Jak zagrzebać się w Zagrzebiu

AUTOSTOPEM DO CHORWACJI 2017
część 3

Szop pracz i nieudany autostop

Obudziłem się w ciężarówce w Zagrzebiu. Miałem nadzieję, że popołudniu albo wieczorem zamiast w zlewie w przyparkingowej toalecie wykąpię się w Adriatyku i wyciągnę na słonecznej chorwackiej plaży. I rzeczywiście opaliłem się tego dnia całkiem sporo. Niestety nie stało się to na plaży nad adriatyckim morzem tylko właśnie w Zagrzebiu. Po całym nieudanym dniu łapania stopa w stolicy Chorwacji – czerwone miałem przedramiona i twarz – „na szopa pracza”, gdyż miałem na nosie okulary…
Pożegnałem się rano z Andrzejem. Powiedział, że jeśli nie uda mi się nikogo zatrzymać, to mogę wrócić 🙂 Zacząłem od pytania napotkanych Chorwatów o drogę. Przez słabą orientację w terenie niektórych z nich oraz przez własne błędy w ustaleniu mojego położenia pokonałem bez sensu jakieś 5 kilometrów z ciężkim plecakiem na plecach. Większość z nich (Chorwatów, nie kilometrów) zapewniała, że po angielsku mówi tylko „a little bit”, ale to chyba przez skromność, bo raczej bez problemu mogłem się z nimi w tym języku porozumieć.

Doszedłem wreszcie na drogę biegnącą w kierunku miasta Karlovac, a później Splitu i Rijeki. Stanąłem na wyjeździe ze stacji benzynowej i z polską chorągiewką zacząłem łapać stopa. Właściwie nikt się nie zatrzymywał… Kilku Chorwatów (m. in. dwóch starszych panów, jeden młody brodaty artysta, …) się zatrzymało, ale już ich samochody z rejestracją „ZG” wskazywały na lokalne pochodzenie, a oni tylko to potwierdzali.

I tak cały dzień… Doszedłem do dużego parkingu przy centrum handlowym, ale widocznie nie wzbudzałem zaufania wśród Chorwatów, bo nikt nie chciał mnie podwieźć. Wreszcie przedostałem się mostem nad Sawą na wylotówkę, która prowadziła wprost na autostradę. Samochody trąbiły, słońce grzało niemiłosiernie, ja traciłem nadzieję na szybkie dotarcie do morza… W końcu wróciłem na parking do Andrzeja i spędziłem z nim kolejny wieczór, zjadłem kolejną kolację i odbyłem kolejną rozmowę na temat życia, pracy, rodziny itd. Wszystko to było przemiłe, bardzo pouczające i fantastyczne, jednak – moim głównym celem było przecież dojechanie do Splitu lub Makarskiej.

Powtórka

Drugi dzień łapania stopa w Zagrzebiu był właściwie powtórką pierwszego. Z nowych przeżyć doszło spotkanie z policją (zatrzymali się przy mnie, gdy odpoczywałem pod drzewem i pytali, skąd jestem, gdzie zamierzam spać itd.). Na koniec łapania wpadłem do Lidla, gdzie za chorwackie kuny kupiłem jogurt i paczkę ciastek. I wróciłem do Andrzeja. Było jasne, że tym razem nad morze nie dojadę.

CIEKAWOSTKA
(Nazwa waluty Chorwacji – czyli kuna pochodzi, a właściwie oznacza to samo co w języku polskim – futerkowe zwierzątko. Jest tak dlatego, że w czasach średniowiecza na terenie Chorwacji środkiem płatniczym w handlu były skóry kun!)

Na parkingu pojawiło się jeszcze więcej ciężarówek, jednak żadna z nich nie jechała tam, dokąd chciałem. Andrzej chyba ucieszył się na mój widok. Trochę się zapoznaliśmy przez te kilka dni. Mimo, że mieliśmy startować o godzinie 3 nad ranem, spać poszliśmy późno.
W ten sposób spędziłem weekend w Zagrzebiu.

Powrót do domu

Wróciłem z Andrzejem do „Polszy”. Na jednej ze stacji benzynowych zmieniłem ciężarówkę i przesiadłem się do jego kolegi, z którym chwilę wcześniej porozumiał się przez CB radio. Dojechałem w ten sposób do Głogowa. Stamtąd zaś trzy szybkie stopy i byłem w domu. Wszystkie państwa, jakie przejechałem, wracając do domu to: Chorwacja, Słowenia (naprawdę przepiękna; góry, kręte drogi…), Węgry, Słowacja, Czechy i Polska! Wschód słońca oglądałem już w tym ostatnim:

Mimo, że nie dotarłem nad morze, to zobaczyłem wiele przepięknych widoków. Gdy jechałem poprzez góry i inne malownicze tereny, naprawdę zapierało mi dech w piersiach. Przeżyłem podczas tej wyprawy wiele przygód! Nie wszystkie nadawały się, żeby je tu opisać… 🙂 Sporo się nauczyłem. Bo w, bądź co bądź, samotnej podróży człowiek uczy się siebie samego. Jest wobec siebie szczery, bo nie ma przed kim udawać. Dociera do niego, czego tak naprawdę pragnie i czego faktycznie potrzebuje. Taka podróż hartuje, ponieważ zmusza do tego, żeby poradzić sobie ze wszystkim samemu. Na szczęście, tak jak w życiu, na drodze pojawia się wiele bardzo (!) dobrych osób 😉

*To już drugi raz, gdy nie udało mi się dojechać autostopem nad Adriatyk. Pierwszy raz miał miejsce, gdy odpadłem z Wyścigu Autostopem 2017 („Berlińska przygoda”), którego finał był także nad morzem adriatyckim, tyle że we Włoszech. Mam nadzieję, że zadziała zasada „do trzech razy sztuka” i następnym razem osiągnę mój upragniony cel! 🙂

Koszty wyjazdu. Podsumowanie

Transport:

Śrem → Zagrzeb0 zł
Zagrzeb→ Śrem0 zł

 

Noclegi:

Zwoleń (na Słowacji). Namiot, przy stacji benzynowej0 zł
ciężarówka w Zagrzebiu (x3)/w Czechach (x1)0 zł

Jedzenie:

Cały mój prowiant kupiłem właściwie w Polsce. Rzeczy do przegryzienia – w Chorwacji. Dorzuciłem się też Andrzejowi do produktów, jakie kupowaliśmy na nasze posiłki.
Za całe jedzonko zapłaciłem pewnie okołu 50-100 zł (już nie pamiętam…)

Czekam na Wasze ewentualne pytania tutaj albo na facebooku 😉

 

Maciej Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: