Przystanek: Rumunia, błotne wulkany

— AUTOSTOPEM DO STAMBUŁU —
CZĘŚĆ VII

Cała Rumunia okazała się cudowna. Od pięknej przyrody, po pięknych ludzi. Doświadczaliśmy uprzejmości na każdym kroku. I tak dotarliśmy autostopem do błotnych wulkanów w Berce.

Z ciemności wyłoniło się pięciu wędrowców. Wyszli z lasu w środku nocy i podążyli w stronę miasta. Bezszelestnie jak duchy przemierzali kolejne uliczki. Światła lamp co jakiś czas rzucały nieśmiały blask na ich lica. Gdyby ktoś mógł wtedy z bliska ujrzeć ich twarze, dostrzegłby na nich zmęczenie, szczęście i to…, że cholernie chciało im się pić.
Tak, ten opis dotyczy oczywiście naszej drużyny. Po zdobyciu szczytu Omu (2507 m. n. p. m.) w rumuńskich Karpatach zeszliśmy do miasteczka – Bușteni. Od kilku godzin byliśmy bez wody. Znaleźliśmy chyba ostatni tego dnia czynny sklepik i kupiliśmy duuużo picia. Potem szybko dotarliśmy do dworca kolejowego, przeskoczyliśmy przez jakieś barierki i znaleźliśmy się na peronie. Udało się! Do pociągu mieliśmy jeszcze chwilę, więc bez pośpiechu kupiliśmy nań bilety. Późno w nocy wylądowaliśmy wreszcie w hostelu w Brasovie – Zuzia, Dominik, Huan, Maciek i ja. Następnego dnia czekała nas dalsza podróż – w stronę Morza Czarnego.

Błotny i wulkaniczny autostop
Niestety musieliśmy pożegnać się z Huanem, który zmierzał w przeciwną stronę (do Sighisoary) i sami ruszyliśmy w stronę Vama Veche – nadmorskiej wioski przy granicy z Bułgarią. Po drodze zamierzaliśmy jednak zatrzymać się jeszcze na krótko w okolicy sławnych w Rumunii błotnych wulkanów. Znów podróżowaliśmy parami – Zuzia z Dominikiem i Maciek ze mną. Z Brasova – ze stacji benzynowej przy drodze wylotowej – popołudniu złapaliśmy pierwszego stopa. Było to małżeństwo w średnim wieku: ona – Rumunka, on – Anglik. Byli psychoterapeutami i dosyć chętnie zgodzili się nas kawałek podrzucić. Oni jechali do Sinai’i, my zaś chcieliśmy dostać się tego dni przynajmniej do niejakiego Ploeszti. Nie wiedzieliśmy, wsiadając do ich samochodu, że to pięćdziesiąt kilometrów będzie najniebezpieczniejszym fragmentem naszej podróży. Początkowo samochód prowadził mąż. Jednak kilka kilometrów za miastem nasi dobrodzieje zatrzymali się na moment na poboczu i zamienili miejscami. Pani najwyraźniej była początkującym kierowcą i nie czuła się zbyt pewnie za kierownicą. Dało to o sobie dość silnie znać, gdy droga zaczęła robić się coraz bardziej kręta, górska i stroma. O wiele za szybko wchodziliśmy w zakręty. W pewnej chwili nabraliśmy już takiej prędkości, że mąż gwałtownie chwycił za kierownicę i zaczął nią z całej siły odbijać w drugą stronę, żeby uniknąć zderzenia z nadjeżdżającym z naprzeciwka pojazdem. Żona zaczęła na niego krzyczeć, nie zdając sobie chyba do końca sprawy z grożącego nam niebezpieczeństwa. Szarpnięcie męża z jednej strony uratowało nas przed kolizją, ale z drugiej doprowadziło niemal do spadnięcia w przepaść. Jak możecie się łatwo domyślić, na szczęście nic złego się nie stało. Muszę zresztą powiedzieć, że do mnie i do Maćka również dotarło dopiero po chwili, co tak naprawdę przed chwilą zaszło. Z ulgą opuściliśmy ów samochód na stacji w Sinai’i. Jednakże, mimo naszej prośby, by wysadzić nas na jakiejś stacji benzynowej przed Sinaią, wylądowaliśmy na malutkiej stacyjce w środku miasteczka. Na szczęście do wylotówki nie było daleko. Na szczęście, bo „pogórskie” zakwasy w nogach dawały o sobie boleśnie znać na każdym kroku.
Drugi stop tego dnia, złapany właściwie pod wieczór, dowiózł nas do Ploeszti. Kierowcą okazał się prostolinijny budowlaniec. Mówił trochę po włosku, więc częściowo rozumiałem, co chciał nam przekazać. W pewnej chwili wyciągnął z pod fotela butelkę i pociągnął z niej porządnego łyka. Napój przypominał lemoniadę, więc gdy nas poczęstował, chętnie skorzystaliśmy. Golnęliśmy sobie zdrowo. Okazało się jednak, że to najprawdziwsza domowej roboty „cujka” (rumuński odpowiednik węgierskiej palinki) – cholernie mocno owocowa „wódka”. Nasz kierowca wysadził nas przy stacji benzynowej w Ploeszti i na koniec podarował nam jedną buteleczkę „cujki”. Z grzeczności nie odmówiliśmy. Była już noc. Podeszliśmy na stację, obczailiśmy teren dookoła pod kątem ewentualnego rozbijania namiotów. Nie było takiej możliwości. Sprawdziliśmy na mapie, że bardzo blisko nas znajduje się duży kawałek „zielonego”.

Udaliśmy się tam i było to chyba jedno z najwygodniejszych miejsc do spania na dziko w tej podróży. Po prostu płaski teren porośnięty trawą. Mniam!

Następnego dnia po bardzo smacznym śniadanku z malutkiej lokalnej piekarni zaczęliśmy stopować dalej. Jechaliśmy przez wyjątkowo malownicze tereny.

Zabrało nas tego dnia trzech kierowców. Wczesnym popołudniem wylądowaliśmy w Buzau. Było strasznie gorąco. I tak się nie spieszyliśmy, bo musieliśmy poczekać na Zuzię i Dominika, więc postanowiliśmy usiąść sobie na godzinkę w cieniu i przeczekać najgorętszy czas. Usadowiliśmy się niedaleko pewnego sklepu. Maciek upewniał się, że jesteśmy na dobrej drodze, a ja cerowałem sobie plecak, gdy obok nas przeszła jakaś starsza pani i z zaciekawieniem i uśmiechem na twarzy się nam przyjrzała. Weszła do sklepu. A zaraz potem wyszła i dała nam po rogaliku! Ja się naprawdę wzruszyłem. Postanowiliśmy też zrobić coś dobrego i daliśmy pić kotu, który się do nas przyplątał.

Zaczęliśmy łapać dalej. Nie minęło pięć minut, gdy zatrzymał się miły pan i zawiózł nas do Berki – małej miejscowości, która słynie chyba tylko z błotnych wulkanów. Tam też znaleźliśmy knajpę, kupiliśmy obiad i podłączyliśmy telefony do ładowania. To był chyba nasz najdłuższy obiad w życiu. Wieczorkiem dołączyli do nas z Zuzia z Dominikiem – kierowca podwiózł ich na parking; pod samą restaurację. Pozostała nam zatem do rozwiązania kwestia spania.

Kochane siostry zakonne i nocleg w Berce
Cofnęliśmy się we czwórkę do „centrum”. Zrobiliśmy małe zakupy w markecie. Zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie najbezpieczniej spędzić noc. (Ostatni kierowca Zuzi i Dominika ostrzegał ich, że w Berce trzeba bardzo uważać, bo jest tu wielu groźnych ludzi…) Wyszliśmy z marketu i na wzgórzu obok zobaczyliśmy prawosławny kościół. Postanowiliśmy się tam udać i poprosić o pozwolenie na rozbicie namiotu gdzieś w jego pobliżu. Odbiliśmy w boczną dróżkę, która zdawała się prowadzić między domami pod górę – do świątyni. Dotarliśmy do płotu. Na szczęście była w nim furtka i na szczęście dało się ją otworzyć. Wdrapaliśmy się na górę i znaleźliśmy się na cmentarzu. Przeszliśmy przez niego i znów dotarliśmy do płotu. I tym razem odszukaliśmy furtkę.
Wyszliśmy dokładnie na niewielki parking przy kościele, na którym właśnie parkowała (a była wtedy już prawie 23:00) siostra zakonna. Okazało się, że działa tam żeński zakon, który oprócz sprawowania pieczy nad kościołem prowadzi też drobne gospodarstwo i sad. Zakonnica podeszła do nas, uśmiechnęła się i zaczęła coś mówić. Nie zrozumielibyśmy ani słowa, gdyby nie pokazywanie (spanie, namiot…) i „tłumacz” w telefonie. Siostra natychmiast zaproponowała nam rozbicie namiotów, zapewniła, że tutaj będziemy bezpieczni (wcale jej nie zdziwiło, że czterech ludzi wychodzi z cmentarza w środku nocy) i życzyła nam dobrej nocy.

Wcześnie rano obudziły nas liczne męskie głosy, które słyszeliśmy tuż obok namiotów… Chwila zastanowienia. Otworzyłem namiot. Uśmiechnąłem się do kilku facetów, którzy z zaciekawieniem mi się przyjrzeli. Jeden coś powiedział po rumuńsku, więc odpowiedziałem tylko: „Polonia”. Okazało się, że to panowie robotnicy, którzy przyszli do pracy (gdyż cerkiew była akurat remontowana). Położyłem się z powrotem spać. Piętnaście minut później przynieśli nam do namiotów świeżutką i cieplutką kawę.

Do śniadania poczęstowano nas jeszcze śliwkami, brzoskwiniami i jabłkami!

Tyle dobroci od samego rana! Zjedliśmy śniadanko i wygrzebaliśmy się w końcu z namiotów. Ruszyliśmy zwiedzić wulkany błotne.
Znajdowały się kawałek za miastem. Wcale nie było tak łatwo do nich trafić. Przedarliśmy się przez niewielki lasek.

Żeby nie dźwigać niepotrzebnie bagaży ukryliśmy plecaki w krzakach. Wulkany zrobiły na nas wrażenie.

Faktycznie bulgotały, a błoto wypluwane przez nie od lat utworzyło ogromne połacie brązowych wzgórz.

Bardzo ciekawy widok.

Popołudniu zaczęliśmy łapać stopa nad Morze Czarne. Ale o tym „w następnym odcinku” 😉

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: