Wywiad z Niedźwiedziem

– o wspinaczkach wysokogórskich i nie tylko

rozmowa z Januszem Niedźwiedziem
– alpinistą, autorem książki „Góry. W poszukiwaniu utraconego Piękna”

 

O czym jest Twoja książka pt. „Góry. W poszukiwaniu utraconego Piękna”? I dlaczego „Piękna” przez duże „P”? I dlaczego szukałeś go akurat w górach?

Odpowiedź jest chyba oczywista, dlaczego przez duże „P”. Jest to jedno z określeń Boga. Dlaczego akurat w górach? Co by nie powiedzieć – w górach jest do Boga najbliżej, co najmniej kilkaset czy kilka tysięcy metrów (śmiech). Można tam wyczuwalnie (sporo jest takich… mistycznych momentów w tej książce) odczuć obecność Boga. Zawsze tam to czułem. Głównie jednak, gdy były to samotne wspinaczki lub z niewielkim towarzystwem. Bo podejrzewam, że podczas wejścia na Giewont w sezonie – Boga chyba się nie znajdzie. Do tego po prostu trzeba samotności, takiego wejścia w siebie. Dlatego duże „P”.

To jak się zaczęła Twoja przygoda ze wspinaniem i chodzeniem po górach?

3 lata po studiach mieszkałem w górach.  W pierwszym roku wybierałem się w góry codziennie, w drugim roku raz na tydzień, w trzecim w ogóle. Myślę, że wtedy byłem zbyt młody, żeby odkryć w pełni piękno przyrody. W pewnym wieku tego się jeszcze nie da odczuć. Za to już po ślubie moja żona – Danusia załatwiła nasze pierwsze wczasy w Zakopanem. Była o to zresztą w domu mała awantura: ja nie chciałem jechać, bo twierdziłem, że do Zakopanego jeżdżą tylko snoby. Pierwsze dwa dni minęły szybko na jakimś zwiedzaniu. Trzeciego dnia weszliśmy na Czerwone Wierchy. To była połowa października, więc na szczęście nie było ludzi na szlaku. Mimo, że ten szlak był rozryty, jakby dywizja czołgów nim przejechała, to dla mnie bardzo odkrywczym i trudnym zajęciem było odnajdowanie kolejnych znaków. Od tego – trzeciego dnia, wiedziałem już, że to jest to, czego zawsze szukałem. Zaczęło się właśnie od takiego przypadku. Kilka dni później, w drodze na Giewont, gdy po raz pierwszy zetknąłem się z łańcuchami, już na szczycie byłem śmiertelnie przerażony, nie potrafiłem skupić się na pięknie widoków, wtedy myślałem tylko, jak ja stąd zejdę – miałem kiedyś takie problemy z lękiem wysokości…

Późno zacząłeś…

Tak, pierwszy raz byliśmy w górach w ’77 roku. Teraz jest 41. rok mojej górskiej działalności. Czyli podczas pierwszego wyjazdu w Tatry miałem 28 lat. W wieku 33 lat zapisałem się do klubu wysokogórskiego.

Czy zawsze liczysz się z niebezpieczeństwem podczas wyprawy? A wspinasz się przecież na bardzo wysokie góry…

Według mojej córki – Hani miałem zawsze głębokie poczucie, że jestem… nieśmiertelny! Jeśli w górach się czegoś bałem, to byli to ludzie.

Jak to?

Z przyjacielem chodziliśmy poza szlakami. Trasy do dwójki czy trójki w sześciostopniowej taternickiej skali trudności – czyli osiągalnej dla zwykłego zdrowego człowieka. Ja wprawdzie miałem papiery – byłem jako wspinacz, ale kolega  tych papierów nie miał. Robiliśmy coś, co można by określić jako „turystyka kwalifikowana”. Dlatego tak dobieraliśmy trasy, żeby unikać ludzi. Istniało jednak zawsze ryzyko, że ktoś nas może zwinąć. Dlatego na wszelki wypadek nosiliśmy ze sobą pół litra wódki. Jeśli się nie przydała, a my znaleźliśmy się już na szlaku, to się ją po prostu wypijało (śmiech).

Na szczęście zawsze się wróciło. Jaka góra była najniebezpieczniejsza?

Wspinałem się na góry w Europie, Ameryce, Afryce, Azji… Moja książka zaczyna się od takich dwóch gór, które są dla mnie bardzo ważne. Pierwsza to Matterhorn [4478 m n.p.m.], który zdobyłem dopiero za trzecim podejściem. Za pierwszym razem były fatalne warunki; spod tzw. „czerwonej ściany” musieliśmy zawrócić do schronu Solvay – ok. 4000 m. n. p. m. Drugim dla mnie trudnym szczytem  był Ostry Szczyt w Tatrach – zdobyłem go dopiero za 4 razem – w 2012 roku, mając 63 lata (śmiech). W 2009 roku wszedłem na Aconcaguę [6960,8 m n.p.m]. Gdy zszedłem, w nocy miałem bardzo nierówny oddech – wręcz jego zatrzymanie. Opiekował się mną wtedy mój śp. kolega, który był lekarzem i dopatrywał się w tym czegoś poważnego. Chyba słusznie, bo potem przez trzy miesiące miałem problemy z równowagą. W pracy na przykład czasem odbijałem się od ściany, co sprawiało wrażenie notorycznego nadużywania określonych napojów (śmiech). Byłem też na najwyższym szczycie Korei Południowej. To akurat nie jest żadne górskie osiągnięcie, bo stopnie prowadzące na górę są wyłożone specjalną gumą, żeby nikt się nie potknął! Takie udogodnienia się zaczynają podobno również w Nepalu, gdzie co dwie godziny jest knajpa – np. wokół Annapurny czy do bazy pod Mount Everestem. Ten świat się zupełnie zmienił, jest to wielki biznes i komercja.

Bardzo dobrze wszystko pamiętasz.

Pisząc moje książki zauważyłem, że bardzo dobrze pamiętam sam początek moich górskich wyjazdów – niemal każdy dzień. Dobrze pamiętam też ostatnie wyjazdy. Za to środek trochę mi umyka z pamięci. Na przykład, po iluś latach od mojego wyjazdu do Norwegii, pojechali tam moja córka – Hania z mężem. Zapytała mnie, czy byłem na najwyższym szczycie Norwegii, pokazała mi zdjęcia. „Chyba nie, nie pamiętam”… Później przy okazji znalazłem jakieś notatki z wyprawy do Norwegii i było tam przeze mnie napisane, że widoków z tej góry do końca życia nie zapomnę… A zapomniałem, że w ogóle na niej byłem (śmiech)!

Co jest charakterystyczne dla Waszego środowiska wspinaczy?

Szukamy przede wszystkim miejsc, które na mapie turystycznej są jeszcze białą plamą, w pewnym sensie  są jeszcze „dzikie”, albo  przynajmniej takich miejsc, gdzie nie ma zbyt dużo turystów. Wtedy życie staje się przygodą.

Ale dzikie w sensie nieucywilizowane czy niepopularne?

Dam Ci trzy przykłady: trekkingowy szlak GR 20 na Korsyce. Mimo, że chodzi nim wielu ludzi, to właściwie się ich nie spotyka, gdyż rozciąga się przez niemal całą wyspę. Drugą bardzo fajną trasą jest mało odkryty trekking przez Kretę – E 4; pierwszy raz byłem tam w 96’ roku i potem w 2016. Na tym drugim wyjeździe przez 10 dni spotkaliśmy tylko 2 turystów. Trzeci przykład to grań Atlasu Wysokiego. Zdobyto ją późno, ale nie ze względu na jej trudności, ale na polityczną sytuację Maroka. Dla nas, w 2010 roku, problemem było jedynie zlokalizowanie właściwej przełęczy, po przejściu której mogliśmy się dostać do źródeł rzeki Nfis. Udało nam się i to za pierwszym razem! Spotkaliśmy się też w Maroku z ogromną życzliwością mieszkańców, szczególnie w wysoko położonych wioskach berberyjskich.

Jak ją okazywali?

Na początek taksówkarz zawiózł nas na wielki bazar. Tam, aby ustalić lokalizację szukanej przez nas miejscowości – w dyskusji udział brali wszyscy taksówkarze, wszyscy policjanci i wszyscy wokół. W tym czasie my zakupiliśmy arbuzy, które, za przyzwoleniem taksówkarzy kroiliśmy na maskach samochodów! (śmiech) Ustalono, gdzie trzeba nas zawieźć. Droga była taka, że co chwilę o coś darliśmy; w jednej z taksówek odpadła rura wydechowa.

Byłem przekonany, że zażądają od ustalonej ceny jakichś dodatkowych pieniędzy – za zniszczenie. Absolutnie nie! Po kilku dniach wędrówki pustymi górami, nocowaliśmy w pięknym miejscu nad rzeczką, rozpaliliśmy ognisko. Nad ranem, nieopodal nas, pojawiło się dwóch starszych miejscowych. Zrobili sobie herbatę z mięty w czajniczku i zaprosili nas, żebyśmy się dołączyli. Mieli jedną puszkę z rybami, którą też nas poczęstowali. A nie mieli żadnego bagażu, więc podejrzewam, że to była ostatnia albo jedyna puszka, jaką mieli. Jeszcze bardziej trzeba by to docenić, że do najbliższego osiedla było 1,5 dnia drogi! Tak więc prawdziwej miłości chrześcijańskiej doznałem wówczas od braci… muzułmanów.

Często macie tyle styczności z miejscowymi ludźmi? I w ogóle z lokalną kulturą, religią, jedzeniem?

Dla mnie turystyka dzieli się na oglądanie telewizji, wycieczki zorganizowane i samodzielnie przygotowane. My zawsze wszystko robimy sami; sami jeździmy, sami załatwiamy, sami… jesteśmy okradani – mi się już 4 razy zdarzyło, chyba mam szczęście do tego (śmiech). Zatem tak. My z konieczności musimy wejść w lokalne środowisko. Nie jedziemy po to, żeby na siłę wejść na jakiś szczyt. Chcemy tam pobyć, zobaczyć jak jest naprawdę.

A… metafizyczna strona gór?

To są trudne rzeczy do powiedzenia. Nie dlatego, żebym się krępował. Po prostu trzeba by wejść w tę atmosferę. Każda chwila ma inny zapach, inną barwę. Na pewno w górach w bardzo wyrazisty sposób czuję obecność Stwórcy. Do dzisiaj bardzo lubię chodzić samemu. Wtedy jest to zupełnie inna kategoria doznań. To niesie pewne ryzyko, ale znam to ryzyko.


zdjęcia z prywatnego archiwum Janusza Niedźwiedzia,
rozmawiał Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: