godziny z zegarka, czas na bilecie mija i dostaje się mandat!

Na piechotę można wszystkiemu uważniej się przyjrzeć. Zatrzymać się w dowolnym momencie. Wydaje mi się, że zdecydowana większość turystów porusza się po Wilnie na własnych nogach. Jest to dużo lepsze rozwiązanie.

Dlaczego w Wilnie czułem się trochę jak u siebie a trochę nie?

Mieliśmy naprawdę duże szczęście, że możemy doświadczyć Wilna w ramach wyjazdu naukowego. Dzięki temu dostrzegliśmy jeszcze więcej polskich niuansów i elementów polskości w tym mieście.
Pierwszego dnia, rano po przyjeździe i wzięciu prysznica w naszym hostelu, udaliśmy się zwiedzić wileńskie archiwum historyczne (Państwowe Archiwum Akt Dawnych). Fantastyczna sprawa! Jako studenci historii zostaliśmy tam ugoszczeni i oprowadzeni. Mogliśmy na własne oczy zobaczyć archiwum z prawdziwego zdarzenia! (Jak na filmach – wysokie szafy na specjalnych szynach przesuwane za pomocą pokrętła tworzące wąskie uliczki, szare grube teczki, segregatory; mnóstwo pomieszczeń, schodów itd.)

O polskości Wilna przypominały nam także kościoły, w których liturgia odbywa się często w języku polskim, a Polacy spotykają się na nabożeństwach (w jednym z nich znajduje się obraz przedstawiający Jezusa autorstwa siostry św. Faustyny Kowalskiej, która także przez jakiś czas mieszkała w klasztorze w Wilnie).
Na sam koniec zostawiłem słynny cmentarz na Rossie (tzw. „Rossa”) – jeden z najmocniejszych polskich składników Wilna. Jest to cmentarz zarządzany przez polonię, na której pochowanych jest wielu zasłużonych Polaków (m. in. Joachim Lelewel, Tadeusz Wróblewski albo ojciec Juliusza Słowackiego…). Na Rossie znajduje się także serce marszałka Józefa Piłsudskiego.

Chyba jest jasne, dlaczego w Wilnie mogliśmy poczuć się trochę jak w ojczyźnie. Ale co sprawiło, że nie do końca? Już przed wyjazdem wiedziałem, że spora część Litwinów nie pała do Polaków szczególną sympatią. Szczerze mówiąc dało się to czasami troszkę wyczuć; w sklepie, na ulicy – w spojrzeniach, w tonie głosu, w sprawdzaniu każdego banknotu przez kasjerkę itd. Z drugiej strony mieliśmy np. bardzo uprzejmą obsługę w naszym hostelu oraz poznaliśmy wielu świetnych Litwinów. Mam wrażenie, że młodzi Litwini (choć nie zawsze) byli do nas generalnie trochę pozytywniej nastawieni i bardziej otwarci. Nieco inaczej miała się postawa starszych. Jednak nie chcę histeryzować i daleki jednak jestem od generalizowania. Wilno jest, nie tylko pod tym względem, bardzo niejednoznaczne.
A w ogóle to nasz wyjazd był fantastyczny! Bardzo dziękuję wszystkim moim cudownym znajomym ze studiów oraz naszej cudownej Pani Doktor!

To był tylko taki szybki przegląd naszej podróży i wizyty w Wilnie. Wkrótce wlecą kolejne wpisy, w których powymądrzam się, co konkretnie warto w Wilnie zobaczyć, jaka jest jego „ciemna strona” oraz dużo więcej zdjęć. (Autorem tych wszystkich zdjęć, z wyjątkiem ostatniego, jest mój serdeczny kolega i świetny fotograf – Łukasz Zborowski. Łukasz, bardzo Ci dziękuję!)

Zapraszam 😉

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: