Dawno niewidziana kochanka

/ORIENT AUTOSTOP – zachodnia Turcja 2021/

Odcinek 2. Przyjazd do stolicy Bizancjum

Nigdy dotąd nie bawiłem w Stambule. Szkoda by więc było potraktować to miasto jedynie jako przystanek w podróży. Comme ça — pstryknięciem palców zilustrował swoje słowa. — Nic pilnego mnie nie goni. Toteż spędzę tam kilka dni jako turysta. Słowa te wypowiedział swego czasu nie kto inny, tylko sam Herkules Poirot – na kartach książki pt. „Morderstwo w Orient Expressie” pióra Agathy Christie.

Ja natomiast – w przeciwieństwie do słynnego detektywa – b a w i ł e m już kiedyś w Stambule. Raz w życiu, ale jednak. Trzy lata temu spędziłem w tym mieście kilka dni. Trudno byłoby więc nazwać naszą znajomość zażyłą przyjaźnią, prędzej pewnie przelotnym romansem… Mimo to czułem się trochę jak u siebie, gdy wysiadłem z samolotu na znanym mi już stambulskim lotnisku.

Pamiętam, że za pierwszym razem Stambuł mnie zachwycił. Zakochałem się w nim niemal od pierwszego wejrzenia. Niemal, ponieważ z początku czułem się przezeń raczej przytłoczony, a nawet lekko mnie przerażał (choć może niektóre zakochania zaczynają się właśnie w taki sposób). Szybko jednak doceniłem jego zalety: nieoczywistość i intrygujący charakter. Powiedziałem sobie, że na pewno kiedyś do niego wrócę.

I oto trzy lata później ponownie stanąłem twarzą w twarz z sercem Bizancjum. Nic się nie zmieniło. Miałem nawet wrażenie, że ono także szybciej zabiło na mój widok. Gdy późnym sierpniowym wieczorem wysiadłem z autobusu w centrum miasta i zaciągnąłem się głęboko stambulskim powietrzem, poczułem miłe ukłucie. Aż się troszeczkę zawstydziłem…

Trzeba Wam zaś wiedzieć, że „nocny Stambuł” jest moją ulubioną wersją tego miasta. Najmocniej ujawnia się wówczas jego prawdziwa twarz. Nabiera rumieńców. Krążąca w żyłach krew przyspiesza. Ulice wypełniają się ludźmi i samochodami. Kolorowy – w dosłownym i metaforycznym sensie – tłum przelewa się uliczkami Konstantynopola.

Nikt nawet nie zauważył, że późnym wieczorem 9 sierpnia do owej masy różnorodności dołączyło dwóch młodych Polaków – z trekkingowymi plecakami na plecach. Natychmiast pochłonęły ich hałasy, dźwięki, rozmowy w różnych językach, światła, obrazy, setki i tysiące twarzy widzianych przez pół sekundy i – dziwnie wyraźne w tamtym momencie – zapachy jedzenia.

Zwalczywszy w sobie głód, postanowiliśmy najpierw zameldować się w hostelu, a dopiero potem posilić. Przewędrowawszy przez ścisłe centrum, dotarliśmy do naszego miejsca noclegowego. W recepcji przywitał nas miły chłopak. Check in. Poprosił nas o dowody osobiste. Próbował przez chwilę wymówić nasze nazwiska, ale poddał się po kilku nieudanych próbach szczerze rozbawiony. Uśmiechnął się, oddając nam dokumenty; Welcome to Istanbul.

Ciąg dalszy nastąpi.

Maciek Tomaszewski

 

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: