Jak przepracowałem miesiąc w Bieszczadach?

Na 1/12 roku rzuciłem wszystko i wyjechałem w Bieszczady. Dostałem pracę w schronisku górskim. W tej ostatniej polskiej dziczy przeżyłem trudny, pouczający, lecz także piękny czas.

Zastanawiałem się, co bym robił, gdyby nie Bieszczady. Doszedłem do wniosku, że nie istnieje żadna alternatywna rzeczywistość, w której zajmuję się teraz czymś innym lub jestem w innym miejscu. Musiałem tu przybyć.

Nie wiedziałem na początku, skąd w głowie pojawił mi się ten pomysł. Poczułem chyba w pewnym momencie, że potrzebuję – dosłownie i w przenośni – oderwać się od dotychczasowego życia. Bieszczady wydały mi się odpowiednim do tego miejscem.
Nie była to decyzja łatwa. Głównie ze względu na ludzi, których kocham, a z którymi miałem rozstać się na długi czas.

Chciałem, by praca w Bieszczadach dała mi możliwość przemyślenia pewnych rzeczy w odosobnieniu. Zamierzałem poukładać sobie trochę w głowie.

Po tygodniu praca w Bieszczadach stała się dla mnie nową rzeczywistością. Po dwóch – normalnością. Po trzech – lekcją. Lekcją, okazało się, bardzo trudną i wymagającą, a jednocześnie przepiękną i bogatą w chwile wzruszenia i oczyszczenia.

Początkowo nie wiedziałem jeszcze, dlaczego tam jestem. Jednak coraz bardziej wierzę, że nic nie dzieje się przypadkowo i wszystko jest po coś. Ludzie, których spotykamy, słowa, które słyszymy (i wypowiadamy), sytuacje, których doświadczamy. Nie zliczę wieczorów, podczas których – patrząc na góry – rozmyślałem o życiu. Nie zliczę uśmiechów zrozumienia wymienionych z nowo poznanymi ludźmi. Nie zliczę ciepłych i mądrych słów, które – niby zesłane mi przez anioła – spływały do mnie z ich ust.

Nieraz przy ognisku poleciała mi łza. Nieraz chwyciłem za gitarę i muzyką porozumiałem się z innymi. Nieraz wznosiłem toast za wolność i odwagę. Wiele uścisków, wiele czułości, wiele prawdy i dobra. To wszystko spotkało mnie w Bieszczadach.

Bieszczady rozumieją. Bieszczady nie krzyczą. Bieszczady mówią szeptem.

 

Jak wyglądał mój dzień? Techniczne spojrzenie na sprawy
Zmianę zaczynałem każdego dnia o 6:30. Sprzątałem kible: donosiłem papier toaletowy, przecierałem zlewy mleczkiem, spłukiwałem prysznice, myłem podłogę… (Po miesiącu pracy wypracowałem teorię, że każdy – choć raz w życiu – powinien pozarabiać w ten sposób. To uczy pokory i szacunku do pracy.) Następnie ogarniałem obejście, tzn. przecierałem stoły i ławki na zewnątrz schroniska, zbierałem pozostawione poprzedniego wieczoru kufle i butelki, opróżniałem popielniczkę z petów. Opróżniałem kosze na śmieci, sprzątałem jadalnię i taras. Następnie szedłem do kuchni, gdzie wrzucałem coś na ząb i albo brałem się za pozostałe obowiązki, albo pomagałem na zmywaku. Trwało to zwykle do zakończenia śniadania. Czasem do wydania było kilkanaście, czasem kilkadziesiąt posiłków.

Wspomniane pozostałe obowiązki to prace typu: rąbanie i cięcie drewna; składowanie go w kotłowni, malowanie balkonu farbą ochronną, wymiana zamków w drzwiach, naprawa uszczelek, palenie w piecu, przygotowanie pościeli do pokoi, nalewanie piwa, koszenie trawy i inne przeróżne fizyczne i techniczne czynności. Wszystko to w klimacie Bieszczad; zachodów słońca, porannej rosy, powiewów wiatru, górskich opowieści, tropów wilka i śladów niedźwiedzia trzysta metrów od schroniska. Po pewnym czasie jednak – przyzwyczaiłem się i – o, zgrozo – przestałem niemal zwracać na to uwagę. Pracowałem dziennie od kilku do kilkunastu godzin (mój rekord to 15,5 h).

Taki był zresztą mój zamiar. Pracować, pracować, pracować, padać na twarz, zasypiać. I od nowa. Chciałem się zmęczyć. Udało się.

 

Jak praca w Bieszczadach stała się moją terapią?
Na szczęście miałem też jednak chwile dla siebie. Wychodziłem wówczas często ze schroniska i włóczyłem się bez celu. Siadałem nad strumieniem albo na trawie i oddawałem się rozmyślaniom. Próbowałem kontemplować przyrodę. Rozważałem to, co usłyszałem od ludzi, których świeżo poznałem, a którzy obdarzyli mnie szczerością i dobrocią.

Przed wyjazdem często czułem się bardzo niedowartościowany. Także zagubiony. Na mojej drodze w Bieszczadach stanęli ludzie, którzy powiedzieli wprost: Tak, Maciek, jesteś wspaniałym człowiekiem – wrażliwym, dobrym i kochającym.
Wydaje mi się, że bardzo często myślimy o sobie bardzo źle. Zwłaszcza wtedy ważne jest, żeby słyszeć o sobie też prawdziwe dobre rzeczy. Po miesiącu w Bieszczadach widzę, że za rzadko szczerze ze sobą rozmawiamy. Za rzadko po prostu jesteśmy obok siebie. Za rzadko rozpalamy ogniska i śpiewamy piosenki. Za rzadko odkrywamy piękno drugiej osoby. Za rzadko próbujemy zrozumieć. Za rzadko kochamy.

Nie żałuję, że rzuciłem wszystko i pojechałem na miesiąc do pracy w Bieszczady. Choć w pewnym momencie zacząłem odliczać czas. Bywały momenty, że bolało. Bywały momenty, że dym wycisnął łzę, a szklanka whisky poprawiła humor. Bywały momenty, że poczułem kojący pokój w sercu. Nie znajduję słów, które oddałyby wszystko to, co przeżyłem.

Marto, Pawle, Przemku, Marcinie, Bieszczady – dziękuję.

Maciek Tomaszewski

Zdjęcia:
1., 3. Maurycy Greczko
2. Paweł Wawrzyniak
4. Agata Stachera

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: