Pierwszy raz na fińskiej ziemi

[foto: Zuza Krasnopolska]

Po niecałych dwóch tygodniach autostopowej podróży przez kraje bałtyckie dotarliśmy do Finlandii. Jak przywitała nas kraina jezior, ognisk i muminków?

Naszą wizytę w Finlandii rozpoczęliśmy od stolicy – Helsinek. Spędziliśmy w nich wprawdzie bardzo niewiele czasu, bo jakieś 12 godzin, ale i tak zdążyły nas zaintrygować.

Ciche miasto – dzień w Helsinkach
Tym, co najbardziej zwróciło moją uwagę, było dziwne – niespotykane wcześniej – wrażenie, że znajduję się w „cichym mieście”. Właśnie tak nazwałem sobie to, co wówczas poczułem. Początkowo sprawiało mi to pewien delikatny dyskomfort. Nigdy przedtem nie miałem takiego doświadczenia.

[foto: Zuza Krasnopolska]

Trudno to opisać. Ulice były czyste. Często trafialiśmy do uliczek, w których nie było ani wielu aut, ani wielu ludzi. W związku z tym nie panował na nich – dobrze mi znany z innych dużych miast – harmider; po prostu uliczny hałas. Ludzie sprawiali wrażenie spokojnych, cichych… Początkowo nie mogłem się przyzwyczaić. Szybko jednak udzieliła mi się owa fińska atmosfera harmonii.

Helsinki – stolica i największe miasto Finlandii – gigantyczne nie są. Mieszka w nich trochę ponad 600.000 ludzi. (Trudno się dziwić, skoro cały kraj składa się z 5,5 mln mieszkańców.) Powierzchnia miasta to 186 km². Powstało pod koniec XVI wieku. Charakteryzuje się ciekawą architekturą (nie znam się, ale zalatuje mi to jakąś mieszanką skandynawsko-rosyjską lub odwrotnie) i – wg moich obserwacji – ciekawą ciszą.

[foto: Zuza Krasnopolska]

Z portu, do którego dopłynęliśmy promem z Estonii, udaliśmy się do bardziej ścisłego centrum – na dworzec. Nasz pobyt w Helsinkach nie miał być długi, jednakże wizja dwunastogodzinnego zwiedzania miasta z ciężkimi plecakami (dzień wcześniej w Tallinnie – w supermarkecie zaopatrzyliśmy się w prowiant i inne potrzebne rzeczy, by uniknąć legendarnych wysokich cen Finlandii, które ważyły swoje) nie zachęcała. Na dworcu znajdowała się przechowalnia bagażu. Wrzuciliśmy nasze rzeczy do szafek i ruszyliśmy na turystyczny podbój Helsinek.

O Finach mówi się, że to cichy naród; że Finowie wolą milczeć niż rozmawiać. Nasłuchałem i naczytałem się trochę przed wyjazdem takich stereotypowych opinii, dlatego musiały mi się one zmierzyć z zastaną w Finlandii rzeczywistością. Doszedłem do dość jednoznacznych i ciekawych wniosków, które wyczerpuje w zasadzie cytat, na jaki trafiłem przeglądając bloga www.finolubna.blogspot.com. Autorka pisze: „Mówi się, że Finlandia to kraj introwertyków, wycofanych i zawsze milczących, ale mi wydaje się, że Finowie nie znają pojęcia krępującej ciszy i po prostu nie mają potrzeby zapełniania jej byle paplaniną. Poza tym, jak to zwykle w przypadku introwertyków bywa, wcale nie są oni ciągle cisi i nieśmiali. Po prostu nie potrzebują takiej dawki interakcji społecznych jak ekstrawertycy, cenią sobie przestrzeń […], i stają się bardziej otwarci dopiero po bliższym poznaniu”.

Bardzo przyjemnie, choć nadal nieco „dziwnie”, spacerowało się nam po helsińskich uliczkach. Chłonęliśmy to miasto, jak tylko mogliśmy. Stolica Finlandii zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi i czasu niż 1 dzień. Niestety od nas nie mogła tego wówczas oczekiwać.
Nie mam porównania, ale i tak uważam, że początek jesieni – to świetna pora na odwiedziny w Helsinkach. Odpowiadała nam pogoda; owa rześkość. Skandynawskie miasto przyprószone pierwszymi pomarańczowymi liśćmi. Architektura także bardzo mi się spodobała. Niestety nie każdy obiekt mogliśmy zwiedzić. Ale co się napatrzyliśmy z zewnątrz, to nasze. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że fińska zabudowa miejska trafi w mój gust. Jak widać ciągle daję się zaskakiwać.

[oprócz jednego, na którym jest, foto: Zuza Krasnopolska]

Najgorsza noc w podróży. Najstarsze miasto w Finlandii. Najciekawsze zakończenie
Po całym dniu spędzonym w Helsinkach – na zwiedzaniu, odpoczynku, zakupach i kawie –udaliśmy się do Turku. Znaleźliśmy dworzec autobusowy (bilety kupiliśmy przez Internet), skąd chyba o 21:30 odjeżdżał nasz autobus. (No i niestety nie pamiętam już ceny, ale chyba to było coś koło 9 euro. Całkiem nieźle, bo to jednak 170 km.)
Bardzo miły pan kierowca uwolnił nas natychmiast od plecaków. Taka obsługa mi się podoba. Usadowiliśmy się w środku i na ponad dwie godziny odpłynęliśmy w sen, książki albo muzykę.
Gdy wyjeżdżaliśmy z Helsinek, było już właściwie ciemno. Szkoda, bo chętnie pooglądałbym widoki za oknem. (Pojadę tam jeszcze raz i wtedy pooglądam.) Widoki nie mogły zatem cieszyć naszych oczu. Cieszył nas natomiast fakt, iż nie padał deszcz. A to dlatego, że miejsce, w którym zamierzaliśmy spędzić resztę nocy, było od Turku oddalone o ok. 8-10 km. Część tej trasy mieliśmy pokonać podmiejskim autobusem, a część na piechotę.
Do Turku dotarliśmy około północy. Zaczął padać deszcz… Oczywiście. Do autobusu mieliśmy jeszcze niecałą godzinę. Wstąpiliśmy do maka na szybką herbatę. Przystanek był tuż obok. Autobus niestety nie przyjechał. Deszcz za to padał jeszcze bardziej. Byliśmy dość zmęczeni. Dzień był całkiem intensywny. Pobudka o 5:00. Prom o 7:00. O 9:00 byliśmy w Finlandii. Cały dzień zwiedzania Helsinek. Ponad dwie godziny w autobusie. Niektórych członków ekipy dopadało przeziębienie. Do tego deszcz, ciężkie plecaki i 10 kilometrów do przejścia. Deszcz – dlatego, żeby nie było za prosto. Ciężkie plecaki – dlatego, że w Estonii kupiliśmy jak najwięcej żarcia, żeby w Finlandii się nie wykosztowywać. 10 kilometrów – dlatego, że i tak musieliśmy wyjść za miasto, żeby rozbić namioty.
Wskoczyliśmy więc w gustowne przeciwdeszczowe wdzianka, odpaliliśmy nawigację w telefonie i rozpoczęliśmy nocną wędrówkę. Początkowo było nieźle. Jednak z każdym kilometrem siły z nas uchodziły. A deszcz nie przestawał! Gdzie tam! Padał nawet jeszcze mocniej! Hurra!
Dobra, ale dosyć tego narzekania. Dłużyło się wprawdzie strasznie, byliśmy zmęczeni, zziębnięci, mokrzy od potu i deszczu, ale w końcu dotarliśmy do „punktu biwakowego” zaznaczonego na mapie. Było wówczas grubo po 3:00 nad ranem. (Pozdrawiamy…) Spodziewaliśmy się – po doświadczeniach z Estonii – zadaszenia, miejsca na ognisko, drewutni i latryny. Zamiast tego dostaliśmy – mały zardzewiały grill w kałuży. No po prostu ‘XD’. Serio. (A! Byłbym zapomniał. Chwilę wcześniej – a znajdowaliśmy się już na obrzeżach obrzeży Turku, więc nie było ani porządnej drogi, ani świateł – Kalinka się poślizgnęła i wpadła do rowu. Na szczęście nic się jej nie stało. Pomogliśmy się jej wydostać. Byliśmy już wszyscy w takim stanie, że tylko sprawdziliśmy, że nic jej nie jest i ruszyliśmy dalej.) Już prawie – zrezygnowani – chcieliśmy się rozbijać… Ale przypomniałem sobie, że pięćset metrów wcześniej mijaliśmy jakąś wiatę/garaż. Postanowiliśmy się cofnąć i sprawdzić, czy da się tam jakkolwiek przenocować pod dachem…

 

DAŁO SIĘ!

 

Okazało się, że było to niewielkie, dość prowizorycznie postawione zabudowanie – połączone z drugim takim samym blaszanym dachem. Pod nim zaś była otwarta przestrzeń – z podłogą złożoną z palet, drewniane stoły i ławki. Rozłożyliśmy namioty na podłodze. Większość ubrań rozwiesiliśmy na ławkach, żeby wyschły (ubrania, nie ławki). Zapaliliśmy sobie nawet światło, bo znaleźliśmy włącznik! Jakaż to była radość! Cała ta sytuacja! Jakiś kosmos! Pamiętam, że dawno się tak nie cieszyłem! Deszcz dudnił w blaszany dach, a my układaliśmy się do snu. Jak sobie pomyślałem, że zamiast tego – mogliśmy w tej chwili kisić się mokrzy i wkurzeni w ciasnych namiotach, z plecakami – pięćset metrów dalej, to… Zastanawialiśmy się jeszcze czy nie wykąpać się w deszczu przed snem, ale zmęczenie zwyciężyło.
Następnego dnia rano – nie padało. Okazało się, że znajdowaliśmy się na terenie jakiegoś towarzystwa treserów psów czy coś takiego. Dookoła nas rozpościerała się wielka łąka – pole do tresury – z „torami przeszkód” itd. Na ścianach naszego „pokoju” wisiały zdjęcia psów, plakaty i różne informacje – w fińskim języku. Obudziliśmy się, słysząc jakiś kobiecy głos. Była to pani, która przyjechała ze swoim psem poćwiczyć. Przyjrzała się nam przez chwilkę z życzliwym zainteresowaniem, odpowiedziała „hello”, uśmiechnęła się i… nic więcej.
Nie składaliśmy nawet namiotów, tylko wzięliśmy je do rąk i przeprowadziliśmy się z powrotem do „naszego” grilla. Znajdowaliśmy się nad urokliwym jeziorkiem.

[foto: Zuza Krasnopolska]

Samolot mieliśmy dopiero następnego dnia, więc czekał nas teraz długi czas relaksu na łonie natury. I tu, a jakże, mamy zdjęcia. (Niestety w historię z nocy musicie mi uwierzyć na słowo. Nikomu z nas nie przyszło wówczas do głowy, żeby uwiecznić całą sytuację na zdjęciach.)
Rozpaliliśmy ognisko – jako tak, jak się dało z mokrych gałęzi. Rozłożyliśmy rzeczy na nasłonecznionych kamieniach. I każdy zajął się sobą. Znajdowaliśmy się przy samym jeziorze.

[foto: ja]

Część z nas drzemała, część rozwiązywała sudoku, część się suszyła. (To tak trochę brzmi, jakby nas tam było bardzo dużo. Tymczasem zostało nas już wówczas tylko pięć osób. Ale za to jakich zacnych osób, ha! Julka, Kalinka, Zuza, Domino i ja. I kurtki.) Mijało nas stosunkowo dużo osób – większość spacerowała ze swoimi psami, niektórzy biegali, chodzili z kijkami albo jeździli na rowerze. W końcu jedna pani – czując się najwyraźniej w obowiązku przełamania stereotypu małomównego Fina – zagadnęła nas: „co tam, co tam”. Poinformowała nas, że 300 metrów dalej – gdy pójdziemy wzdłuż jeziora – znajduje się nowy… „PUNKT BIWAKOWY”.
Pobiegliśmy zaraz z Dominikiem obczaić. I rzeczywiście. Nie chciało nam się jednak znowu przenosić całego obozu, dlatego poczęstowaliśmy się kilkoma kawałkami suchego drewna i wróciliśmy do dziewczyn. Wreszcie mieliśmy ognisko z prawdziwego zdarzenia.
Na nowe miejsce przenieśliśmy się dopiero popołudniu.

[foto: ja]

Tam dopiero można było biwakować. Zrobiliśmy sobie ciepły – w sumie estoński – obiad ze słoików i chłonęliśmy fińską przyrodę wszystkimi możliwymi zmysłami. Po obiadku i sjeście zażyliśmy kąpieli.

[foto: Zuza Krasnopolska]

Woda była chłodna, a dno wysypane ostrymi kamieniami i gałęziami. (Do dziś mam kilka małych blizn na stopach. Niby słabo, ale z drugiej strony… to blizny z Finlandii!)

[foto: Zuza Krasnopolska]

Czyściutcy, pachnący, „wypływani”, rozgrzani ogniem ogniska i nie tylko, siedzieliśmy sobie – w ten ostatni wieczór w podróży i podziwialiśmy zachód słońca.

[foto: Zuza Krasnopolska]

Fajna była ta podróż. Na końcu myśli się o początku. Twarze ludzi, których poznaliśmy w ciągu ostatnich dwóch tygodni były jeszcze świeże i niezamazane w naszej pamięci. Delikatny chłód wieczoru mieszał się z ciepłem bijącym z ogniska.

[foto: Zuza Krasnopolska i Dominik Krobski]

W końcu – po wesołym wieczorze – udaliśmy się na spoczynek.

A rano – zjedliśmy milion słodyczy. Spakowaliśmy się. Zrobiliśmy porządek. Zaczęli nas mijać pierwsi ludzie tego dnia; lokalsi na spacerach z psami, sportowcy i turyści. Minęła nas m. in. jedna parka – też całkiem podróżniczo wyglądająca. Powiedzieliśmy sobie „hello”.
Do samolotu mieliśmy mnóstwo czasu i niewiele kilometrów. Jednakże nauczeni naszym stambulskim doświadczeniem rok wcześniej na lotnisku zjawiliśmy się chyba na trzy godziny przed odlotem. (Musieliśmy oczywiście przedreptać swoje – przez las i jakimiś bocznymi ścieżkami, ale zasadniczo – byliśmy rozbici – bardzo blisko naszego lotniska. Widzicie? Wszystko przemyślane!)
Popijając zatem kawę w lotniskowej restauracji – tak jakbyśmy nie mieli na co wydawać pieniędzy – zauważyliśmy znajomo wyglądającą parę… Skąd my ich znamy…? A! No, przecież. To ci sami, którzy mijali nas tego ranka nad jeziorem! Uśmiechnęliśmy się do nich, a oni do nas, bo też nas rozpoznali. Bardzo miło. Ale, ale… Zaraz, zaraz! To nie jest Jasiek Mela?! Ej, słuchajcie! To nie jest Jasiek Mela?

[foto: Dominik Krobski]

Tak, to był Jasiek Mela. Podeszliśmy i zagadaliśmy. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Nie mogliśmy sobie chyba wyobrazić lepszego zwieńczenia wyprawy. (Gdyby ktoś chciał przeczytać, to z Jaśkiem udało mi się jakiś czas później przeprowadzić wywiad. Dla mnie mega inspirujący i totalnie pozytywny!)

 

E-P-I-L-O-G
Późnym popołudniem byliśmy w Gdańsku. Dziwne uczucie. Najpierw robisz w 2 tygodnie 1,5 tysiąca kilometrów autostopem; a potem wsiadasz w samolot – i po dwóch godzinach jesteś z powrotem w Polsce.
Jak mówię – dziwne uczucie. Ale przemiłe. Ja w ogóle uwielbiam wracać do Polski!
Późnym wieczorem byliśmy w Poznaniu. Dziękuję Wam za doczytanie do końca.
Mam nadzieję, że bawiliście się przednio. Ja – jak najbardziej.

 

Podsumowanie wyjazdu w liczbach

Czas podróży15 dni
Trasaok. 1500 km
Kierowców30
Nocy w namiocie9
Nocy pod dachem5
Nocy w drewnianej budce1
Przygódmilion
Odwiedzone państwaPolska, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia

 

Dziękuję Wam, Robaczki: Julka, Kalinka, Werka, Zuza, Kaks, Stanko i Domino!

Maciek Tomaszewski

 

Jestem także tutaj >>Facebook i tutaj >>Instagram, a także tutaj (ale na razie mało) >>YouTube

 

Chcesz być na bieżąco?

Już dziś dołącz do mojego newslettera

Obserwuj mnie w social media: