Jak zostałem prawdziwym drwalem?

W poszukiwaniu nowych doznań i nowych wyzwań zapisałem się na kurs drwala-pilarza. Podczas tych dziesięciu dni  z dala od codziennego życia – oprócz trudnej nauki, której się spodziewałem – czekało mnie bliskie jak nigdy, niemal intymne, obcowanie z przyrodą oraz poznanie kilku bardzo oryginalnych i ważnych dla mnie osób.

-Ostatni raz cię użyłem, kolego – burknąłem do GPS-a, wjeżdżając w kolejną podejrzaną polną drogę. Głos z telefonu najwyraźniej kolejny raz robił sobie ze mnie jaja. „Przynajmniej… nie ma ruchu” – pojawiła się znikąd pocieszająca nieco myśl. Zatrzymałem się i przyjrzałem się mapie. Od celu dzieliło mnie jakieś trzydzieści kilometrów. Miałem jeszcze spory zapas czasu; więc, złorzecząc złośliwej nawigacji, ruszyłem dziurawą (lepiej:  nie „dziurawą”!, „dziurawa” jest wtedy, gdy droga ma dziury, a raczej: „dziurami, przez które gdzieniegdzie prześwitywała droga”; trzeba by więc powiedzieć… „drogawą” ścieżką.

Przedarłszy się zatem bohatersko przez podstępne lasy i pokonawszy dzielnie zwodnicze bagna, dotarłem do celu. Ostatkiem sił wyłączyłem jeszcze klimatyzację i radio, zanim wyległem z samochodu. Zameldowałem się w hotelu i zaniosłem rzeczy do swojego pokoju. W sali konferencyjnej poznałem moich nowych kolegów – przyszłych drwali, z którymi, jak się okazało, mieliśmy stworzyć bardzo zgraną ekipę. Wśród nas nie zabrakło kucharzy, etnologów, leśników, ogrodników, grafików komputerowych, historyków…

Od tej pory naszych następnych dziesięć dni wyglądać miało bardzo podobnie. Od rana – pod okiem instruktorów – pracowaliśmy na zrębie (czyli na powierzchni drzewostanu przeznaczonego do ścinki).

Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nawet nie trzymałem w rękach pilarki spalinowej, czyli najważniejszego narzędzia współczesnego drwala-pilarza. Trochę mi zajęło, zanim nauczyłem się nią w miarę sprawnie posługiwać. Wbrew pozorom to nie tylko „rżnięcie drzewa”. W pozyskiwaniu drewna liczy się bowiem precyzja, opanowana ręka, chwyt, postawa ciała, czujność, dobór metody ścinki, dobór samej pilarki, naostrzenie zębów w pile łańcuchowej, kontrolowanie poziomu paliwa i oleju…

Wiem, bo każdego dnia, późnym popołudniem – zaraz po powrocie do hotelu, zjedzeniu obiadu i wzięciu prysznica – siadywałem z książką dotyczącą technicznych, ergonomicznych i organizacyjnych aspektów pracy drwala i uczyłem się, dopóki nie zasnąłem. Najpóźniej o 22/23:00 było „po mnie”.

Po dwóch dniach zaczęliśmy działać „na automacie”, przeżywając poranek: pobudka, toaleta, śniadanie, odzież robocza (nogawice, rękawice, kask z przyłbicą i nausznikami, kamizelka ochronna, buty z metalowymi noskami), samochód, las. O godzinie ósmej byliśmy na zrębie. Przygotowywaliśmy narzędzia, tzn. ostrzyliśmy piły łańcuchowe, uzupełnialiśmy olej i paliwo, sprawdzaliśmy smarowanie. Ruszaliśmy w teren.

Pierwsze dni kursu były bardzo gorące. Nie tylko przez podekscytowanie, jakie towarzyszy pewnie zawsze początkującym. Nawet nie tylko z powodu słońca. Nogawice! (Skądinąd bardzo mądry i sprytny wynalazek. Obowiązkowy z resztą na zrębie.) Mają specjalny wkład antyprzecięciowy. Piła łańcuchowa po zetknięciu się z ich materiałem zatrzymuje się. Spowodowane jest to wkręceniem się w jej zęby włókna polietylenowego i błyskawicznym zablokowaniem narzędzia. Stanowi to absolutnie konieczną ochronę. Nogi są bowiem najczęściej kaleczoną przez drwali częścią ciała.

Zaczynaliśmy zazwyczaj, chyba że zrobiliśmy to na koniec poprzedniego dnia, od oczyszczenia terenu, tzn. od usunięcia podszytu i drzew przygłuszonych. Grupa mężczyzn

(tutaj kolejna ciekawostka: kobiety w Polsce nie mogą pracować jako drwale, jedynym wyjątkiem jest samozatrudnienie). Średni wydatek energetyczny netto podczas pozyskiwania drewna przy użyciu pilarki przekracza 20 kJ/min, a koszt energetyczny dnia pracy oscyluje w granicach 7000-12.000 kJ. Obowiązujące uregulowania prawne nie określają dozwolonych norm wydatku energetycznego dla mężczyzn, ale przyjmuje się, że praca o wydatku zmianowym powyżej 10.475 kJ (2.500 kcal) jest maksymalnie ciężka. Za bezpieczną dla zdrowia przyjmuje się granicę 8400 kJ (2000 kcal). Zgodnie ze znowelizowanym w 2002 roku rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 10 września 1996 roku w sprawie wykazu prac szczególnie uciążliwych lub szkodliwych dla zdrowia kobiet, dopuszczalne jest wykonywanie prac o wydatku energetycznym nieprzekraczającym 5000 kJ netto na zmianę roboczą oraz 20 kJ/min przy pracach dorywczych. Jest to jedyny zapis w naszym prawie pracy ograniczający możliwość wykonywania zawodu drwala przez kobiety)

z siekierami wchodziła w las. Narzędzia i mięśnie natychmiast szły w ruch. Trudna i niebezpieczna praca.

Po oczyszczeniu terenu przechodziliśmy do ścinki „poważnych” drzew. Każdy z nas po kolei dostawał swoje. Uczyliśmy się, dlatego każdy uważnie przyglądał się pracy każdego. Gdy przyszło mi zmierzyć się z moim pierwszym drzewem, przełknąłem ślinę. To potężne i szlachetne stworzenie górujące nade mną siłą, ciężarem i mocą. Czułem do niego, jak do każdego następnego, duży respekt i szacunek. Pomyślałem o tym, że zasadzono je kilkadziesiąt lat temu i o tym, ile historii musi pamiętać. I – w ile miejsc na świecie trafi – jako biurko, na którym dzieci odrabiać będą lekcje, albo jaka szafa, w której właściciele będą trzymać swoje ubrania.

Nie będę się wdawał w techniczne szczegóły dotyczące metody ścinki drzewa. Powiem tylko, że cały świat znika, gdy przystępujesz do ścinki. Gdy uruchamiasz pilarkę, jesteś już tylko ty i drzewo. Zapominałem w tym momencie o wszystkim dookoła. Kilka lub kilkanaście minut mijało, zanim przystępowałem do ostatecznego rzazu (cięcia). Rozglądałem się wtedy uważnie dookoła, czy wszyscy moi koledzy są bezpieczni i nikt nie znajduje się w strefie zagrożenia.

Sam moment, gdy drzewo zaczyna się przewracać, jest bardzo subtelny, wręcz niezauważalny. Drzewo najczęściej spada lekko, powoli (jeśli jest umiejętnie ścięte) i z gracją. W pierwszej chwili nie dociera do ciebie, że właśnie położyłeś takiego giganta.

W ciągu dnia mieliśmy jedną przerwę na śniadanie. Schodziliśmy wtedy ze zrębu. Zdejmowaliśmy kaski i rękawice, obmywaliśmy ręce i twarze i siadaliśmy w cieniu pod drzewem. Lubiłem ten moment. Po pierwsze: jadłem swoją kanapkę. Po drugie: siadałem na miękkim mchu, opierałem głowę o brzozę i zamykałem oczy. Myśli frunęły gdzieś ponad drzewami. A ja nie chciałem być nigdzie indziej. Było mi tak, jak być powinno. Słońce delikatnie łaskotało moją twarz. Zapominałem na chwilę o troskach i czułem sobą las i chwilę. Tęsknię za takimi momentami. Sztuką jest łapać je w codziennym życiu.

Nie było w tym moim „drwalowaniu” żadnej ideologii. Po prostu ścinałem drzewa. Spociłem się przy tym, pobrudziłem, wymęczyłem. Zobaczyłem, jak wygląda taka praca – prosta, wymierna i żywa. Chyba mógłbym tak żyć.

Maciek Tomaszewski

Zdjęcia: Dawid Szpajda

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: