Moje podróżnicze (xD) podsumowanie roku 2020

Z podróżami mijający rok nie miał w moim przypadku wiele wspólnego. Przynajmniej jeśli chodzi o ich dosłowne rozumienie. Pochodziłem wprawdzie trochę po górach i pośmigałem na rowerze, ale najważniejszą podróż 2020 odbyłem we własnym sercu.

Okay, wiem, że może brzmieć to nieco pretensjonalnie (choć chyba nie bardziej niż poprawnie napisane „OK”…), ale naprawdę tak uważam.

Plany z przyjaciółmi na mijający rok mieliśmy duże, jeśli chodzi o podróże. Niestety z wiadomych względów nie wypaliły. Zamiast tego na miesiąc wyjechałem w Bieszczady, gdzie pracowałem w schronisku PTTK. Poznałem tam wielu wspaniałych ludzi. Jestem bardzo szczęśliwy, że Was spotkałem. Dziękuję, że okazaliście mi tyle dobra.

Bieszczady od lat były dla mnie jakąś ostoją, punktem odniesienia. Napisałem kiedyś, że właściwie postrzegam je jako stan umysłu. Jednak w tym roku jeszcze bardziej odkryłem ich piękno. Nie wiem, na czym to polega. Mam wrażenie, jakby czasoprzestrzeń w jakiś niewytłumaczalny sposób zaginała się (przepraszam wszystkich moich czytelników-fizyków) w Bieszczadach.

Lipiec był dla mnie bardzo oczyszczającym czasem. I nie mam tu na myśli, że szorowałem się pod prysznicem staranniej niż zazwyczaj. Poznałem ludzi, którzy na zawsze zostaną w mojej pamięci. Powiedzieli mi wiele ważnych rzeczy. Wieczorami zaś miałem czasem wrażenie, zwłaszcza przy ognisku lub po prostu pod rozgwieżdżonym niebem, że dzieje się wokół mnie coś niematerialnego. Nie potrafię tego nazwać.

Swego rodzaju plemiennym, w sensie naturalistycznym, bardzo szczerym, głębokim i prawdziwym, przeżyciem było dla mnie w te wakacje jednoczenie się z innymi w muzyce. Nie jestem wybitnym gitarzystą, ale nawet ta moja niedoskonałość potrafiła rozumieć się z płynącymi z serca dźwiękami lepszych ode mnie.

Był to dla mnie czas również cholernie trudny. Musiałem zmierzyć się z samym sobą (wiem, górnolotnie brzmi, ale tak było – nie zmyślam) – z moimi lękami i nadziejami. To podobno jedni z bardziej wymagających przeciwników.

Właściwie prosto z gór pojechałem nad morze. Nie byłem tam od kilku ładnych lat. Nawet nie wiedziałem, jak bardzo za tym tęskniłem i tego potrzebowałem. Szumu morza (nie zawsze spokojnego i łagodnego), wieczornego zimna piasku pod stopami i bezkresu, w którym spojrzenie może się do reszty zagubić.

Wydaje mi się, że doceniłem (a przede wszystkim w ogóle „wyłapałem”) w 2020 roku dużo więcej osób, sytuacji, słów i myśli niż kiedykolwiek wcześniej. Pozwoliłem sobie na więcej uśmiechu, więcej promieni słońca, więcej otwartości.

Bardzo mi miło, że zechciałaś/eś przeczytać te kilka słów, które tu napisałem.

Szczęśliwego Nowego Roku!

zdjęcie: Krzysiu

Maciek

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: