Marhaba!

/Dwóch typów autostopem – zachodnia Turcja 2021/

Odcinek 1. Wyjazd

Zauważyliście, że najpotrzebniejszych w danym momencie rzeczy nigdy nie ma pod ręką? Zupełnie, jakby przeczuwały one, że za chwilę nasz wzrok zacznie ich szukać i w ostatniej chwili wtapiały się w otoczenie – niczym kameleon. Do takiego wniosku doszedłem, biegając po domu w poszukiwaniu paszportu. Skurczybyk! Dobrze się zamaskował. Ale ja cię znajdę, draniu! – wycedziłem przez zęby.

Był ciepły, sierpniowy wieczór. Następnego dnia miała rozpocząć się moja miesięczna podróż po Turcji. Oba te fakty, wraz z niebezpiecznie przedłużającym się polowaniem na znikający dokument, sprawiały, że moje ciało zalewały kolejne fale gorąca. Może to i dobrze – pomyślałem. Powinienem się przyzwyczajać do takich temperatur. Poza tym; skoro starzy i wąsaci Turcy mogą wytrzymać w czterdziestu stopniach przez całe życie, to i ja mogę przez trzydzieści dni! – zadecydowałem dziarsko.

Z moich orientalnych rozmyślań wyrwał mnie nagle znajomy głos. Co Ty do mnie gadasz? – zapytał. To był Bartek, mój brat. Z początku nie zrozumiałem, o co mu chodzi. Jaki draniu? – patrzył na mnie zdziwiony. A, nie, nie… Paszportu szukam – odparłem. Dziesięć minut wcześniej poprosiłem, żeby podwiózł mnie do Poznania, dlatego stał teraz zniecierpliwiony w progu i przyglądał się z zaciekawieniem moim próbom zaadaptowania do tureckiego klimatu. Jest! Ha-ha! – krzyknąłem triumfalnie, wyciągając paszport z tylnej kieszeni spodni.

Na szczęście byłem już spakowany. Nie, żebym zrobił to – zgodnie z tym co obiecuję sobie po każdej wyprawie – dzień wcześniej. Dopiero na godzinę przed planowanym wyjazdem wrzuciłem do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy – cały mój dobytek, który wystarczyć musiał na miesiąc w dalekim kraju. Wsunąłem więc buty na nogi, poprawiłem pasek przy spodniach i, pożegnawszy się z Gapą (naszym psem), wyszedłem z domu.

Plan był następujący: przyjechać do Poznania, wznieść z Dominikiem toast za powodzenie naszej wyprawy, przespać kilka godzin i nad ranem stawić się na dworcu autobusowym. Zasadniczo wszystkie punkty programu udało nam się zrealizować, wprowadzając doń jedynie drobne modyfikacje.

W związku z tym lekko niewyspani zjawiliśmy się o godzinie 3:00 na stacji „Poznań Główny”. Czekała nas kilkugodzinna podróż do Berlina. Prędko zajęliśmy nasze miejsca w autobusie. Nie trzeba nam było wiele, byśmy zasnęli. Pamiętam jednak, że był to dziwny sen. Śnił mi się Błękitny Meczet. Na niebie kłębiły się ciemne chmury, a na dziedzińcu przed świątynią gromadziły oddziały tureckiej żandarmerii. Nagle jeden z żołnierzy odwrócił się w moją stronę. Z przerażeniem odkryłem, że ma głowę Gapy. Uśmiechała się do mnie tajemniczo spod czarnych, gęstych wąsów. Proszę paszport do kontroli! – powiedziała. Zacząłem poklepywać się nerwowo po tylnych kieszeniach spodni. W jednej z nich wyczułem coś miękkiego i śliskiego. Wyciągnąłem rękę przed siebie. Trzymałem w dłoni kolorowego kameleona. Spojrzał mi głęboko w oczy i wyszeptał: Jestem draniem! Obudziłem się. Dojeżdżaliśmy właśnie do Berlina.

Na lotnisku zameldowaliśmy się o 6:30. Nasz samolot do Stambułu startował dopiero po 13:00, więc czekało nas dosyć długie… czekanie. Wreszcie weszliśmy na pokład. Podekscytowanie wzrastało z każdą minutą. Już za chwilę oderwiemy się od ziemi, a wtedy nic nas już nie powstrzyma od zjedzenia tego dnia kolacji w naszej ulubionej stambulskiej knajpce! Nagle z głośników dał się słyszeć głos: Marhaba. Spojrzeliśmy na siebie z Dominikiem. Obaj poczuliśmy, że nasza turecka podróż właśnie się rozpoczęła.

Ciąg dalszy nastąpi.

Maciek Tomaszewski

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: